Co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie! Z pamiętnika stażystki

(2 opinie klienta)

Zakres cen: od 69,00 zł do 99,00 zł

 

Oparta na prawdziwych doświadczeniach historia młodej stażystki, która poznaje od podszewki zasady funkcjonowania urzędu, służbową hierarchię i granice własnej cierpliwości. Pełna ironii i celnych obserwacji opowieść o pierwszej pracy, stawianiu granic i konsekwencjach mówienia głośno o tym, co wydarzyło się naprawdę.

Opis

Czy staż może zakończyć się na sali sądowej, a nic nieznacząca stażystka wylądować przed obliczem Temidy?

Odkrycie kilku niewygodnych faktów z życia urzędu wystarczyło, by jego włodarze przystąpili do ratowania nadszarpniętego wizerunku. To, co uznali oni za atak na ich dobre imię, trafiło jednak w sedno problemu. Zakulisowe sceny i dialogi nie pozostawiały złudzeń co do zasad funkcjonowania gminnej placówki i odsłaniały rzeczywistość, którą wielu zna z własnego doświadczenia.
Bo każdy z nas był kiedyś czyimś podwładnym.

Osobista, szczera do bólu, a przy tym zabawna opowieść o losie stażystki. Introwertyczna, niepewna siebie bohaterka na własnej skórze przekonuje się, że plotki krążące wokół jej nowego miejsca pracy są zaledwie wierzchołkiem góry lodowej. To, co wydaje się tylko trudnym początkiem kariery, szybko przeradza się w niezapomnianą lekcję, którą najlepiej podsumowuje tytułowe ludowe powiedzenie.


Magdalena Misiuda – ur. 1986 r. w mieście Ojca Mateusza. Tytułowa stażystka, zarazem autorka tej książki, wychowała się w Krainie Kwitnących Sadów, a wykształciła w Grodzie Kraka. Z miłości do Piotra dała się porwać w Beskidy, gdzie odważyła się spełnić swoje marzenie o debiucie literackim. Miłośniczka książek non-fiction i podcastów z gatunku true crime. Uważa, że najlepsze historie pisze samo życie, dlatego swoją twórczość opiera wyłącznie na autentycznych wydarzeniach.


SPIS TREŚCI

Prolog. Oskarżona stażystka

Rozdział I. 212 k.k.

Rozdział II. Debiut w roli stażystki

Rozdział III. Imieniny księgowej

Rozdział IV. Madzia, pójdziesz do sklepu?

Rozdział V. Kawa z mlekiem

Rozdział VI. Stażystka nie chce współPRACOWAĆ

Rozdział VII. Diabeł lubuje się w czarnych kolorach

Rozdział VIII. Papużki Nierozłączki

Rozdział IX. Madki Polki

Rozdział X. Flaszka dla włodarza

Rozdział XI. Jedyny taki wójt

Rozdział XII. Demon seksu

Rozdział XIII. „Z Archiwum X”, czyli do czego urzędnikom potrzebni są stażyści

Rozdział XIV. Quo vadis, grubaski? Czyli sprawy ciężkiej wagi urzędowej

Rozdział XV. Podli ludzie

Rozdział XVI. Habemus wójtam! Nowy wójt, nowe nadzieje

Rozdział XVII. Wyższa szkoła jazdy

Rozdział XVIII. Dziunia

Rozdział XIX. „Bykowe” i „jałówkowe”

Rozdział XX. Masz jutro podziękować wójtowi za pracę!

Rozdział XXI. Napięta jak plandeka na Żuku

Rozdział XXII. Persona non grata

Rozdział XXIII. Do trzech razy sztuka

Rozdział XXIV. Piąte koło u wozu

Rozdział XXV. Powtórka z rozrywki

Rozdział XXVI. Pasta e spinaci

Rozdział XXVII. Bawidamek

Rozdział XXVIII. Mikołaj Rej i „nie byle jakie siurki”

Rozdział XXIX. Pan wójt dzieli po równo – dla swoich urzędników nagrody, dla stażystów… nic

Rozdział XXX. Bareja wiecznie żywy

Rozdział XXXI. Żółte tulipany – zwiastuny rozstania

Rozdział XXXII. Ten urząd nie jest z gumy

Rozdział XXXIII. Szpileczki

Rozdział XXXIV. Biblioteka – schronienie pracującego w urzędzie człowieka

Rozdział XXXV. Poniedziałek

Rozdział XXXVI. Wolisz, żeby to polecenie wydał ci pan wójt?

Epilog. Nie gódźmy się na to, by być zakładnikami ludzi małych!

Dziękuję!

Prolog

Oskarżona stażystka

Nie oglądając się za siebie, pierwsza wybiegłam z sali sądowej po zakończonej drugiej i ostatniej rozprawie, chcąc ulotnić się stamtąd jak najszybciej. Stukot moich czarnych niebotycznych szpilek rozchodził się głośnym echem po długim korytarzu sądu rejonowego. Przed momentem zawarłam z moimi prywatnymi oskarżycielami pewnego rodzaju ugodę, jak przystało na ludzi z klasą i na poziomie. By po chwili dowiedzieć się, że jednak brakuje mi klasy…

– Madzia, poczekaj – z głębi korytarza świątyni sprawiedliwości dobiegł mnie znajomy głos. Niechętnie odwróciłam się w jego kierunku, bo chciałam mieć już święty spokój od tych ludzi. – Wszystkiego dobrego!

– Wzajemnie – odpowiedziałam zupełnie szczerze, wymieniając uściski. Absolutnie uważam, że nie wolno pielęgnować w sobie urazy, złości czy nienawiści, a wybaczenie jest uwalniające.

Po chwili do tego aktu pojednania dołączył mój drugi oskarżyciel prywatny, podając mi rękę „na zgodę”.

– Pani Magdo, ja naprawdę chciałem panią zatrudnić. Głównie ze względu na pani ojca.

Aha, no miło… Ale teraz to już tak jakby „musztarda po obiedzie”. Ktoś tu kompletnie nie zrozumiał moich intencji w pisaniu opowiadań „z życia stażystki”. Nie chodziło mi wcale o odwet za nieotrzymanie tam pracy. To, że nie udało mi się tam „zakotwiczyć na sukces”, to największa łaska i błogosławieństwo, jakich tylko mogłam dostąpić. Patrząc z perspektywy czasu i wydarzeń, które w ostatnich latach były moim udziałem, mogę śmiało powiedzieć, że wygrałam życie. Życie pełne dostatku, spokoju i radości. Nic dobrego i rozwojowego by mnie tam nie czekało.

W pierwszym odruchu trochę mnie zatkało, ale tylko trochę, bo przytomnie odparłam: „Tak, tak, wiem, jak się załatwia robotę w tej waszej partii”. Słysząc słowa zniewagi i te, które skierowałam w bonusie – że „wszyscy doskonale wiemy, że to, co napisałam, było prawdą” – w stronę swojego podopiecznego, do akcji wkroczył pan obrońca obrażonych „z urzędu” (radca prawny tego urzędu gminy i adwokat moich oskarżycieli) – dosłownie i w przenośni „z urzędu”, bo nawet na wokandzie figurował jako ich obrońca… z urzędu. Podejrzewam, że był to jednak wynik omyłki pisarskiej, bo raczej nie otrzymaliby darmowego adwokata. Chociaż kto wie, w tym kraju nic mnie już nie zdziwi.

– Pani Magdo, mogłaby pani chociaż zachować klasę – rzucił surowo w moim kierunku pan mecenas.

Nie, nie mogłabym. Moja osobowość, mój temperament mi na to nie pozwalają. Odpalam się automatycznie, gdy ktoś lub coś mnie zdenerwuje – pomyślałam tylko. W odpowiedzi chciałam go zapytać: co z niego za obrońca, że nie broni swoich klientów do końca i nie idzie po zwycięstwo? Ale nie chciałam znowu się narażać i zaogniać sytuacji. W końcu przed chwilą wygasiliśmy konflikt i niech tak zostanie.

Moją opowieść zaczynam od końca. Od ostatniej sceny tego spektaklu. Historia ta ewidentnie stanowi ważny i burzliwy rozdział w moim życiu. Moja przygoda z pisaniem opowiadań „z życia wziętych” rozpoczęła się od publikowania na pewnym portalu społecznościowym wspomnień z odbytego wieki temu stażu w pewnym urzędzie gminy. Cyklicznie przedstawiane tam historie pod kryptonimem: „Co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie”, zyskały sporą, jak na moje oczekiwania, popularność. Głównie z uwagi na specyfikę pracy w sektorze administracji samorządowej. Były potwierdzeniem ogólnie funkcjonujących w społeczeństwie stereotypów na temat zachowań urzędników i władz: plotkowania, nepotyzmu, układów i tym podobnych zjawisk. Moje wspomnienia spotkały się raczej z pozytywnym odbiorem i wiadomościami zwrotnymi w stylu: „nareszcie ktoś naświetlił prawdę”. Nie licząc rzecz jasna obrażonych zniewagą majestatu przełożonych i pracowników placówki, w której toczy się akcja tego „filmu dokumentalnego”.

Mimo że nigdy wprost nie padły tam prawdziwe personalia osób przewijających się w moich opowieściach, miejsce wydarzeń pozostało nieujawnione, a niektóre fakty zostały przekształcone – dwoje pokrzywdzonych tym „szkalowaniem” rozpoznało samych siebie, a mnie postawiło w stan oskarżenia – czyniąc ze mnie osobę, która umyślnie chciała im zaszkodzić. Podobno godziło to w ich dobre imię, powodując utratę zaufania publicznego, i poniżało tych państwa w przestrzeni publicznej. Nigdy bym nie przewidziała i nie uznała, że ja, prosta stażystka, mogę mieć taką moc oddziaływania. A wydarzenia sprzed grubo ponad dekady odbiją się takim echem i… czkawką. Spokojnie, nie zaszkodziłam im w najmniejszym stopniu, nie stracili przeze mnie zaufania publicznego, wręcz przeciwnie – awansowali jeszcze wyżej, bo do… powiatu.

Próbowano mnie uciszyć i przestraszyć wytoczonym prywatnym procesem sądowym. W pozwie zarzucono mi kłamstwo i działanie na szkodę osób piastujących najwyższe stanowiska. Chciano mnie pozbawić prawa do wspomnień! Skasować pliki w mojej pamięci. Moich przeżyć i emocji, jakie mi towarzyszyły, nikt mi jednak nie odbierze.

Prawda jest taka, że od początku moim założeniem było dzielić się historiami z mojego życia, bazując wyłącznie na autentycznych wydarzeniach. Życie pisze najciekawsze i nierzadko wręcz nieprawdopodobne scenariusze, których nie powstydziłby się najlepszy reżyser. Chciałam też obnażyć prawdę o funkcjonowaniu organizmu, jakim jest placówka urzędu w niewielkiej wiejskiej gminie, bo to bardzo specyficzne środowisko. Kto kiedykolwiek pracował w jakimkolwiek urzędzie, ten się w cyrku nie śmieje. Cały materiał opiera się na moich doświadczeniach i obserwacjach z perspektywy nic nieznaczącej stażystki.

Ujmę to być może nieskromnie, ale jestem, a przynajmniej chcę być, „głosem stażystów” i piszę to „ku pokrzepieniu ich serc”. Podejrzewam, że w moich opowieściach odnajdą samych siebie z tego okresu życia. Wiem, jak niewdzięczna i mało atrakcyjna jest rola stażysty. Stażysta to takie przysłowiowe „piąte koło u wozu”, ale zapamiętajcie: nawet koło zapasowe czasami się przydaje i miewa niebagatelne znaczenie.

Kiedy analizuję całe to zdarzenie, myślę sobie: po co mi to było? Ale po chwili zwątpieniu miejsca ustępuje myśl, że może jednak było warto, bo wszystko dzieje się po coś, bo nie ma przypadków. A efektem tego wszystkiego jest moja debiutancka książka.

Rozdział I

212 k.k.

Po raz pierwszy w życiu i mam nadzieję, że ostatni, gdyż środowisko sądu i sali sądowej nie jest absolutnie przyjazne dla nikogo, zasiadłam z moimi dwoma obrońcami (z wyboru, nie z urzędu) na ławie oskarżonych. Już od momentu przekroczenia progu sali sądowej czułam się jak potępieniec i najgorszy człowiek na świecie. Znalazłam się tam za przedstawienie sytuacji, których byłam naocznym i „nausznym” świadkiem, oraz moich subiektywnych spostrzeżeń. Sama atmosfera sali sądowej jest, delikatnie mówiąc, niekomfortowa, a zadawane intymne pytania w celu weryfikacji „prowadzenia się” oskarżonego odbierają godność. Chyba o to im właśnie chodziło. O upokorzenie mnie. Pierwszym ich krokiem do ukarania mnie było złożenie zawiadomienia na policji. Policja jednak nie chciała ścigać tego „przestępstwa” z urzędu (nomen omen). Nie dopatrzono się znamion przestępstwa w moim „pamiętniku stażystki”. Ale oskarżyciele nie dali za wygraną, tworząc prywatny akt oskarżenia stawiający mnie przed wymiarem sprawiedliwości. Czułam się zawstydzona wywiadem środowiskowym w miejscu zamieszkania. Niesłusznie. Sąsiedzi pozytywnie i serdecznie wypowiedzieli się o mojej osobie. Kazali walczyć o siebie i broń Boże nie odpuszczać!

Następnie zacisnęłam zęby i niechętnie, ale zgodnie z prawdą, odpowiadałam przed obliczem sądu na pytania nieprzyjemnej pani sędzi, która w moim odczuciu była mi od samego początku nieprzychylna i sprawiała wrażenie, jakby sprzyjała moim przeciwnikom, no, ale to tylko moja interpretacja. Nie wiem, może wcale tak nie było. No więc spowiadałam się, odpowiadając na pytania o wcześniejsze karanie, leczenie psychiatryczne, pobyty na odwykach i chorobę alkoholową. Za każdym razem odpowiedź była jedna – NIE. Nie byłam nigdy wcześniej karana. Nie leczę się psychiatrycznie, choć podobno nie ma ludzi zdrowych, są tylko niezdiagnozowani. Nie bywałam na odwykach i nie stwierdzono u mnie choroby alkoholowej. Staram się żyć dobrze.

Nie wypadłam najlepiej na gościnnych występach w tym sądzie. Towarzyszący mi stres, silne emocje i absurd tej całej sytuacji spowodowały, że nie umiałam do końca zapanować nad odruchami organizmu. Reagowałam ironicznymi uśmieszkami, kręceniem z niedowierzaniem głową i pewnie innymi głupimi minami, wyrażającymi moje zdegustowanie okolicznościami i propozycjami zadośćuczynienia pokrzywdzonym wysuwanymi przez ich adwokata. Nie zamierzałam się zgodzić na żadną z tych ofert „nie do odrzucenia”, a już na pewno nie na publiczne przeprosiny, które zredaguje mi do opublikowania na moich social mediach pan mecenas oskarżycieli. Za co miałam przeprosić? Za moje wspomnienia? Za to, czego doświadczyłam? Co chwilę byłam upominana i przywoływana do porządku przez panią sędzię, w przeciwieństwie do moich oskarżycieli, którzy siedzieli nieruchomo jak słupy soli, a ich twarze nie wyrażały żadnych emocji. Boję się ludzi bez emocji, serio.

Byłam zdeterminowana i gotowa bronić siebie do ostatniej kropli krwi. Zgromadziłam świadków chętnych potwierdzić, że są to historie oparte na faktach… autentycznych 😉 Wydałam pokaźną sumę pieniędzy na zatrudnienie dobrych adwokatów, przepraszając w myślach nieżyjącego ojca, że jeszcze trochę będzie musiał poczekać na nowy nagrobek.

UZASADNIENIE

Prywatnym aktem oskarżenia zarzucono oskarżonemu Magdalenie Misiudzie (Misiuda) popełnienie czynów z art. 212 § 1 i 2 k.k. na szkodę XX i XY.

Przedstawiony przez oskarżyciela prywatnego opis czynu – cytowanie fragmentów wpisów oskarżonej na portalu społecznościowym – zdaje się wskazywać, iż oskarżyciele prywatni zarzucają oskarżonej, iż wskazywała ona na istniejącą w urzędzie praktykę powoływania się na wpływy, zatrudnienie „po znajomości”, niewłaściwe zachowanie się oskarżycieli w stosunku do mieszkańców oraz nieprawidłowe wykonywanie obowiązków służbowych.

Oskarżeni wskazali, iż opisywane przez oskarżoną sytuacje nie miały miejsca, są nieprawdziwe, zaś podnoszone przez oskarżoną okoliczności – choć de facto nieodwołujące się do konkretnych osób oraz sporządzone w formie swoistego pamiętnika dla zamkniętego grona odbiorców (znajomych) – godzą w cześć i godność oskarżycieli prywatnych oraz narażają ich na utratę zaufania potrzebnego do zajmowania stanowisk.

Uwzględniając przesłanki warunkujące możliwość wyłączenia bezprawności zarzutów zawartych w akcie oskarżenia, wypełniających formalnie znamiona przestępstwa zniesławienia oraz konieczność przeprowadzenia przez oskarżoną „dowodu prawdy”, albowiem możliwe jest czynienie (podnoszenie) prawdziwych zarzutów dotyczących postępowania danej osoby, w tym osoby pełniącej funkcję publiczną, oskarżona składa niniejsze wnioski dowodowe.

Obrońca zwraca uwagę, iż oskarżyciele pełnią funkcję publiczną, stąd winni oni być przygotowani na fakt, iż ich działania oraz sposób postępowania narażony jest – co stanowi zjawisko naturalne w każdym państwie demokratycznym – na wystawienie ich poczynań pod osąd opinii publicznej oraz konkretnych osób, w tym byłych współpracowników. Muszą oni liczyć się z krytyką swojego postępowania, która to krytyka jest społecznie pożyteczna i pożądana – tym bardziej jeśli podjęta została w interesie publicznym i ma cechy rzetelności oraz rzeczowości – a jednocześnie nie przekracza granic potrzebnych do osiągnięcia społecznego celu krytyki. Granic tych nie da się ogólnie wyznaczyć, ponieważ określają je niepowtarzalne okoliczności konkretnej sprawy.

W doktrynie przyjmuje się, że treść zarzutu, mogącego potencjalnie stanowić zniesławienie, musi dać się zweryfikować w kategoriach prawdy i fałszu. Pomówienie musi mieć charakter wypowiedzi o faktach. Chodzi o wypowiedź, którą można poddać dowodowi prawdy przewidzianemu w art. 213 k.k. Jeżeli jest ona sprawdzalna, to będzie pomówieniem, jeżeli zaś niesprawdzalna, może okazać się zniewagą. O tym, czy zarzut jest prawdziwy, decyduje zgodność z rzeczywistością zasadniczej tezy w nim wyrażonej. Przeprowadzenie przez podnoszącego zarzut dowodu prawdy powoduje stwierdzenie braku przestępstwa.

Ciężar dowodu obciąża w takiej sytuacji wyjątkowo, wbrew ogólnym zasadom procesu karnego, oskarżonego.

Zgodnie z art. 213 § 2 k.k. nie popełnia przestępstwa zniesławienia, kto publicznie podnosi lub rozgłasza prawdziwy zarzut: 1) dotyczący postępowania osoby pełniącej funkcję publiczną lub 2) służący obronie społecznie uzasadnionego interesu.

Przepis ten kreuje kontratyp dozwolonej krytyki, który ma zastosowanie zarówno do przestępstwa zniesławienia w typie podstawowym (art. 212 § 1 k.k.), jak i kwalifikowanym (art. 212 § 2 k.k.).

Obrońca nie chce w tym miejscu uprzedzać treści zeznań oskarżonej, niemniej jednak jest oczywistym, że jej wpisy zamieszczone na portalu społecznościowym stanowią formę osobistych oraz naocznych doświadczeń związanych z zatrudnieniem (odbywaniem stażu) w Urzędzie Gminy w XYZ. Są to opisy prawdziwych zdarzeń, przy czym założeniem oskarżonej było osadzenie autentycznych sytuacji z jej zawodowego życia w pewnego rodzaju fabule oraz wspomnieniach.

Podstawową kwestią pozostaje jednak fakt, iż wpisy cytowane przez oskarżycieli na potrzeby formułowania aktu oskarżenia bazują na prawdziwych doświadczeniach oskarżonej, choć ich wydźwięk może stawiać w negatywnym świetle oskarżycieli prywatnych. Niemniej jednak dla pełnego kontekstu sytuacji – a zarazem możności przypisania odpowiedzialności karnej – ocenić należy, czy poczynione przez autora wpisów – oskarżoną – zarzuty były prawdziwe.

Należy zauważyć, że ustalenia w tym zakresie mogą i winny zostać dokonane nie tylko w oparciu o wyjaśnienia oskarżonej, ale także w oparciu o szereg dalszych osobowych źródeł dowodowych wskazanych na wstępie niniejszego pisma.

Oskarżona wnosi o przesłuchanie szeregu osób.

Opisane powyżej osoby, z uwagi na posiadaną wiedzę oraz własne bezpośrednie spostrzeżenia, będą w stanie odnieść się do relacji przedstawionej przez oskarżoną w kontekście możliwości zakwalifikowania jej w kategoriach prawda – fałsz.

Niezbędnym pozostaje także przesłuchanie dalszych osób wskazanych niniejszym pismem. Niezbędnym jest wyjaśnienie przesłanek ich zatrudnienia, kwalifikacji zawodowych oraz przebiegu procesu rekrutacji, a to w kontekście zarzutów, które formułowane były przez oskarżoną, oraz wobec ewentualnych powiązań towarzyskich i rodzinnych ww. osób z oskarżycielami.

Uzupełnieniem powyższego będą informacje oraz dokumenty uzyskane przez Sąd od ww. jednostek celem ustalenia, jak przebiegał proces rekrutacji oraz na jakiej podstawie doszło do zatrudnienia ww. osób – czy inne osoby brały udział w rekrutacji, czy przyjęte do pracy osoby spełniały wymagania na dane stanowisko itp. Opisane powyżej okoliczności wpisują się w relację oskarżonej, która z uwagi na rozkład ciężaru dowodu musi zostać przez nią udowodniona.

Jak już wspomniałam, trafiłam do kancelarii świetnych adwokatów, bo nawet mi przez myśl nie przeszło, by się poddać. Byłam gotowa walczyć o swoje dobre imię i oczyścić się z ciążących na mnie zarzutów. Chciałam uczynić wszystko, co w mojej mocy, by udowodnić, że nie mijałam się z prawdą, a opublikowane opowiadania nie są wytworem mojej chorej czy też zbyt wybujałej wyobraźni. Ja tak sobie myślę, że oni liczyli na to, że ze strachu przed sądem i wyrokiem poddam się – przyznam, przeproszę, wyrażę skruchę. Że nie będzie mnie też zapewne stać na adwokata, bo cały czas mieli w głowach obraz głupiej, wystraszonej stażystki. Musiałam ich rozczarować – nie boję się sądu, choć sądzenie się to dojmująco niemiłe doświadczenie. Lecz w obliczu tego, co przeszłam w życiu – śmierć rodziców na skutek ciężkich chorób czy wypadek komunikacyjny, w wyniku którego na moich oczach zmarł człowiek, sąd (z całym szacunkiem dla tej ważnej i potrzebnej społecznie instytucji) to dla mnie pikuś.

Na początek batalii sądowej sporządziłam pismo do moich obrońców z ogólnym zarysem sytuacji. Oto ono:

Szanowny Panie Mecenasie,

zacznę może od tego, że jestem wielką miłośniczką literatury non-fiction – pasjonują mnie prawdziwe ludzkie historie. Osobiście uważam, że życie pisze niesamowite scenariusze, których nie wymyśliłby nawet najlepszy reżyser filmowy. Zaczytuję się w literaturze faktu – kocham reportaże i wywiady rzeki. Uważam, że każdy z nas przeżył w swoim życiu coś niezwykłego i ciekawego, a na pewno wartego opowiedzenia lub opisania.

Pewnego jesiennego dnia Anno Domini 2023 stwierdziłam, że mogę przecież napisać swoją książkę opartą na faktach z mojego życia, wszak moje życie było dosyć nietypowe i obfitujące w zaskakujące wydarzenia. Zapytałam zatem za pośrednictwem ankiety moich znajomych z jednego portalu społecznościowego, czy chcieliby poczytać o moich prywatnych przygodach ze stażu w pewnym urzędzie gminy (nazwa tej miejscowości nigdy nie padła w moich historiach). Znajomi stwierdzili, że to dobry pomysł. I tak oto w mojej przestrzeni internetowej pojawiła się seria opowiadań pod tytułem: „Co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie”, która z czasem zyskała spore grono fanów, bo traktowała o moich perypetiach w roli stażystki, i nie tylko stażystki, w urzędzie pewnej niewielkiej gminy. Wydarzenia opisane w tych odcinkach miały miejsce odpowiednio w 2014, 2015, 2016, 2017 i 2018 roku i są zapisem faktycznych sytuacji, które spotkały mnie w tym zakładzie pracy. Założeniem mojej „twórczości” było spisanie faktów, a nie tworzenie fikcji. Osadziłam autentyczne sytuacje z mojego życia w pewnej fabule, stosując przy tym delikatne „zabiegi literackie”, żeby było interesująco i dobrze się czytało. Równolegle zaczęłam tworzyć i publikować, na tej samej platformie, serię opowiadań o tytule „Napisało życie…”. Są to także zapiski prawdziwych zdarzeń z mojego życia. Dodam – wyjątkowych zdarzeń.

Moje opowieści zyskiwały coraz większą popularność i uznanie, a mnie osobiście pisanie „pamiętnika” sprawiało dużo przyjemności. Z czasem sięganie pamięcią do tamtych chwil i utrwalanie tych sytuacji na wirtualnym skrawku papieru stało się dla mnie rozrywką, ale też pasją. Odkryłam w sobie miłość do pisania. Wiedziałam jednak, że nie mogę ujawniać prawdziwych personaliów osób występujących w moim „serialu”, a zwłaszcza antybohaterów, dlatego nadałam im niezbyt wyszukane, ale zabawne pseudonimy. Rozszyfrowanie, o kogo chodzi, nie stanowiło wielkiego problemu, zwłaszcza dla osób, które żyją lub żyły w rzeczywistości, którą przedstawiałam w opowiadaniach. Podkreślam z całą stanowczością – swoim działaniem absolutnie nikogo nie chciałam atakować, oczerniać, zniesławiać czy obrażać. Moim celem nie było też stworzenie negatywnego wizerunku „bohaterów” opowiadań. Przedstawiłam jedynie to, co sami mi zafundowali, czym mnie „poczęstowali”. Nie był to również wyraz mojej zawiści bądź zazdrości o ich stanowiska czy pełnione funkcje zawodowe.

Aktualnie mam dobre, szczęśliwe życie, a ciepła posadka w jakimś zapyziałym urzędzie nie jest bynajmniej moim marzeniem. Nie moja wina, że odnaleźli siebie w moich tekstach i rozpoznali swoje postępowanie. „Uderz w stół, a nożyce się odezwą” – tak bym podsumowała ten prywatny akt oskarżenia.

Niczego nie zmyśliłam – nie musiałam. Bazowałam na prawdzie od początku do końca. Szczerej i bolesnej prawdzie. Między wierszami ujawniłam sporo „brudów” i nieprawidłowości, które dzieją się w tego typu instytucjach. Powieliłam typowy los stażysty, który chyba wszystkim jest znany i prawie wszędzie wygląda podobnie, a sprowadza się głównie do roli „zaparzacza kawy” i bycia wykorzystywanym, a przy tym wyszydzanym przez pracowników wyższego szczebla. Uważam, że mam prawo do swojej historii – do wspomnień, przeżyć, odczuć i tym podobnych. Mam prawo „głośno” wyciągać wnioski.

Najbardziej krzepiące i wzruszające zarazem były głosy ludzi, którzy doświadczyli podobnych, a nawet gorszych „atrakcji” w miejscu pracy, które zakrawały na mobbing. Dla mnie kuriozalny jest fakt, że mam teraz ponosić konsekwencje za to, że kiedyś, w pewnym miejscu na ziemi czułam się niekomfortowo, byłam narażona na obcowanie z „dziadostwem”, że widziałam rzeczy, które są niezgodne z moimi wyobrażeniami, z moim systemem wartości.

Nie odkryłam przysłowiowej Ameryki, takie rzeczy dzieją się przecież powszechnie (a nawet jeszcze gorsze, o czym nie mamy pojęcia) w tego typu instytucjach – miejscach pracy. Nagminne (nomen omen) jest plotkowanie w godzinach pracy, picie przysłowiowej kawy, olewanie obowiązków, mniejsze i większe oszustwa – no, niech pierwszy rzuci kamieniem, kto o tym nigdy nie słyszał tudzież tego nie praktykował.

Następnie odniosłam się do poszczególnych zarzutów. Dalej pisałam tak:

Oni w tym skierowanym przeciwko mnie pozwie wskazują, że bardzo ich uraziła sprawa moich odczuć emocjonalnych, wynikających chociażby z wizyt w sekretariacie… Tak… nie lubiłam tego miejsca. Jest bardzo nieprzyjemne, nieprzyjazne – w moim oczywiście mniemaniu. Panuje tam ponura atmosfera, taka bardzo poważna, prawidłowa – nie można nic powiedzieć ani zażartować. Zawsze plątał mi się tam język, a mózg odmawiał współpracy. Nie moje klimaty. Stresowałam się każdą wizytą w tym pokoju, co dosyć obrazowo opisuję. Nie mam do tego prawa?

A rekrutacja tam na stanowiska to istna parodia. Finalnie i tak posadki otrzymują osoby już tam pracujące. Oczywiście cały ceremoniał się odbywa, ale tylko dla formalności. W takiej komisji pseudorekrutacyjnej był między innymi pan nadworny adwokat wójta, czyli ich pełnomocnik – oddany i lojalny. Zresztą dysponuję dowodami, że niektóre osoby same sfingowały „swoją” rekrutację na własne stanowisko – same zamieściły ogłoszenie, same opisały siebie (wystawiły sobie laurkę) jako wygraną w konkursie. Poza tym zaniżają wartość swojego majątku w oświadczeniach majątkowych. Sporo mają za uszami. Ale ja nie chcę do tego sięgać i wykorzystywać tej wiedzy w sądzie, chyba że sytuacja mnie do tego zmusi, wtedy nie będę miała skrupułów. Chcę, żeby dali mi spokój i się ode mnie odczepili, bo nie chciałam z nimi wojny, nie była to też moja zemsta. Po prostu uznałam, że spotkało mnie tam tyle „ciekawych przygód”, że warto to opisać.

Dodam tylko jeszcze, że moim zdaniem na szacunek i uznanie społeczne pracuje się własnym dobrym postępowaniem, swoją fajną osobowością, a nie usilnie się tego domaga, jak dali tego wyraz „jaśnie państwo”, zgłaszając mnie najpierw na policję, a następnie kierując akt oskarżenia do sądu.

Przejdźmy jednak do sedna sprawy. Zapraszam do lektury moich wspomnień, z której dowiecie się, o co było tyle hałasu. Oceńcie sami, czy warto było angażować w to sąd i kto komu był winien przeprosiny.

Odbywając staż, niejednokrotnie półżartem, półserio „odgrażałam się” moim współpracownikom, że kiedyś napiszę o tym książkę. Już na ówczesnym etapie dostrzegałam w tamtych zajściach potencjał czytelniczy.

Zapraszamy na nasz kanał na YouTube.

Informacje dodatkowe

Waga 400 g
Wymiary 23,5 × 16,5 × 0,8 cm
Autor

Magdalena Misiuda

Język

polski

Oprawa

twarda

Rok wydania

2026

Strony

234

Rodzaj

Ebook, Książka drukowana

Kolor wnętrza

czarno-biały + kolorowy

Liczba ilustracji

6

Format ebooka

EPUB, MOBI

EAN: 9788368466485

2 opinie dla Co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie! Z pamiętnika stażystki

  1. Malwina –

    To książka, która bawi, ale jednocześnie pokazuje prawdziwe życie w urzędzie – bez upiększania i z dużą dawką szczerości. Historia autorki jest pełna zabawnych sytuacji, ale między wierszami pokazuje przede wszystkim realia pracy, układy i załatwianie spraw „po znajomości”. Czyta się lekko, z uśmiechem, a jednocześnie momentami można się zastanowić, ile w tej historii jest prawdy o naszej codzienności.
    POLECAM – szczególnie tym, którzy choć raz mieli do czynienia z urzędem🙂

  2. Jadwiga Jaworska –

    „Co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie! Z pamiętnika stażystki” to książka, która bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Już sam tytuł przyciąga uwagę i zapowiada sporą dawkę humoru — i rzeczywiście, podczas lektury nie brakuje zabawnych, a momentami również absurdalnych sytuacji.
    Autorka pokazuje rzeczywistość stażu z przymrużeniem oka, a jednocześnie w sposób, w którym łatwo odnaleźć sytuacje znane z życia zawodowego. Kto choć raz był w urzędzie, ten wie! 🙂 Czytając, można się uśmiechnąć, ale też pomyśleć o tym, jak wyglądają relacje między pracownikami, przełożonymi i osobami dopiero rozpoczynającymi swoją zawodową drogę. “Urzędasy” nie tylko piją kawę i jedzą ciastka, a już na pewno stażyści! 🙂
    Jeśli ktoś szuka książki, która poprawi humor i pozwoli spojrzeć na świat pracy z przymrużeniem oka, „Co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie!” będzie dobrym wyborem.

Tylko zalogowani klienci, którzy kupili ten produkt mogą napisać opinię.

Wydawnictwo Sorus,
DM Sorus sp. z o.o.,
Bóżnicza 15/6,
60-643 Poznań,
Poland,
sorus@sorus.pl,
tel. +48 61 653 01 43

0