Strefa wpływów

Zakres cen: od 63,00 zł do 79,00 zł

 

Mroczny thriller polityczno-szpiegowski osadzony w Polsce 2033 roku, gdzie kryzys energetyczny, bankructwo i cyberwojna prowadzą kraj na skraj upadku. Analityczka wywiadu, haker i szpieg rozpoczynają wyścig z czasem, od którego może zależeć przyszłość państwa.

Opis

Jest rok 2033. Świat, jaki znamy, właśnie przestał istnieć. Warszawa tonie w ciemności, ludzie tracą dostęp do swoich kont, a chaos na ulicach budzi zwierzęce instynkty…

Analityczka wywiadu, skruszony haker i umierający szpieg muszą zdecydować, ile są gotowi poświęcić, by zatrzymać skutki brutalnej gry mocarstw. W rzeczywistości, w której każda linijka kodu może okazać się ratunkiem lub wyrokiem śmierci, trwa wyścig z czasem. Czy polityczne układy zawierane za zamkniętymi drzwiami gabinetów sprawią, że Polska po raz kolejny zniknie z mapy?
Thriller polityczno-szpiegowski ukazujący walkę o suwerenność w obliczu bankructwa, kryzysu energetycznego oraz totalnej cyberwojny. Przejmująca wizja przyszłości stawia pytania o nasze bezpieczeństwo, demaskuje zagrożenia i ujawnia mechanizmy, które mogą stać się fundamentem nowego porządku.


Paweł Głombiowski – ur. 2007 r., głos pokolenia wchodzącego w dorosłość w czasach globalnego niepokoju. Pasjonat podróży, fotografii i ochrony przyrody. Jego debiutancka powieść powstała z wnikliwej obserwacji świata, który zdaje się zmierzać w coraz mroczniejszym kierunku.


Spis treści

Rozdział 1. Protokół Pekiński

Rozdział 2. Czas rozpadu

Rozdział 3. Inicjalizacja

Rozdział 4. Procedura Ślepca

Rozdział 5. Warstwa fizyczna

Rozdział 6. Wschodni wiatr

Rozdział 7. Oślepiający blask

Rozdział 8. Spowiedź

Rozdział 9. Dwugłowy orzeł

Rozdział 10. Cena światła

Rozdział 11. Aurora

Rozdział 12. Pogorzelisko

Rozdział 13. Architektura strachu

Epilog

Rozdział 1

Protokół Pekiński

Warszawa w pierwszej połowie lat trzydziestych dwudziestego pierwszego wieku zapomniała już, że kiedykolwiek aspirowała do bycia czołową europejską metropolią.

Jesienny deszcz siekł szyby rządowej limuzyny, rozmywając kontury miasta pogrążonego w półmroku. Rotacyjne wyłączenia prądu, wprowadzone pół roku temu jako „tymczasowy środek zaradczy”, stały się codziennością, do której wszyscy zdążyli przywyknąć. Powietrze, nawet wewnątrz klimatyzowanego pojazdu, miało metaliczny posmak taniego oleju napędowego – zielone niegdyś miasto dusiło się spalinami z tysięcy domowych agregatów prądotwórczych.

Konwój sunął Alejami Jerozolimskimi, mijając wygaszone latarnie i fasady budynków, które straszyły pustką. Po obu stronach ulicy majaczyły betonowe szkielety niedokończonych biurowców – pomniki porzucone przez zachodnich inwestorów po ostatnim tąpnięciu złotówki. W bramach, przy koksownikach, widać było sylwetki żołnierzy Wojsk Obrony Terytorialnej, którzy de facto przejęli rolę policji.

Nie było to nowoczesne i zrównoważone miasto przyszłości, o które zabiegali wszyscy jej zarządcy od blisko czterech dekad. Zamiast nowoczesnych ulic otoczonych zielenią był tylko mokry asfalt, pocięty pajęczyną pęknięć i gdzieniegdzie połatany taśmą ostrzegawczą, którą wiatr zrywał kawałek po kawałku. Wokół leżały sterty nieodebranych śmieci w czarnych workach piętrzące się na chodnikach, bo służby komunalne strajkowały od wtorku.

Miasto niczym zagrożony gatunek weszło w końcową fazę wymierania. Drożejąca energia stała się skuteczniejszą godziną policyjną niż jakiekolwiek wojskowe patrole. Kto mógł, siedział w domu. Nieliczni przechodnie przemykali chodnikami szybko ze spuszczonymi głowami, unikając spojrzeń innych, jakby poprzez sam kontakt wzrokowy mogli się czymś zarazić.

Limuzyna zwolniła przed skrzyżowaniem. Opancerzone szyby tłumiły odgłosy syreny karetki, próbującej przebić się przez korek na sąsiednim pasie. W wyciszonym wnętrzu panowała atmosfera gęsta od pomyślanych, ale niewypowiedzianych słów.

Premier RP Ewa Mierzejewska siedziała na tylnej kanapie, sztywna, jakby połknęła kij. Mimo działającego ogrzewania czuła chłód, który gnieździł się głęboko pod skórą. Tępy ból pulsował w skroniach – jej wierny towarzysz od miesięcy, odporny na kolejne dawki leków przeciwbólowych, które połykała jak cukierki. Kiedyś myślała, że polityka to sztuka kompromisu. Teraz wiedziała, że to wyłącznie sztuka przetrwania.

Spojrzała na swoje odbicie w przyciemnionej szybie. Wyglądała starzej niż na oficjalnych portretach. Znacznie starzej.

Jej myśli nie krążyły jednak wokół zmarszczek czy spadających notowań. Za prawdziwy problem uważała matematykę, bezduszną i nieubłaganą. Trzy tygodnie. Tyle dzieliło jej kraj od dnia, w którym rezerwy walutowe osiągną poziom zerowy. Rentowność dziesięcioletnich obligacji przebiła rano próg dwudziestu procent. Agencje ratingowe zawiesiły oceny. Przestaną płynąć emerytury, szpitale stracą zasilanie, a na ulicach, zamiast przemykających cieni, pojawią się tłumy z kamieniami w rękach.

Wciąż miała w pamięci rozmowę z sekretarzem stanu USA sprzed miesiąca. Głos polityka był uprzejmy, ale lodowaty: „Sytuacja wewnętrzna nie pozwala nam na udzielenie wsparcia”. W języku dyplomacji oznaczało to: „Radźcie sobie sami”.

Obok niej siedział Tomasz, dyrektor Agencji Wywiadu. W milczeniu wpatrywał się w krajobraz za oknem. Jego spokój, zazwyczaj kojący, dzisiaj drażnił ją niemiłosiernie.

W końcu spojrzał na szefową rządu.

– To ostateczne dane – powiedział cicho. – Potwierdzone przez moich najlepszych ludzi z sekcji ekonomicznej.

Podał jej tablet. Wykres na ekranie nie pozostawiał złudzeń. Czerwona linia opadała stromo w dół, celując w nicość i pokazując dno za dokładnie dwadzieścia jeden dni.

Ewa poczuła, jak opuszcza ją resztka nadziei.

– A Amerykanie? – zapytała, choć znała odpowiedź.

– Ani centa. Moje kontakty w Departamencie Stanu, Kongresie i CIA to potwierdziły. Waszyngton spisał nas na straty jak toksyczne aktywa.

Ewa odwróciła wzrok w stronę mokrej od deszczu szyby.

– Więc to koniec? – szepnęła. – Jesteśmy skazani na Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Rozszarpią nas. Narzucą cięcia, które wywołają wojnę domową.

Tomasz schował tablet.

– Nie do końca – odparł, patrząc przed siebie. – Zostaje nam jeszcze jedna opcja. Agencja rekomenduje zmianę wektora.

Ewa zesztywniała. Spojrzała na niego gwałtownie.

– Zmianę wektora? O czym ty mówisz?

– O Pekinie – powiedział Tomasz spokojnie, jakby zamawiał kawę. – Chiński Fundusz Walutowy położył ofertę na stole. Wykupią nasz dług, dostarczą technologię, ustabilizują system. Bez oficjalnych warunków politycznych. Chcą tylko gwarancji logistycznych w portach i dostępu do sieci przesyłowych. To jest rekomendacja wywiadu, pani premier.

– Chiny? – W jej głosie wybrzmiało niedowierzanie. – Tomasz, to pakt z diabłem. Jeśli to zrobimy, Zachód odwróci się od nas na dobre. Wywiad powinien ostrzegać przed takimi ruchami, a nie je zalecać.

Tomasz spojrzał głęboko w jej oczy pierwszy raz od początku podróży. W jego spojrzeniu nie było wahania.

– Zachód już się odwrócił, Ewa. A my toniemy. Agencja ocenia, że to jedyny sposób na zachowanie integralności państwa i uniknięcie rozbioru gospodarczego. Co do sojuszników, nie muszą znać całej prawdy. Zadbam o odpowiednią osłonę operacyjną.

Limuzyna gwałtownie zahamowała przed światłami. Czerwony blask zalał wnętrze kabiny, wydobywając z mroku ostre rysy twarzy szefa wywiadu.

– Nie mówię, że mi się to podoba – dodał, ściszając głos. – Ale jako szef Agencji mówię ci, że nie mamy innego wyjścia.

Ewa milczała, patrząc na deszcz bębniący o szybę. Wiedziała, że gdy podejmie tę decyzję, nic już nie będzie takie samo. Polska przestanie być tym samym krajem.

Tomasz, nie czekając na odpowiedź, otworzył drzwi.

– Przemyśl to – rzucił przez ramię, wychodząc na deszcz. – Byle szybko.

—

Gabinet w Kancelarii Premiera przypominał luksusowy bunkier, odcięty od reszty świata murem i kordonem policji.

Ewa Mierzejewska stała przy oknie, patrząc na łunę pochodzącą od flar odpalanych przez protestujących górników pod bramą. Na mahoniowym stole, w świetle niewielkiej lampy, leżał dokument. Sto dwadzieścia stron maszynopisu oprawionego w niebieską teczkę z czerwoną pieczęcią „ŚCIŚLE TAJNE” i numerem egzemplarza 001. Oficjalnie nazwany „Traktatem o Strategicznym Partnerstwie Gospodarczym”.

Marek Różański, wicepremier i minister spraw zagranicznych, siedział w skórzanym fotelu z nonszalancją człowieka, który wie, że trzyma w ręku same asy. Nawet jeśli były znaczone. Wyglądał nienagannie, jak zawsze. Jego garnitur z włoskiej wełny nie miał ani jednego zagięcia, a twarz, znana z billboardów wyborczych, wyrażała jedynie profesjonalne skupienie. Był nadzieją obozu demokratycznego. Dojrzałym wiekiem, ale wciąż dynamicznym liderem, który miał poprowadzić Polskę ku nowoczesności, a teraz prowadził ją prosto w objęcia smoka.

Ewa odwróciła się od okna. Czuła ciężar spojrzenia wicepremiera. Wiedziała, że on nie widzi w tym dokumencie zdrady wartości tylko drabinę do jeszcze większego sukcesu politycznego.

– To koniec naszej wiarygodności w NATO – powiedziała chrapliwym głosem. – Jeśli to podpiszemy, staniemy się koniem trojańskim Pekinu w Europie. Waszyngton nam tego nie daruje. Zablokują części zamienne do myśliwców i wstrzymają rotację wojsk.

Różański uśmiechnął się kącikiem ust. Był to uśmiech, który wyborcy kochali – pełen wyrozumiałości i pewności siebie.

– Waszyngton nie wypłaci emerytur naszym obywatelom, z kolei Pekin tak. NATO to sojusz militarny, a my toczymy wojnę ekonomiczną. I właśnie kończy nam się amunicja. Obsługa długu zjada już piętnaście procent PKB, Ewo.

Wstał. Podszedł do mapy Europy wiszącej na ścianie. Przesunął dłonią po wschodniej granicy, jakby chciał ją wymazać i narysować na nowo. Jego palec zatrzymał się na terminalu przeładunkowym w Małaszewiczach.

– Spójrz na to chłodno. Nawet nasz wywiad rekomenduje ten ruch. Gospodarka potrzebuje kroplówki. Chińczycy dają nam gotówkę, technologię i stabilizację waluty. W zamian chcą tylko dostępu do rynku i infrastruktury.

– Oddajemy im klucze do domu – warknęła Ewa.

– Wynajmujemy im jeden pokój. Na dziewięćdziesiąt dziewięć lat, w ramach dzierżawy operacyjnej. To różnica.

Premier podeszła do stołu. Spojrzała na dokument. Wiedziała, że Różański gra. Wiedziała też, że jego kontakty z Chińczykami są głębsze, niż raportowało MSZ, ale nie miała na to dowodów. Miała tylko przeczucie i nóż na gardle w postaci pustego skarbca.

Różański oparł się o krawędź biurka, wchodząc w jej strefę osobistą. Zmienił ton na cichszy, bardziej konspiracyjny.

– Pomyśl o wyborach, Ewo. Sondaże dają nam dwa miesiące życia. Jeśli gospodarka runie, jeśli w zimie zabraknie prądu i ludzie zaczną palić meblami, Bartczak wygra w pierwszej turze. Zrobi z nas zdrajców i nieudaczników. Postawi nas przed Trybunałem Stanu. Chcesz tego?

Ewa zacisnęła dłonie na oparciu krzesła. Bartczak był populistą, który tylko czekał na ich potknięcie, siedząc w Pałacu Prezydenckim i punktując każdy wzrost cen chleba.

– A jeśli podpiszemy? – zapytała.

– Jeśli podpiszemy, uratujemy budżet. Wypłacimy emerytury i ustabilizujemy ceny energii. Ludzie odetchną. A ja… – Marek zawiesił głos, poprawiając mankiet koszuli spięty złotą spinką. – Ja pojadę do Brukseli i Waszyngtonu jako ten, który uratował wschodnią flankę przed chaosem. Wygram te wybory. A ty przejdziesz do historii jako premier, która miała odwagę podjąć trudną decyzję dla dobra obywateli.

To była perfekcyjnie zaplanowana pułapka. On miał zostać architektem sukcesu, zbawcą i przyszłym prezydentem. Ona miała być tą, która złoży podpis. Tarczą przyjmującą na siebie pierwsze uderzenie krytyki, by on mógł błyszczeć.

Jednak matematyka wciąż była po jego stronie. Bez pieniędzy nie było państwa, a bez państwa nie było władzy. Ewa Mierzejewska spojrzała stanowczo na Różańskiego.

– Uruchom procedurę – powiedziała twardo. – Niech MSZ przygotuje noty dyplomatyczne. A jeśli to wyjdzie na jaw przed oficjalnym ogłoszeniem, jeśli ludzie dowiedzą się o tajnych załącznikach dotyczących dostępu do rejestru PESEL…

– Nie dowiedzą się – przerwał jej Marek, biorąc teczkę ze stołu. – Nasze służby o to zadbają zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz. To będzie najczystsza operacja w historii tego rządu.

Różański ruszył do wyjścia. Szedł sprężystym krokiem zwycięzcy. Wychodząc, nie obejrzał się. Mierzejewska została sama, a cisza dzwoniła jej w uszach. Nie wiedziała, co przyniesie jutro.

—

Wilgotne, lepkie powietrze pachniało ozonem, spalinami, smażonym olejem i rzecznym mułem parującym w upale. Maja Szemud, oficer operacyjna Agencji Wywiadu, stała w tłumie na promenadzie Bund, patrząc na neonową panoramę dzielnicy Pudong po drugiej stronie rzeki Huangpu, której gigantyczne ekrany reklamowe barwiły niskie chmury na toksyczny fiolet. Dla kamer systemu rozpoznawania twarzy, rozmieszczonych na każdej latarni co piętnaście metrów i wyposażonych w algorytmy analizy chodu, była tylko kolejną turystką z Europy Środkowej. Według chińskiego systemu biometrycznego, skanującego przechodniów w podczerwieni, jej tętno wynosiło stabilne sześćdziesiąt osiem uderzeń na minutę. W kieszeni taniego płaszcza przeciwdeszczowego ściskała przedmiot, który ważył mniej niż zapalniczka, a miał siłę rażenia dywizji pancernej.

Operacja nosiła kryptonim „Jedwabny Węzeł”. Oficjalnie była to rutynowa wymiana kurierska przy placówce dyplomatycznej, a nieoficjalnie – dostarczenie zastawu pod pożyczkę, której Polska nie miała prawa zaciągnąć.

Maja wiedziała, co niesie. Nie musiała zaglądać do zaszyfrowanych plików na polimerowym nośniku pamięci, aby wiedzieć o mapach geologicznych złóż metali ziem rzadkich na Suwalszczyźnie – tytanu i wanadu, strategicznych dla przemysłu zbrojeniowego, oraz o pełnej dokumentacji technicznej sieci przesyłowych wysokiego napięcia wraz ze schematami mostków energetycznych z Ukrainą. A najważniejszymi danymi były kody źródłowe systemów bankowych PKO BP zawierające klucze API do systemu PESEL. To nie była klasyczna wymiana handlowa, ale wręczenie kluczy do mieszkania nowemu właścicielowi, zanim jeszcze podpisano akt notarialny.

Kobieta ruszyła przed siebie, wchodząc głębiej w rzekę ludzi. Obojętny tłum napierał i napierał, każdy próbował dotrzeć do celu, trącając ją łokciem i mokrym parasolem. W słuchawce, ukrytej głęboko w kanale słuchowym, usłyszała trzask i krótkie zdanie: „Cel w zasięgu”.

Mężczyzna stał przy barierce, udając, że fotografuje wieżę Oriental Pearl. Mimo dusznego wieczoru miał na sobie szary garnitur z taniego syntetyku. Wyglądał na urzędnika średniego szczebla, zmęczonego biurokracją Partii. Maja nie zwolniła kroku. Nie spojrzała na niego. Szła prosto, mijając go z lewej strony. W momencie, gdy ich ramiona prawie się zetknęły – poczuła szorstkość materiału jego rękawa – jej dłoń wysunęła się z kieszeni. W ułamku sekundy polimerowy nośnik zmienił właściciela, znikając w rękawie mężczyzny jak w sztuczce iluzjonisty.

Nie powiedzieli do siebie ani słowa, nie wymienili nawet spojrzeń. W tym fachu kontakt wzrokowy to błąd, który zostawia ślad w pamięci. Maja przeszła dalej, wtapiając się w grupę niemieckich turystów, kłócących się o cenę pamiątek. Bez tego daru, który Szemud właśnie przekazała, Pekin nie usiadłby do stołu z Różańskim. Bez tych danych chińskie systemy nie mogłyby zintegrować się z polską gospodarką w tempie ekspresowym. A tego wymagała sytuacja.

Maja Szemud stała przy wejściu do metra, gdzie buchało gorące powietrze z wentylatorów. Spojrzała na swój telefon. Ekran rozbłysnął powiadomieniem z aplikacji pogodowej. To było potwierdzenie. „Przesyłka odebrana. Sumy kontrolne zgodne”. Wzięła głęboki oddech, wciągając w płuca smog Szanghaju, który pachniał jak starta opona.

Wsiadła do metra. Obserwowała twarze pasażerów wpatrzonych w ekrany smartfonów, oświetlone niebieskawym blaskiem serwisu WeChat. Maja zamknęła oczy, czując wibracje pociągu w stopach. Wiedziała, że gdy wróci do Warszawy, nic już nie będzie takie samo. Właśnie otworzyła bramę, której nikt nie zdoła zamknąć.

—

Ambasada Chińskiej Republiki Ludowej przy ulicy Bonifraterskiej płonęła światłem, jakby kryzys energetyczny kończył się na jej ogrodzeniu, zwieńczonym drutem kolczastym i kamerami termowizyjnymi.

Za wysokim murem, w Wielkiej Sali Balowej, nie obowiązywały żadne limity. Kryształowe żyrandole lśniły pełnym blaskiem, odbijając się w polerowanym marmurze podłogi. Czerwone dywany tłumiły stukot drogich butów dyplomatów, a powietrze, filtrowane przez systemy najwyższej klasy i schłodzone do przyjemnych osiemnastu stopni, pachniało drogimi perfumami, świeżością i ozonem. To była wyspa bogactwa na morzu nędzy. Scena teatralna przygotowana do odegrania jednego, konkretnego aktu.

Ewa Mierzejewska siedziała przy długim, hebanowym stole. Czuła na sobie ciepło setek reflektorów, które wypalały jej oczy. Kamery wszystkich stacji telewizyjnych – państwowych i prywatnych – były wycelowane w jej dłonie, rejestrując każde drgnięcie w rozdzielczości 8K. Obok niej siedział ambasador Li, człowiek o twarzy gładkiej i nieprzeniknionej jak porcelanowa maska, bez jednej kropli potu na czole. Za jej plecami stał Marek Różański. Wicepremier promieniał. Jego postawa wyrażała dumę i pewność siebie. Dla niego ten blask nie był oślepiający. W tym otoczeniu czuł się jak ryba w wodzie, ignorując fakt, że woda jest mętna.

Przed Ewą Mierzejewską leżały dwie teczki oprawione w czerwoną skórę. Oficjalny tytuł traktatu brzmiał: „Partnerstwo dla Rozwoju”. Piękne słowa o inwestycjach, stabilizacji waluty i wymianie technologicznej. Pod spodem, niewidoczne dla kamer, leżały aneksy. Dokumenty, których nie odczytano na głos. Klauzule o przejęciu kontroli nad infrastrukturą krytyczną w przypadku niewypłacalności. Protokoły dostępu do bazy danych PESEL. Zgoda na instalację chińskich bramek w systemie bankowym. To nie była umowa partnerska. Każdy z obecnych w tej sali polityków i dyplomatów był świadom, że uczestniczy w podpisaniu aktu notarialnego sprzedaży państwa, z odroczonym terminem płatności.

– To wielki dzień dla naszych narodów – powiedział ambasador Li, podsuwając premier otwarty dokument. Głos miał cichy, wręcz melodyjny. Ewa Mierzejewska sięgnęła po pióro Montblanc Meisterstück. Ciężkie, złote, z grawerem upamiętniającym datę podpisania traktatu, warte trzy średnie krajowe. Dłoń jej nie zadrżała, choć mięśnie karku miała napięte do granic bólu. Ćwiczyła ten moment przed lustrem. Musiała wyglądać na liderkę, która ratuje naród, a nie na dłużnika podpisującego weksel in blanco. Złożyła podpis. Szybki i zamaszysty. Dźwięk stalówki drapiącej papier brzmiał nienaturalnie głośno w ciszy panującej na sali i przypominał chrobot noża na talerzu. Ambasador podpisał się obok.

– Dokonało się – szepnął Marek Różański, nachylając się lekko w jej stronę. Światło fleszy zalało salę, oślepiając Mierzejewską. Przez chwilę widziała tylko białe plamy, jak po wybuchu jądrowym. Wstała. Uścisnęła dłoń ambasadora, uśmiechając się do kamer. Był to uśmiech numer cztery – opanowany, z pozoru pełen nadziei, fałszywy do szpiku kości.

Gdzieś w głębi sali, w cieniu filaru, stał Tomasz. Szef Agencji Wywiadu nie klaskał. Patrzył na uścisk dłoni z kamienną twarzą. Wiedział, co właśnie się stało. Wiedział, co Maja Szemud musiała zrobić w Szanghaju, żeby ten podpis był w ogóle możliwy. Klamka zapadła. Tusz na papierze wysychał szybko, pieczętując los trzydziestu ośmiu milionów ludzi, którzy w swoich ciemnych mieszkaniach, przy świecach i konserwach, wierzyli, że rząd właśnie ich uratował.

Ewa Mierzejewska wciąż trzymała dłoń Chińczyka. Wiedziała, że ten uścisk zostanie z nią na zawsze. Nie jako symbol przyjaźni, ale jako chłodny dotyk kajdan, które sama sobie założyła, a klucz wyrzuciła do studni bez dna.

Zapraszamy na nasz kanał na YouTube.

Informacje dodatkowe

Waga 350 g
Wymiary 23,5 × 16,5 × 1,8 cm
Autor

Paweł Głombiowski

Język

polski

Oprawa

miękka

Rok wydania

2026

Strony

224

Rodzaj

Ebook, Książka drukowana

Kolor wnętrza

czarno-biały

Format ebooka

EPUB, MOBI

EAN: 9788368466577

Opinie

Nie ma jeszcze żadnych recenzji

Tylko zalogowani klienci, którzy kupili ten produkt mogą napisać opinię.

Wydawnictwo Sorus,
DM Sorus sp. z o.o.,
Bóżnicza 15/6,
60-643 Poznań,
Poland,
sorus@sorus.pl,
tel. +48 61 653 01 43

0