Latynoska euforia z Hollywoodem w tle

49,90 

“Opowieści i wspomnienia Andrzeja Zbrożka są gorące i ciekawe niczym Meksyk, w którym mieszkał. Dlatego, gdy pytacie czy polecam tę książkę, odpowiadam: CLARO QUE SÍ! AMIGOS!”  ~ Szymon Majewski

Na stanie

SKU: 330-1-2-ISBN 978-83-66024-17-5 Kategoria: Znaczników: , , , , ,

Opis

Dlaczego nie warto złościć Arnolda Schwarzeneggera? Z czym, poza Fiatem, Tom Hanks kojarzy Polskę? O kogo wstawiennictwo proszą meksykańscy mafiosos planujący ryzykowny przemyt? Która karaibska wyspa zapewnia wieczną młodość? No i jak obrazek Madonny z Częstochowy może pomoc w znalezieniu noclegu w Brazylii?  

Od Latynosów otrzymał sporo lekcji. Kubańczycy nauczyli go cieszenia się chwilą, Kolumbijczycy miłości do drugiego człowieka, Brazylijczycy – dumy z tego, kim jest. Meksykanie zawsze powtarzali wymownie, że oni mają czas, a Europejczycy jedynie zegarki.  


Andrzej Zbrożek – dubler gwiazd i kaskader na hollywoodzkich planach filmowych. Przez wiele lat podróżował po krajach Ameryki Łacińskiej. Dziś zaprasza na wspólną wędrówkę przetartym przez siebie szlakiem by zdradzić, jak zaplanowany na trzy miesiące pobyt w Meksyku zamienił się w wieloletnią przygodę.

“Latynoska euforia to prawdziwa podróż literacka z której zostają tylko dobre wspomnienia. Soczysta lektura z wyrazistym bohaterem i barwnym tłem. Gdybym miała porównać nową książkę Zbrożka do pogody, byłaby prawdziwym huraganem zdarzeń pośród lekkich bryz. Przecież to Hemingway zreinkarnowany! Nie chcę pisać więcej, bo czyjekolwiek słowa na temat tej książki są niczym w porównaniu z ucztą, która czeka we wnętrzu. Nie traćcie czasu i rzućcie się w wir barwnej przygody z Hollywoodem w tle!”  ~ Emilia Teofila Nowak – literatka, blogerka (fabrykadygresji.pl)


SPIS TREŚCI

ZAPISKI NIEDOSZŁEGO CELEBRYTY

  1. Takie tam wspomnienia
  2. Kiedy los rzuci cię do Meksyku
  3. Mis hermanos mexicanos
  4. High life po godzinach
  5. Być statystą, a może artystą
  6. Filmowa kuchnia
  7. Cisza na planie!
  8. Dwóch gigantów i jedna drobna lady
  9. Bardzo filmowa mieszanka firmowa
  10. Stary gringo
  11. My name is Bond

LATYNOSKA EUFORIA

  1. Apetyt na życie
  2. Seks, kwiaty, aromaty i różne dziwne klimaty
  3. Puebla de Los Angeles
  4. Ay Cholula!
  5. Podróże męczą… i życie też
  6. Stara hacjenda pod Górą Gwiazd
  7. Verdadera cruz
  8. Meksykańska Wielkanoc
  9. Czarny Chrystus z miasta Chalma
  10. Pucybuty z Placu Broni
  11. Autostrada słońca
  12. Wigilia w Acapulco
  13. Mexico mistico
  14. Terremoto
  15. Moje małe dolce vita
  16. Twardziele z Amanalco
  17. Czas przeszły dokonany
  18. Wytrawne smaki Hawany
  19. Yuma w Guantanamo
  20. Criminal salsa
  21. Hotel Boston w Caracas City
  22. Parque Calvario oraz inne atrakcje
  23. Uśmiechnij się, jesteś w Wenezueli
  24. Terminal w dzielnicy La Bandera
  25. Taksówka do Choroní
  26. Viva Colombia
  27. Santafé de Bogotá
  28. Takie rzeczy tylko w Río
  29. Policyjna wpadka
  30. Miami Center z Murzynkami w tle
  31. Chrystus ze wzgórza Corcovado
  32. Jesteś w Río, wyluzuj!
  33. Karnawał niejedno ma imię
  34. Tramwaj do Santa Teresa
  35. São Paulo City
  36. Feliz Natal!
  37. Yerba mate w Porto Alegre
  38. São Paulo o kilku twarzach
  39. Los Paraguayos
  40. Dziewczyny z Asunción
  41. Życie jak… w Buenos Aires
  42. Zima w Montevideo
  43. Sala odlotów

ZAPISKI NIEDOSZŁEGO CELEBRYTY

…usuń z niedoskonałego życia wszystko, co nie ma sensu,
a utraci ono nawet swą niedoskonałość…
Haruki Murakami

TAKIE TAM WSPOMNIENIA

Dzięki sprzyjającym, choć niewiarygodnym, zbiegom okoliczności ukończyłem liceum w randze prowincjonalnego, naiwnego i nie do końca dojrzałego maturzysty. Nie to, co teraz – kiedy jesteś siedemnastolatkiem i świat nie ma przed tobą tajemnic. Po maturze zmieniłem miejsce zamieszkania. Pomogli mi w tym rodzice, kupując stary dom w Rembertowie. Spędziłem w nim sześć lat nie zawsze beztroskiego życia. Już wtedy była to dzielnica Warszawy. Imponowała mi stolica oraz uwodził wielkomiejski sznyt, ale nie miałem aspiracji i nie odczuwałem potrzeby, żeby za nim gonić. Dobrze mi było z tym, co posiadałem.

Sądziłem, że potrafię śpiewać – w myśl słów znanego utworu, że “śpiewać każdy może; jeden lepiej, drugi gorzej”. Przypadkiem zobaczyłem na ulicy plakat informujący o Studiu Piosenki. Na liście pedagogów figurowały znane nazwiska. Interpretacji uczył znakomity aktor Wiesław Gołas. Emisję głosu prowadziła, dorabiająca sobie na boku, emerytowana śpiewaczka operowa, a solfeż i akompaniament trzymał w fachowych rękach pianista Zbigniew Rymarz. Pamiętam moją brawurową interpretację piosenki Betty Babilon, za którą nie nadążał akompaniator, pan Zbigniew, a i ja nie mogłem złapać oddechu, żeby wyrzucić z siebie potok słów, które należało odpowiednio zinterpretować. To wykonanie powaliło wszystkich bez wyjątku; niestety – w negatywnym tego słowa znaczeniu. Wkrótce jednak zmieniłem emploi i wykorzystując moje bezdyskusyjne bel canto, zrehabilitowałem się znanym utworem: “Żebyś ty wiedziała, jak mi się chce… usta całować twe”, tyle że nikt nie chciał słuchać tej ogranej ramoty. W Studiu Piosenki poznałem Janusza Szczepkowskiego, stawiającego pierwsze kroki w show-biznesie, autora słów do Papierowych ptaków oraz innych szlagierów. Cenię sobie te dawne przyjaźnie. Są jak stare, dobre wino.

Moje ambicje nie dawały mi spokoju i zgłosiłem się na eliminacje, teraz nazywane castingiem, do Teatru Piosenki “Stodoła”. Stanąłem oko w oko ze znanymi profesjonalistami: Bogusławem Choińskim – tekściarzem oraz Tadeuszem Prejznerem – kompozytorem i pianistą jazzowym. Dołączyli do nich: Jan Tadeusz Stanisławski – satyryk, “profesor mniemanologii stosowanej”, oraz Maciek Szwed – kabareciarz i poeta, autor tekstów do popularnych piosenek, od wielu lat mój serdeczny przyjaciel. Dziwnym trafem zostałem przyjęty, a razem ze mną młodziutka i szczuplutka Elżbieta Jodłowska – obecnie dojrzała aktorka komediowa i estradowa, współtwórczyni popularnego spektaklu Klimakterium.

Reżyserią w naszym teatrze zajęła się urocza Joanna Jedlewska, niezwykła osoba. W telewizyjnej adaptacji Pana Tadeusza u Hanuszkiewicza grała Telimenę. To ona połączyła mnie z Elką Jodłowską we wspólnej piosence, śpiewanej w duecie. Objechaliśmy z programem wszystkie północne województwa. Poznałem wówczas Wojtka Kamińskiego, szefa naszego muzycznego ansamblu. Na prezentowanych spektaklach cudownie nam przygrywał na pianinie. Już wtedy był świetnym pianistą jazzowym. Z biegiem lat został wirtuozem fortepianu i cenionym pedagogiem. Z tego, co wiem, ciągle koncertuje w Polsce i Europie z zespołem jazzu tradycyjnego – Old Timers. W latach osiemdziesiątych Old Timersi przeżywali swoje najlepsze lata, a ja do dzisiaj pozostałem fanem ich muzyki. Każdy przyzna, że dixieland to czysta radość i nieokiełznany optymizm, w dodatku zaraźliwy.

W prozaicznych okolicznościach poznałem pianistę i kompozytora Mieczysława Kosza. Pomagałem mu przejść przez ulicę. Ten niewidomy muzyk występował na koncertach warszawskiego festiwalu Jazz Jamboree w stołecznej Filharmonii Narodowej. Odwiedzałem Mietka w niewielkim, wynajmowanym mieszkaniu przy ulicy Pięknej. Wielokrotnie asekurowałem go podczas spacerów, ponieważ nie lubił chodzić z białą laską. Niedaleko od domu, na rogu Wilczej i Marszałkowskiej, na ostatnim piętrze, funkcjonowała muzyczna kawiarnia Pod Gwiazdami – cel naszych wędrówek. Śpiewałem w niej, nawet publicznie. Zezwalała mi na to gospodyni lokalu, piosenkarka Marta Nowosad. Mietek Kosz siadał przy fortepianie i grał jazz. Nie prosił o pozwolenie, był przecież artystą. Znali go bywalcy tego miejsca. Po skończonym, nieformalnym koncercie zapraszali na wódkę, której Mietek nigdy nie odmawiał. W tym tkwił cały problem, ponieważ z każdym następnym kieliszkiem stawał się bardziej pobudliwy, wręcz agresywny, i nie byłem w stanie odprowadzić go do domu. Dochodziło do szarpaniny oraz drobnych niesnasek. Depresję leczył alkoholem. Miał przed sobą wielką karierę, niestety – w tragiczny sposób przerwaną. Kilka dni po naszym ostatnim spotkaniu wpadła mi w rękę gazeta. Ze zgrozą przeczytałem, że Mieczysław Kosz popełnił samobójstwo. Wyskoczył z okna swojego mieszkania. Długo nie mogłem dojść do siebie i gryzły mnie wyrzuty sumienia; nie wiem, czy uzasadnione.

Ponieważ muzyka, a zwłaszcza piosenka, nadal była moją pasją, uprawiałem ją bez opamiętania i… bez widocznych sukcesów. Nie przeszkadzało mi to ani nie martwiło, zwłaszcza że rodzice finansowali moje fanaberie. Pobierałem prywatne lekcje emisji głosu u znanego artysty estradowego i śpiewaka Wacława Brzezińskiego na Muranowie. Byłem bardzo młody, on zaś miał za sobą karierę w przedwojennych kwartetach i kabaretach. Śpiewał z Mieczysławem Foggiem, słynnym pieśniarzem Warszawy, w popularnym Chórze Dana. Siostra Wacława Brzezińskiego, aktorka i piosenkarka Hanka Brzezińska, zaprzyjaźniła się z moją matką. Obie panie wpadały na plotki do kawiarni Bombonierka na Nowym Mieście. W tym modnym w owych czasach lokalu Brzezińska występowała z kameralnymi recitalami. Byłem dumny, że ja, młokos, obracałem się wśród artystów, że mnie dostrzegali i traktowali jak kolegę.

Na Mariensztacie, tuż przy rynku, mieszkali państwo Boguccy – para aktorów i śpiewaków. Andrzej Bogucki był znanym piosenkarzem i mimo zaawansowanego wieku nadal występował, natomiast jego żona, Janina Godlewska, wycofała się z czynnego życia estradowego. Dwa razy w tygodniu chodziłem do niej na lekcje dykcji. Usiłowała nauczyć mnie wymowy głoski R, niestety na próżno. Mój język nie chciał wibrować tak, jak powinien, i nie czekając dłużej, pani Godlewska oddała sprawę walkowerem. W czasie okupacji niemieckiej małżeństwo Boguckich wykazało się niezwykłą odwagą, ukrywając osoby pochodzenia żydowskiego. Był wśród nich Władysław Szpilman, kompozytor i pianista, autor wielu powojennych przebojów. Po latach Roman Polański zrealizował film oparty na biografii Szpilmana. Reżyser pamiętał o heroicznej postawie państwa Boguckich i znalazł dla nich miejsce w scenariuszu. Ja tymczasem rosłem w siłę, ciągle jednak nie przekroczyłem dwudziestki.

Nikt już nie pamięta drobnej blondynki, aktorki i piosenkarki, Zofii Grabińskiej. Dzieliła nas wiekowa, pokoleniowa przepaść oraz niebagatelna różnica wzrostu. Nie zapomnę mojej pierwszej wizyty w mieszkaniu Zosi na Saskiej Kępie. Przyjęła mnie lekko “pod wpływem” i w stroju nie do końca kompletnym. Podobnie jak inni zdolni artyści, nie stroniła od alkoholu. Był dla niej ucieczką przed samotnością, ale przede wszystkim zmorą i przekleństwem. Z powodu częstej niedyspozycji aktorki, uwikłanej w ten zabójczy nałóg, zamilkły telefony, a reżyserzy, obawiając się ryzyka, przestali traktować ją poważnie. Okazjonalnie grała w teatrze i coraz rzadziej śpiewała. Kilka razy wystąpiła w filmach. Jedną z jej ostatnich piosenek był wielki przebój “Pola zielone, oczy zielone”. Odnalazłem ten utwór na YouTube w jej interpretacji i ogarnęło mnie wzruszenie. To dla mnie nagrała tę piosenkę. Śpiewała i płakała. Teraz wiem, że z miłości. Po latach zrozumiałem, że można umierać z miłości mimo pokoleniowej przepaści.

Zeszła ze sceny życia w zapomnieniu; z desek teatru – także. O wiele za wcześnie. Było to tak niedawno, zaledwie wczoraj – kiedy byłem młody. Dopiero potem pojawiło się prawdziwe, dorosłe życie.

Zapraszamy na nasz kanał na YouTube.

Informacje dodatkowe

Waga 425 g
Wymiary 14,5 × 20,5 × 3 cm
Autor

Andrzej Zbrożek

Oprawa

miękka

Strony

280

Rok wydania

2018

Opinie

Nie ma jeszcze żadnych recenzji

Tylko zalogowani klienci, którzy kupili ten produkt mogą napisać opinię.

Wydawnictwo Sorus,
DM Sorus sp. z o.o.,
Bóżnicza 15/6,
60-643 Poznań,
Poland,
sorus@sorus.pl,
tel. +48 61 653 01 43

Wydawnictwo Sorus
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.