ROZDZIAŁ PIERWSZY
POCZĄTKI
Mając piętnaście lat, za namową przyjaciółki założyłam konto na popularnej kiedyś aplikacji randkowej – Hot or Not. Nie szukałam wielkiej miłości. Pisałam z różnymi osobami, ale kontakt bardzo szybko się urywał. 3 kwietnia 2015 roku odezwał się do mnie pewien chłopak. Szybko znaleźliśmy wspólny język – nazajutrz rozmawialiśmy przez telefon i tak zaczęła się nasza historia. Nie planowałam od razu się zakochiwać, ale czy da się uciec przed miłością? Gdy tylko usłyszałam jego głos, wiedziałam, że to jest to. Dziwne, prawda? Ale on czuł to samo. Już przez telefon wypowiedział magiczne słowa: „Kocham cię”. Pamiętam, że nie wiedziałam, co mu odpowiedzieć, tak bardzo się wstydziłam. Gdy skończyliśmy rozmowę, tylko napisałam: „Ja też cię kocham”. W tym samym tygodniu poznaliśmy się osobiście. Byłam już wtedy pewna, że taka miłość przytrafia się tylko raz. Ponieważ nie mieszkaliśmy blisko siebie, całymi dniami rozmawialiśmy przez telefon, a w każdym możliwym czasie się widywaliśmy. Tak minęły nam ponad trzy lata. Czy to nie piękne? Dla mnie – bardzo.
Gdy skończyłam siedemnaście lat, zaczęłam myśleć, czego tak naprawdę chcę od życia. Doszłam do wniosku, że domu, męża, dziecka oraz psa. Oto idealne życie u boku kochających osób. Zaczęłam rozmawiać z partnerem, czy planuje założyć rodzinę. To cudowne, że myśleliśmy tak samo. Oboje bardzo chcieliśmy mieć dzieci. Jedno swoje, a jedno adoptowane. Słowo „swoje” nie pasuje tu nawet za bardzo, bo przecież adoptowane również byłoby nasze.
Zgodnie byliśmy jednak zdania, że z założeniem rodziny zaczekamy do momentu, aż skończymy się uczyć i zaczniemy zarabiać. W moje osiemnaste urodziny postanowiliśmy razem zamieszkać. Mieliśmy dość dojazdów, chcieliśmy już zawsze być blisko siebie. Po kilku miesiącach wzięliśmy ślub. Niektórzy pomyślą, że to bardzo wcześnie, ale my się kochaliśmy i byliśmy pewni naszych uczuć, więc dlaczego nie? Nawet słyszeliśmy plotki, że wzięliśmy ślub tylko dlatego, że jestem w ciąży. Nie byłam. Za naszą decyzją stała miłość. Oficjalnie zostałam żoną.
Po ślubie pojechaliśmy do Wrocławia. Zakochaliśmy się w tym mieście. Mąż powiedział mi wtedy, że to właśnie tam postaramy się o dziecko. To we Wrocławiu zacznie się historia naszego syna lub córki. Zaczęłam to sobie wyobrażać: mąż, ja, miasto, które kochamy, i moment, w którym spełnia się moje największe marzenie.
Ustaliliśmy, że najpierw zadbamy o własny kąt, a później pomyślimy o dziecku. To dziwne, ale moim małym marzeniem było, aby zostać mamą przed 22 urodzinami. Oczywiście już byliśmy rodziną, bo przecież nie każdy chce lub może mieć dzieci. Dlatego pamiętajmy, że rodziną jest się także, nie mając dzieci.
W międzyczasie zaczęliśmy szukać mieszkania lub domu do kupienia. Troszkę czasu nam to zajęło, ale się udało. Zostaliśmy właścicielami małego domku do remontu niedaleko miasta. Nie zależało nam na jakiejś dużej willi.
Mijały kolejne miesiące. Pewnego dnia mąż zaproponował wyjazd do Wrocławia na kilka dni. Czemu nie? Czasem miło jest gdzieś pojechać i odpocząć. Wynajęliśmy przytulny apartament, oczywiście z wanną, bo dla mnie prawdziwy wypoczynek to relaksująca kąpiel.
Nie wiedziałam, że na tym wyjeździe zacznie się spełniać moje marzenie. Kiedy siedzieliśmy na kanapie, mąż przypomniał mi słowa: „To właśnie tutaj postaramy się o dziecko”. Byliśmy gotowi. Mieliśmy już warunki, aby przyjąć nowego członka rodziny. Mojego szczęścia nawet nie umiem opisać. Wątpiłam, że uda się za pierwszym razem, ale miałam taką nadzieję.
Zaczęłam wyobrażać sobie, że jestem w ciąży. Każdy najmniejszy objaw złego samopoczucia sprawdzałam zaraz w Internecie, czy to aby nie znak odmiennego stanu. Stojąc przed lustrem, wyobrażałam sobie, że rośnie mi brzuch, że właśnie tam rozwija się we mnie nowe życie.
Życie, które miało sprawić, że zostanę mamą…
Życie, które miało spełnić moje marzenie…
Życie, które bym już zawsze kochała…
Niestety na teście ciążowym pojawiła się tylko jedna kreska. Było mi wtedy okropnie przykro, ale pomyślałam, że przecież uda się następnym razem. Tak mijały kolejne tygodnie. Wraz z każdym rozczarowaniem pojawiał się płacz i coraz więcej wątpliwości, że nie dane mi będzie zostać mamą. Tak bardzo tego pragnęłam. Wyrzucałam sobie, że może robimy coś nie tak albo że jestem bezpłodna.
Po ośmiu miesiącach starań przestałam wierzyć, że kiedykolwiek będę mieć dzieci. Zrezygnowałam z comiesięcznych testów ciążowych, których wynik bardzo mnie bolał. Mąż też się denerwował. Jak każdej kochającej osobie było mu ciężko patrzeć na moje łzy. Jestem bezpłodna. Byłam o tym przekonana.
Dni mijały, a ja zaczęłam gorzej się czuć. Bolało mnie podbrzusze. Koleżanka z pracy wspomniała, że ją też boli od jakiegoś czasu, więc uznałam, że przejdzie. Zaczęły się mdłości, częstsze wizyty w toalecie i ból piersi. Tłumaczyłam sobie, że jestem chora, a do tego zbliżał się termin kolejnej miesiączki.
Każdy powtarzał, żebym zrobiła test, ale jakoś nie mogłam na to się zdobyć. Nie chciałam znowu się rozczarować. Postanowiłam zaczekać do daty miesiączki. Kolejne dni mijały, a objawy nie ustępowały.
Pamiętam, że gdzieś z mężem wychodziliśmy, więc użył perfum, które uwielbiam. Jednak nie tym razem. Jakoś dziwnie mi pachniały, a w zasadzie to śmierdziały. Dlatego musiałam otworzyć okno, a kiedy koło mnie przeszedł – pędem pobiegłam do toalety. Mąż się śmiał, żebym w końcu zrobiła ten test. Dalej byłam zdania, że zrobię go w dniu, kiedy nie dostanę planowanej miesiączki.
Przypomniałam sobie wtedy, że w sumie to już chyba powinnam ją mieć. Od razu wzięłam telefon do ręki i sprawdziłam kalendarzyk. Pojawił się komunikat: „Spóźnia się 2 dni”. Moje serce zaczęło mocno bić… Zostanę mamą? Czyżby właśnie moje marzenie zaczęło się spełniać?
Pojechaliśmy z mężem do apteki po test ciążowy. Na drugi dzień z samego rana postanowiłam go zrobić. Cały wieczór myślałam o wyniku. Z jednej strony bardzo się bałam, że znów się rozczaruję, z drugiej chciałam wstać, pobiec do toalety i mieć to już za sobą. Rano wykonałam test i zaczęłam się malować. Bałam się na niego spojrzeć. Jednak coś mnie kusiło… Wzięłam kawałek plastiku do ręki, spojrzałam i nie wierzyłam własnym oczom. Spojrzałam drugi raz i dalej nie wierzyłam… DWIE KRESKI!
Kiedy zaczęliśmy starać się o dziecko, wyobrażałam sobie, w jaki sposób powiem o tym mężowi. Miałam mnóstwo pomysłów, ale w tamtym momencie emocje wygrały. Po prostu pobiegłam do niego. Mąż również bardzo się ucieszył, z marszu chciał jechać do swojego brata i bratowej. Ja jednak wolałam jeszcze nic nikomu nie mówić. Jestem straszną pesymistką i jakoś z tyłu głowy miałam myśl, że to zbyt piękne, żeby było prawdziwe.
Powiedziałam mężowi, że to tylko jeden test i może wynik jest błędny. Pojechaliśmy więc do apteki po drugi. Umówiliśmy się, że jeśli on wyjdzie pozytywnie, to pochwalimy się jego bratu.
W aptece był chwilowy problem z terminalem, więc musieliśmy chwilę zaczekać. W międzyczasie rozmawialiśmy z farmaceutką. Pokazałam jej zdjęcie pierwszego testu, a pani stwierdziła, że na pewno jestem w ciąży. Wtedy zaczęłam wierzyć, że zostanę mamą. Chciałam wykrzyczeć to całemu światu!
Gdy wróciliśmy do domu, od razu zrobiłam drugi test. Pojawił się płacz szczęścia. Jestem mamą! Pod moim sercem rośnie nasze dziecko! Nasze małe szczęście! Tak, jak obiecałam, pojechaliśmy przekazać dobrą nowinę. Brat męża i bratowa bardzo się ucieszyli. Jako młodzi rodzice od razu nas poinstruowali, co powinniśmy zrobić dalej. Zadzwoniłam i umówiłam się na wizytę do ginekologa. Nie mogłam się doczekać, aż zobaczę nasze dziecko na monitorze. Od razu też zaczęłam czytać o ciąży w Internecie, za to mąż sprawdzał, czy mogę jeść wszystko, na co mam ochotę. Kochaliśmy to maleństwo już od małej fasolki i bardzo dbaliśmy o ten nasz mały cud.
Mąż chciał powiedzieć o ciąży także swoim rodzicom, ja jednak znowu zwątpiłam. Nie wiem dlaczego, ale ciągle miałam złe przeczucia… Zdecydowałam, że zrobię trzeci test, i jeśli wyjdzie pozytywny, to wtedy powiemy. Poprosiłam też go, żeby kupił teściom coś ładnego, co damy im, przekazując radosną nowinę.
Pamiętam, że dość długo nie wracał, za to pojawił się z wielkimi zakupami. Kupił test, dużo soczków, szary kocyk w gwiazdki, zestaw do obcinania paznokci oraz dwa różowe smoczki, które świeciły w ciemności, a dla rodziców dwie torby z napisami „Najlepszy dziadek na świecie” i „Najlepsza babcia na świecie”. Gdybym miała więcej czasu, pewnie kupiłabym coś innego, ale mąż tak się cieszył, chciał wszystkim mówić o naszym szczęściu. Był pewny, że to będzie dziewczynka, stąd te różowe smoczki.
Zrobiłam trzeci test. Bałam się, że wyjdzie negatywny, a mój piękny sen się skończy. Chwilę później wzięłam go do ręki i były… Piękne dwie kreski.
Rodzice również się ucieszyli. Prawdopodobną ciążą pochwaliłam się także mamie, która od początku starań bardzo mnie wspierała. Jakoś tak w podobnym czasie pojawił się u nas kolejny członek rodziny – piesek. Nigdy nie byłam tak szczęśliwa jak w tamtym momencie. Mam cudownego męża, dom, pieska i prawdopodobnie jestem w ciąży. Czego chcieć więcej!?
Nadszedł dzień pierwszej wizyty u ginekologa. Niestety przez obostrzenia związane z pandemią w gabinecie musiałam być sama. Zaczęło się badanie, a ja czekałam na gratulacje od lekarza. Okazało się, że jak na razie widoczny jest tylko pęcherzyk ciążowy bez zarodka. Nie rozumiałam, o co chodzi. Jak to pęcherzyk ciążowy bez zarodka? Co to znaczy? Jestem w ciąży czy jednak nie jestem?
Kolejna wizyta miała odbyć się za kilka dni. Wychodząc, nie wiedziałam, co powiedzieć mężowi… Będziemy mieli dziecko czy jednak nie? Jestem w ciąży, ale jeszcze bez dziecka?
Zaczęłam czytać w Internecie. Niepotrzebnie, bo naczytałam się dużo o pustych pęcherzykach ciążowych, więc tylko bardziej się zestresowałam. Gdy szłam na kolejną wizytę, bardzo chciałam usłyszeć bicie serduszka. Był już pęcherzyk ciążowy z zarodkiem, ale niestety to wszystko, co lekarz widział. Czułam się ogromnie dumna z naszego dziecka! To było około 6 tygodnia ciąży. Według wieści z Internetu właśnie wtedy powinno pojawić się serce. Nie wiedziałam, dlaczego wszystko u nas dzieje się tak późno.
Po tygodniu poszłam na kolejną wizytę. Byłam taka szczęśliwa! Serduszko pięknie już biło! Mama z tatą są tak bardzo dumni z Ciebie, kochanie!
Wstałam dzisiaj dosyć wcześnie.
Wyszłam z psem.
Zrobiłam śniadanie.
Zjedliśmy razem, a później mąż wyszedł do pracy.
Ja od razu się położyłam i próbowałam zasnąć.
Robicie tak czasem? Żeby dzień szybciej zleciał?
Chciałam się obudzić o 18.30, wtedy mąż byłby już w domu.
Nie wyszło…
Właśnie niedawno się obudziłam.
Otworzyłam oczy i wsłuchiwałam się w tykanie zegara.
Oprócz tykania nie słyszę nic…
A miałam słyszeć…
Miałam się denerwować, że znowu płacze, a ja wyspać się nie mogę…
Iść ją nakarmić albo po prostu przytulić…
Tak bardzo często jestem zmęczona, mimo że nie mam czym się zmęczyć.
Ale chcę czuć większe zmęczenie.
Chcę wstawać w nocy co 2-3 godziny na karmienie…
Jest tylko cisza.
Tylko tykanie zegara.
Cisza, która boli.
Tak bardzo chcę ją teraz przytulić.
Czasem ją czuję.
Chyba sobie tego nie wmawiam.
Czuję jej zapach, ona przy mnie jest i czeka.
Czeka na nasze spotkanie…
Córeczko, to tak bardzo boli, że Cię czuję, ale nie mogę dotknąć.
Gdy czuję jej zapach, za każdym razem szeptem mówię: „Kocham Cię”.
Z nadzieją, że ona to słyszy i się uśmiecha.
Córeczko, zrób to, proszę.
Przyśnij mi się i pozwól się przytulić.
Córeczko, spraw, żebym chociaż w snach mogła Cię dotknąć.
Proszę…
Córeczko, ja tak bardzo potrzebuję Twojej bliskości.
Dziękuję chociaż za to, że pozwalasz mi Cię poczuć.
To najpiękniejszy zapach.
Instagram mamaniolka
renatakropielnicka9894 –
Z całego serca polecam zakup książki! Historia pięknej miłości. Jak zaczęłam czytać nie mogłam się oderwać. Autorką jest silna, piękna, mądra Kobieta. Mama.. mama cudownej trójki 🩷
Sandra Kobielus –
Książka przepięknie opisana, na pewno będzie wsparciem dla innych rodziców, którzy stracili swojego upragnione dzieciątko. Książka chwyta za serce! Z całego serca polecam przeczytać! Gratulacje dla autorki za odwagę, i szczęśliwego rozwiązania dla sióstr Mii.
wiktoriadurdasiak52 –
Cudowna książka cudownej,silnej kobiety. Przeczytana w jeden dzień. Polecam z całego serca
nakus16 –
Książka bardzo uczuciowa 😍 Z całego serduszka polecam zakup tej książki 🥰 Piękna historia a zarazem bardzo bolesna dla rodziców tego pięknego aniołka 🥰 Mam nadzieję że ta książka pomoże innym rodzicom które są albo były w podobnej sytuacji 😍 A dla mamy wielkie brawa za odwagę napisania tak pięknej książki 🥰 Najwspanialsza i najsliniejsza mama najcudowniejszej trójki ❤️😘
Dominika Supeł –
Ja przeczytałam w książkę w jeden dzień,jest przecudowna pełna wielu emocji i gdy ją czytałam co chwilę płakałam,było warto , dużo sobie uświadomilam jako kobieta i ogólnie,bardzo podziwiam Jessice jest wspaniała!🤍Jessica jest cudowną mamą a Mia napewno jest wdzięczna za wszystko 🤍
Anonim –
Książka warta przeczytania!! Wiele emocji towarzyszyło mi czytając ją. Łzy same napływały do oczu! Polecam z całego ❤️
Marcelina –
Książka bardzo wzruszająca i wyciskająca łzy ,a zarazem pięknie napisana. Jest warta przeczytania ,nie tylko dla kogoś kto ma swoje niebiańskie dziecko ale i dla tych którzy mają swoje dzieci na Ziemi jak i tych którzy dzieci nie posiadają. To smutna a zarazem piękna historia cudownej dziewczynki imieniem Mia ,która chwyta za serce. Jestem dumna z autorki książki ,gdyż przeszła niebywale trudną drogę aby chociaż chwile spędzić ze swoim aniołkiem.
Zuzanna K. –
Książka bardzo wzruszająca i pełna emocji. Druk duży wiec łatwo się czyta. Polecam
Julia Kuśmierz –
Książka piękna bardzo dużo w niej emocji. Polecam każdemu z całego serca. Jest bardzo wyjątkowa i wzruszająca niektóre rozdziały bardzo na mnie wpłynęły i płakałam czytając. Nie ma nic piękniejszego niż miłość matki do dziecka a już tym bardziej do dziecka które urodziło się dla nieba. Ogromny szacunek za odwagę i napisanie tego wszystkiego tych trudnych momentów.
Ryszard Hałas –
No cóż. Ciężko jest pisać o czymś, co źle się kończy. Trudno jest kreślić na ekranie komputera dramatyczne przeżycia matki, która nie ma szans nacieszyć się swym macierzyństwem. Dawno nie czytałem tak emocjonalnej książki, tak bardzo naładowanej cierpieniem, wychylającym się niemal z każdego zdania. Szczerze, to nawet nie wiem co mam pisać…
Nasza bohaterka, Jessica Kowalska, opisuje zmagania z ciężką wadą genetyczną swego tak długo wyczekiwanego dziecka. Schorzenie zwie się naukowo holoprozencefalią, czyli przekładając na język polski – jednokomórkowe przodomózgowie. Jest to ciężka wada wrodzona, dotykająca przodomózgowie i środkową część twarzy. Zakres jej „funkcjonowania” obejmuje od małego połączenia płatów czołowych do wytworzenia się jednej komory mózgu. W przypadku wad twarzy, może pojawić się połączenie gałek ocznych (tzw. cyklopia), uformowanie nosa na kształt ryjka. Mogą się pojawić również całkowity brak nosa (hipoplazja), rozszczep warg.
Słowem – masakra. Bardzo współczuję Autorce, że jej dziecko musiało zmagać się z tak ciężką chorobą/wadą. Dosłownie, serce się kraja, z każdą kolejną straszną informacją. Książka, choć pisana językiem mało literackim, pisana jest stylem bardzo emocjonalnym, choć nieco stonowanym. Między wierszami wyczuwa się, że chciałaby napisać więcej, lecz się kryguje. Niemniej i tak tekst jest mocny, bardzo pobudzający emocje u czytelnika. Nie sposób nie uronić łzy, nie poddać się smutkowi i towarzyszącemu Autorce cierpieniu. Tym bardziej mam ogromny szacunek dla tego, że odważyła się ubrać w słowa tak traumatyczne przeżycie. Ja chyba nie byłbym w stanie. Co więcej, jestem pełen podziwu, iż zdecydowała się walczyć o życie dziecka do samego końca. To najwyższy poziom heroizmu, jaki dotychczas spotkałem.
Książka nie jest zbyt obszerna, ale z każdej strony, z każdego wiersza wyziera ogrom cierpienia i oddania matki dla dziecka. Będąc mężczyzną ciężko jest mi pojąć cały ogrom poświęcenia jakim wykazała się nasza bohaterka. Tak samo ciężko jest mi pojąć jej heroizm i potrzebę donoszenia ciąży dziecka, które nieodwołalnie skazane jest na śmierć. „Droga do nieba” bardzo porusza psychikę. Każe się zastanowić nad sensem rodzicielstwa w ogóle. Może zabrzmi to nieco kontrowersyjnie, ale sądzę, że bez takich tragedii, zwykli ludzie nie potrafiliby docenić życia i szczęścia które posiadają. Przy czymś tak porażającym, drobne kłopoty wychowawcze, co rusz powtarzające się infekcje, na które z pewnością większość rodziców narzeka, zdają się być czymś tak błahym, że powinno nam być wstyd. Pisząc tę recenzję zastanawiałem się co napisać. Kilkanaście razy zmieniałem jej treść. Nie sposób skreślić coś, co oddawałoby tę cała gamę doświadczeń i emocji zafundowanych nam przez Autorkę. Wybaczcie więc, jeśli odbiega ona od tego, co zawsze piszę.
Czy warto po nią sięgnąć? I tak, i nie. Tak – jeśli chcecie poznać wartość waszego życia. Nie – jeśli chcecie nadal żyć w swojej cudownej bańce, do której nie docierają konotacje prawdziwego życia. Tak – jeśli chcecie niczym Siddartha Gaumata wyjść ze swojego wspaniałego, nieskomplikowanego świata, by zetknąć się z brutalną rzeczywistością ludzi, o których pewnie nie macie pojęcia. Tak, jeśli nie straszne są wam ludzkie dramaty, zwątpienia, tragedie czy śmierć.
Jagoda Buch –
„Obiecałam kochać Cię na wieczność – i słowa dotrzymam”
“Droga do nieba” to poruszająca opowieść jednej młodej matki, która poznaje, że oczekiwanie na dziecko to zarówno radość, jak i trudne emocjonalne wyzwanie. Autorka dzieli się swoimi przemyśleniami, uczuciami i obawami, kiedy dowiaduje się o możliwym ryzyku trisomii 21 u jej nienarodzonego dziecka. W miarę jak ciąża postępuje, pojawiają się nowe badania i diagnozy, które niosą za sobą niepewność i troskę o przyszłość jej dziecka.
Książka skupia się na ważnych kwestiach związanych z podejmowaniem decyzji medycznych oraz zmaganiami emocjonalnymi, z jakimi musi się zmierzyć bohaterka. Jednym z kluczowych elementów jest jej wzrastająca miłość i poświęcenie dla nienarodzonego dziecka, bez względu na to, jakie wyniki testów medycznych otrzyma. Autorka doskonale oddaje wewnętrzny konflikt między chęcią wiedzy a strachem przed wynikami, które mogą nieco zatrzeć piękno oczekiwania na dziecko.
Książka zawiera również osobiste przeżycia matki, kiedy doświadcza pierwszych ruchów swojego dziecka. Są to szczere, emocjonalne momenty, które umożliwiają czytelnikowi zrozumienie głębokiej więzi, jaką autorka buduje z nienarodzoną córką. Pomimo niepewności i diagnozy ta miłość pozostaje niewzruszona i stanowi główny motyw przewodni całej książki.
“Droga do nieba” jest książką, która przenika serca czytelników, szczególnie tych, którzy także byli w podobnych sytuacjach, podejmując trudne decyzje dotyczące zdrowia swoich dzieci. Opowieść jest pełna emocji, a język, w jakim jest napisana, jest prosty, ale skuteczny, umożliwiając czytelnikom bez trudu zrozumienie wszystkich przeżyć bohaterki.
Jest to książka o miłości, nadziei, determinacji i akceptacji. Pokazuje, że niezależnie od wyzwań, z jakimi spotykamy się w życiu, matczyna miłość jest niezłomna. “Droga do nieba” jest inspirującym świadectwem silnej woli i odwagi, jakie można znaleźć wewnętrznie, kiedy trzeba stawić czoła trudnościom. Jest to historia, która pozostaje z czytelnikiem na długo po zakończeniu lektury.
” Droga do nieba” to wzruszająca opowieść, która prowadzi czytelnika przez niezwykle trudny okres w życiu autorki, w jej zmaganiach z utratą ukochanego dziecka — Mii. Książka nasycona jest silnymi emocjami, które oddane są z najgłębszą szczerością i wrażliwością. To osobista i intymna refleksja na temat miłości, straty i przetrwania. Porusza trudny temat, ale w sposób piękny i delikatny, ukazując siłę matczynej miłości i determinację autorki w przetrwaniu tej strasznej straty. Historia z pewnością dotknie serc wielu czytelników i zainspiruje ich do docenienia piękna i wartości życia.
Anna Maciejewska-Szczepara –