Dzienniki z dni zarazy

99,99  z VAT

Na stanie

SKU: 330-1-2 ISBN 978-83-67737-62-3 Tagi: , , ,

Opis

Zaraza wirusowa uparcie prowokuje postawienie pytania: „Kim jesteśmy?”. O odpowiedź nie jest jednak łatwo. Nie wiemy. Konflikt symbolicznych znaczeń i związanych z nimi emocji, podobnie jak zaraza, od zawsze zanieczyszczają ludzkie relacje. „Dzienniki z dni zarazy” śledzą meandry międzyludzkich przestrzeni, w których stajemy się jedynie tym, co można o nas opowiedzieć. Nie mamy jednak pewności co do tego, czy faktycznie jesteśmy autorami takiego opowiadania.  

Autor w formie dziennika nakreśla własne oraz cudze losy, prowadząc czytelnika drogą zbudowaną z metafor przez kolejne dni pandemii. 

George Bastard – z perspektywy schematów naszej kultury, która identyfikuje człowieka, a przede wszystkim na podstawie jego zawodu, jest socjologiem (doktorat i habilitacja na Uniwersytecie Warszawskim). Jednak wszelką, „zakończoną” tożsamość odczuwa on niemal klaustrofobicznie jako dotkliwe „więzienie”. Chętnie zatem sięga również do innej formy wyrazu niż suchy i zracjonalizowany tekst naukowy po to, by wzbogacić refleksję o współczesnej kondycji człowieka o wymiar estetyczny i emocjonalny. „George Bastard” jest pseudonimem użytym przede wszystkim w celu ochrony dób osobistych tych ludzi, których realne losy opisuje. 

9 kwietnia 2020 roku

Z kilku powodów postanowiłem pisać o tych dniach, w których zaraza oddaliła ludzi od siebie. Oddalenie to wypełniło się pustą, bo bezludną przestrzenią, powietrzem i zbiorem rzeczy. Sądziłem, że chociaż dzięki cierpieniu – które mi od dawna nie jest obce – ludzie staną się lepsi i wypełni ich pragnienie obecności innego człowieka. Z drugiej strony – lęk, którego źródłem jest oczekiwanie na nicość śmierci, mógłby, jak sądziłem, uczynić z nich, niestety, istoty skoncentrowane na własnym bezpieczeństwie i wypełnione nienawiścią. Ta dwoistość tego, co czasem nazywamy „ludzką naturą”, byłaby nieuchronną konsekwencją samej zarazy, która w pewnym sensie jest również bytem. Jest bytem biologicznym, który – choć pozbawiony świadomości własnego przemijania oraz wielu wzniosłych, pięknych, a także brudnych i bezmyślnych ludzkich cech – skoncentrowany jest na własnym przetrwaniu.

Prawdziwy człowiek posiada owe cechy w rozmaitym stosunku. Każdy jest zdolny do dobra i piękna, ale i każdy jest potencjalnie skłonny do wielkiej podłości i okrucieństwa. To, która z tych tendencji dominuje, wynika ze sposobu zapełnienia pustej przestrzeni pomiędzy ludźmi. Jeśli wypełniają ją reguły unikania zarazy, pojawia się szansa na dobro i piękno, ale nieuchronnie powstaje również pole do okrucieństwa i głupoty.

Dzięki temu oddaleniu dociera do nas w całej pełni świadomość wzajemnych zależności, najczęściej wtedy, gdy myślimy o naszych potrzebach, emocjach, nadziejach i marzeniach. Nieobecność drugiej istoty, którą moglibyśmy powiadomić o naszej miłości i pragnieniu szczęścia, skazuje nas na samotność. W jej ramach, kiedy dostatecznie rozwinie się nasza zdolność do współodczuwania przeżycia, myślimy o obecności innych znacznie częściej niż w zwykłych dniach pozbawionych zarazy, w których inni zdawali się czasem nie istnieć, kiedy cechowała ich bytowa i znaczeniowa przezroczystość banalnych typizacji ludzkich postaw i zachowań. Zaraza jest efektem naszego bliskiego kontaktu. Myśl o tym zdeterminowana jest oświeceniowym rozumem pozbawionym wszelkiej transcendencji. By przetrwać, musimy być bardziej cierpliwi niż zaraza i musimy podporządkowywać się jednej myśli, która polega na ogólnej dyscyplinie wzajemnej próżni. Jednak właśnie w tym samym momencie, kiedy zaczynamy siebie boleśnie odczuwać jako słabe, porowate, otwarte na inwazję z zewnątrz ciała, pojawia się potrzeba uwznioślenia, wyjścia poza świat biologicznych komórek w kierunku wszechogarniającej inteligencji, która jest „oddechem istnienia z najdalszej odległości”, potrzeba uosobienia sensu, potrzeba sublimacji egzystencji tego słabego ciała, które wie, że przemija i rozpaczliwie szuka ostatecznego znaczenia, w którym można by było znaleźć upragnione oparcie i poczucie bezpieczeństwa.

Ponadto wraz z zarazą obudziliśmy się w innym świecie, który wydał się nam wprawdzie znajomy, bo pochodzący z horroru oglądanego w telewizji w przytulnym mieszkaniu, lecz tym razem nie był to produkt popkultury, lecz realna rzeczywistość za oknem, w której jedynym przyjemnym elementem było wydychanie dwutlenku węgla pod maską przeciwwirusową. Zaraza zrodziła pytania o zasady, wedle których organizujemy w świecie nasze życie. I tutaj można dostrzec dwa trendy odpowiadające wyżej omawianej naturze człowieka: świat imperialnej konieczności oraz umierający świat wolności. Nie wykluczają się one wzajemnie, ale są ze sobą nieuchronnie sprzężone. Zaraza narzuciła nam nie tylko konieczność, lecz przede wszystkim zrodziła w nas przemożne pragnienie wolności. Teraz dopiero widać jasno, że wolność – kiedy zakłada instrumentalny stosunek do innego człowieka – jest sama w sobie zaprzeczeniem. Jedynie uznanie jego podmiotowości, jego pragnienia, jego marzenia i przekonań da nam możliwość uwolnienia się od zarazy. W tej próżni pomiędzy nami wszyscy staliśmy się równi. Przyznano nam wolność od obecności drugiego człowieka. Zostaliśmy zatem obarczeni koniecznością zachowywania tej pustej przestrzeni. Staje się ona przez to wypełniona zupełnie innym znaczeniem niż dotychczasowy „dystans”. Zawiera w sobie szacunek dla tego, co „inne”. Mówi: „nie przekraczaj tej przestrzeni, ponieważ jest ona wyrazem mojej troski o ciebie”.

Powodem moich rozważań jest również próba rozrachunku z przeszłością, ponieważ, jak każdy człowiek, jestem jej kumulatywnym wytworem, pewną szczególną krystalizacją sensu życia. Zrozumienie tego, czym jest współczesny świat oraz postawienie go przed sądem rozumu, wymaga ponownego przemierzenia owej przebytej drogi, której efektem, jeśli zdołam podołać tak ambitnemu zadaniu, jest nie tyle identyfikacja wędrówki ludzkiego ducha jako takiego, lecz odkrycie realizowania się ludzkiego, podmiotowego znaczenia. Jeśli da to choćby skromną możliwość dojrzenia – poza owym studiowaniem jednostkowych losów – tego, jak w naszych relacjach rozwijają się rozmaite typy zarazy życia, to cel niniejszej pracy zostanie osiągnięty. Podróż, którą rozpoczynam, jest odyseją sensu.

12 kwietnia 2020 roku

Święto nieustającej konsumpcji, jedzenie dla smakowania, ubieranie się dla fantazji, przemieszczanie się w przestrzeni z przerażającą szybkością dla przyjemności oraz inne misteria owych „samozakładających” się celów uległy gwałtownej przemianie, bowiem kapłani tego misterium zostali pokonani przez zarazę, która przeniosła konieczne do życia elementy tego święta do internetu.
Rytm miejskiego dnia zmienił się nie do poznania. Ludzie stoją w długich kolejkach oddaleni od siebie przed rozmaitymi miejscami użyteczności publicznej oraz odsuwają się od siebie w miejscach konsumpcji zbiorowej. Inni, jakby w spazmatycznym odruchu łapania powietrza przez chorego, usiłują szydzić z zarazy i szukają kontaktu. To oczekiwanie na możliwość wysłania paczki, zrobienia zakupów oraz innych koniecznych czynności zakładających jakąś postać wymiany pociąga za sobą rozmaite formy przekraczania owej pustej przestrzeni. Okrutne i bezmyślne żarty koegzystują z aktami troski o drugiego człowieka. Ludzie zasłaniają twarze (ceny maseczek wzrosły średnio dziesięciokrotnie) oraz zakładają rękawiczki gumowe (ich cena wzrosła czterokrotnie). „Rynek” wydaje się być zatem kompletnie nieczuły na wspólny problem, którym jest zaraza. Stwarza ona okazję do gwałtownego wzbogacenia się, ponieważ strach zmusza ludzi do kupowania środków ochrony osobistej po każdej cenie.

Poziom zaspokojenia naszych potrzeb zależy od naszej zdolności do uczestnictwa w społecznych sieciach produkcji i wymiany. Tymczasem zaraza uderza właśnie w ten newralgiczny punkt i stawia pod znakiem zapytania nasz dotychczasowy model życia. Jest ostateczną konsekwencją poziomu powiązania naszych wzajemnych arterii przepływu towarów, usług, pieniędzy oraz informacji towarzyszących ludzkiej, globalnej mobilności. Skuteczność zarazy jest funkcją stopnia naszego wzajemnego powiązania, którego zasadniczym elementem jest „rynkowa opatrzność” Adama Smitha, który w XVIII wieku nie miał wątpliwości co do tego, że opisuje zamysł transcendencji, która – łącząc u człowieka element współodczuwania oraz element egoizmu – zadbała w ten sposób o rodzaj ludzki, by ten mógł się pomyślnie rozwijać. Bowiem ten, kto chce być bogaty, musi jednocześnie zatrudnić wielu służących, którzy zajmą się wytwarzaniem owego bogactwa. Z egoizmu bogatych wynikać ma zatem dobroczynny postęp dotyczący zaspokojenia naszych potrzeb.

Nie była to oczywiście zupełnie nowa figura retoryczna, ponieważ myśl, wedle której Opatrzność zadbała o nasze sprawy mimo naszych nierozsądnych wyborów, występuje już przede wszystkim u Giambattisty Vica. Rynek jako typ prowidencjalizmu, jeśli chce trwać i realizować swoją przepowiednię, musi sobie poradzić z zarazą. Tymczasem jest on oparty na – sprzyjającej samej zarazie – zasadzie indywidualnej wolności ekonomicznej oraz swobodzie przemieszczania się. Walka z zarazą musi zatem rodzić pytania o sens naszej kultury, kiedy idzie o jej zasadnicze założenie dotyczące indywidualnej autonomii oraz prywatnych wyborów. Walka z zarazą wymaga bowiem zbiorowej dyscypliny i ograniczenia indywidualnej wolności oraz rodzi pytania dotyczące zasad organizacji zbiorowego życia ludzi.

Dyscyplina ekonomiczna, która „gna pracę poza jej naturalną konieczność” w kierunku gromadzenia nie tylko materialnego, ale i finansowego bogactwa, zakłada samotność ekonomicznych wyborów racjonalnego aktora, który chwyta się płaszcza „maszerującego przez historię boga rynku” po to, żeby dojść do utworzenia swojego finansowego imperium. Ma ono charakter logicznej tautologii, ponieważ jest bogactwem zgromadzonym dla wytwarzania bogactwa. Zaraza jest zatem największym przeciwnikiem takiego „ekonomicznego prowidencjalizmu”, kruszy jego podstawy i wskazuje na fakt, że indywidualny racjonalny aktor jest mitem. Sukces ekonomiczny, sens nieustannego święta konsumpcji, festyn napawania się wielością towarów, leniwy czas spożywania w dowolnych ilościach, barwny korowód płynący arteriami super-sklepów, to wszystko wydaje się tracić kompletnie racjonalny sens, kiedy przypada nam w udziale konieczność zmagania się z zarazą.
Okazuje się również, że owo ustawiczne święto konsumpcji zarządzane przez wytrawnych specjalistów od reklamy utraciło gdzieś swój sens obecny w tym, czym był plemienny „potlacz”. Wertykalna struktura szacunku wynikała tam ze zdolności osoby do zapewnienia innym nieustającego spożywania. Zaraza odbiera tej walce o autorytet zasadniczy sens i pokazuje, że jest ona bezsensowną tautologią, w której celem spożywania jest spożywanie. Nie tylko zaspokaja ono potrzeby, lecz kreuje jeszcze nowe pragnienia po to, żeby je zaspokajać. Zaraza zmusza nas tymczasem do zatrzymania się w tym chocholim tańcu i poszukiwania odpowiedzi na pytanie: co pozostanie po nas oprócz góry śmieci pochodzących z naszego spożywania?

14 kwietnia 2020 roku

Aktorzy politycznego teatru uzyskali w „osobie” zarazy mimowolnego sojusznika, który pomaga im kreować zbiór dramatycznych napięć w towarzystwie, jednak najczęściej zełganego patosu miernego aktora. Moja ustawiczna bezsenność i wewnętrzne drżenie biorące się z trawiącej mnie choroby są mało płodnym polem dla percepcji politycznej retoryki, ponieważ nie znajduję w niej jakiejkolwiek świeżej myśli niosącej za sobą szeroki oddech odkrycia. Miałem jednak – mimo wszystko – cichą nadzieję, że w obliczu zarazy ucichnie wiele sporów. Dostojeństwo spokoju zmarłych na zarazę jest niestety ciągle zakłócane przez politycznych krzykaczy, dla których zaraza jest okazją do „umieszczenia się” w historii. Naturalistyczny błąd polegający na tym, że z faktów ma wypływać, tak piętnowany w nauce, wniosek o powinności o tym, co dobre i złe, jest tu podstawową figurą retoryczną. Ponieważ nikt nie chce umierać na zarazę, ona sama stała się wartościującym uzasadnieniem dla każdej wypowiedzi.

Politycy od czasów agory skoncentrowani są na ściąganiu tłumów. Jedynie emocje i mity mają zdolność do takiego ustanawiania rytmu, kierunku i ciasnych więzi pomiędzy ludźmi, które są spojone tym co Gabriel Tarde nazywał naśladownictwem. Pacyfikacja tłumów w historii, ta okrutna i ta skoncentrowana na perswazji, odnosiła się zwykle do mas, powstałych bez zezwolenia polityków. Ich gwałtowna samoorganizacja rzeczywiście przypominała wtedy podróż wirusa emocji między skoncentrowanymi w przestrzeni ludźmi.

Tłum zarażony samoistnie czy ten – dzięki zarazie politycznej manipulacji – uległy, kiedy pojawia się zaraza „jako taka”, ma wielkie trudności z poddaniem się prawu funkcji wykładniczej, która zwykle jest modelem politycznej zarazy. Zaraza zatem powstrzymuje tłum, a politycy tracą w ten sposób swoje „naturalne” narzędzie pracy, jakim jest pobudzanie go do życia. Od czego jednak są środki masowego przekazu? To ulubione miejsce spotkań polityków, którzy przy pomocy dźwięku i obrazu produkują dalej tłumy latentne. Dzięki zarazie tłum stał się użyteczną abstrakcją, zaś ekran telewizora amboną rozmaitych wierzeń, namiętnie wzorując się w ten sposób na epidemii, która nie śpi, nie odpoczywa, nie męczy się, lecz zawsze jest gotowa do rozpowszechnienia się.
Politycy wiedzą, „jak jest” i wiedzą, „co będzie”. Po to, żeby tłum chciał się zarażać ich słowem, muszą nieść „dobrą nowinę” w postaci nadawania sensu przyszłości. Jednak owe prognozy, proroctwa i wieszczenie są skoncentrowane na samospełniającej się i samozaprzeczającej sobie prognozie, ponieważ zwykle stoją w opozycji do siebie. Przyszłość – jako wypadkowa rozmaitych postaci „głosowania” na rozmaite prawdy – straciła całkowicie pamięć o tym, że tłum wolał jednak Barabasza niż Jezusa, zaś Sokratesa na śmierć skazali demokraci, ponieważ miał odwagę zaprzeczać, że prawda rządzi się większością głosów. Prawdziwa zaraza trawi nasze mózgi i serca zainfekowane przez polityków. Zaraza jako choroba naszego zainfekowanego ciała przypomina nam tylko o tym, że owe wojny, spory i morze nienawiści trują nas znacznie bardziej, ponieważ tracimy czas, który mógłby być poświęcony poszukiwaniu dobra, piękna i prawdy. Tak czy inaczej, to co trwa, jest tą odrobiną miłości i troski, którą udaje się nam przekazywać dalej, zanim nasze ciało przestanie żyć. Trawi nas niepokój przed nicością, a jednocześnie beztrosko tracimy czas na to, by pozbawiać się nawzajem zrozumienia i i współodczuwania…

Informacje dodatkowe

Wymiary 14,5 × 20,5 × 1 cm
Autor

George Bastard

Język

polski

Oprawa

miękka

Rok wydania

2024

Strony

426

Rodzaj publikacji

Książka drukowana

EAN: 9788367737623

Opinie

Na razie nie ma opinii o produkcie.

Tylko zalogowani klienci, którzy kupili ten produkt mogą napisać opinię.