Izydor. Historia Hanysa z polskich gór.

40,00 


Na stanie

Opis

Malowniczy Śląsk, krajobraz lat PRL-u, transformacji i nowego wieku doświadczanego na emigracji. Izydor. Historia hanysa z polskich gór to powieść balansująca na granicy prawdy i fikcji, wątków autobiograficznych i wyobraźni autora.

Osią tej porywającej opowieści jest przede wszystkim sieć osobistych zdarzeń i niezwykłych osób ukrytych pod inicjałami. Jedyny bohater, którego imię dane nam poznać, to Izydor – najważniejsze są bowiem międzyludzkie połączenia i to, co z nich wynika. Jak stwierdził Faust, bohater sztuki Goethego, “imię to dźwięk, to dym”.

Historia Izydora to historia uniwersalna, a jednocześnie niezwykle wyjątkowa. Krzysztof Mrowiec przekonuje bowiem czytelnika, ze życie w unikatowości wydarzeń i spotykanych osób staje się niepowtarzalną, jednostkową opowieścią. Czy zechcesz wysłuchać tej?


Krzysztof Mrowiec, urodził się w 1964 roku w Tychach. Od ponad 30 lat mieszka i pracuje w Niemczech, w Gelsenkirchen. W 2008 roku zadebiutował tomikiem wierszy Liryki naiwne, które przetłumaczył na język niemiecki. W 2012 roku wydał drugi tomik poezji W drodze, by odnaleźć spokój…i siebie. Nie tylko pisze, ale także maluje obrazy, którymi ilustruje swoje książki. Jego utwory publikowane były w prasie w Polsce i polskojęzycznej prasie w Niemczech. Brał udział w wielu spotkaniach literackich na terenie Niemiec i Polski prezentując własną twórczość. W Essen i Oberhausen prowadził spotkania z pisarkami Zofią Mossakowska i Joanną Svensson. Interesuje się psychologią, medycyną niekonwencjonalną i muzyką, zwłaszcza grupy Pink Floyd. Niniejsza powieść jest pierwszą w jego dorobku. Opowiada historię Izydora, której treść autor oparł na wydarzeniach z własnego życia.


SPIS TREŚCI

I Rok 1963
Zakopane i co się tam wydarzyło

II 1964-1966
Łaziska Górne, lata znane tylko z opowiadań babci

III 1966-1971
Mikołów: miasto, w którym stałem się dorosłym

IV1971-1979
Szkoła podstawowa i coś jeszcze

V 1979-1983
Liceum im. Karola Miarki w Mikołowie

VI 1983-1985
Policealne studium zawodowe i początek przygody z górnictwem

VII 1985-1990
Dwie kopalnie, różna praca

VIII 1990-1993
Nowy świat, nowi ludzie, nowy język i koniec z górnictwem

IX 1994-2005
Nowa praca, nowi przyjaciele i powrót do nauki

X 2006-2014
Back to the roots i znienawidzone stało się namiętnością

XI Rok 2015
Chwila na rozdrożu i kolejny start od zera

XII 2016-2021
Reset i droga w nową przyszłość

II 1964–1966

Łaziska Górne, lata znane tylko z opowiadań babci

Pamiętny dla moich rodziców i mnie rok. Moje oczy zobaczyły światło dzienne. Rodzice mieszkali w Łaziskach Górnych przy samej Elektrowni Łaziska. Okolica zabójcza i stale pod napięciem, bo nad dachami górowały maszty z siecią wysokiego napięcia. Dodatkowo zaraz obok elektrowni była Huta Łaziska, która skutecznie zatruwała powietrze Śląska aż poza granicę z Czechosłowacją. Huta została zamknięta na przełomie milenium. Dzisiaj stoi opuszczona i bezludna jako świadek minionej, złotej epoki komunistycznej świetności.

Jednak to wtedy, w 1964 roku, mój tata zamieszkał z moją mamą i trojgiem jej rodzeństwa właśnie tam. W sumie to nie przeprowadził się daleko, bo mieszkał w dzielnicy miasta Orzesze o nazwie Zawiść. W pobliżu była też wioska o nazwie Zazdrość. O tej trójcy krążyło powiedzenie: Gdyby nie Zawiść i Zazdrość to Orzesze byłoby miastem. Taki śląski humor. Z Zawiści szło się 45 minut do domu mojej mamy.

Kiedy zacząłem pchać się na świat, teoretycznie nic złego nie powinno się wydarzyć. Do najbliższej porodówki w Mikołowie jechało się 20 minut autem albo karetką. Jednak nic z tego. Moje początki zaczęły się od problemu. W najlepsze trwały lata wyżu demograficznego i w Mikołowie na porodówce nie było wolnych miejsc. Kolejny najbliższy szpital z oddziałem położniczym znajdował się w Tychach. No to w drogę z Mikołowa do Tych, stolicy piwa. Tam znalazło się miejsce dla mojej mamy i na moje przyjście na świat. Tak, urodziłem się w Tychach i już w dniu urodzin zostałem napiętnowany. Otóż, kochani czytelnicy, w tamtych czasach to była na Śląsku z lekka, jak to po śląsku się nazywało, gańba! Czyli hańba dla hanysa, że urodził się w mieście goroli. Jednak nie dla mnie. Nie prześladowało mnie to i nie męczyło. Cieszyłem się, że urodziłem się w mieście legendy polskiego bluesa, w mieście zespołu Dżem i Ryśka Riedla.

Do tej pory, pomimo że „tylko” się tam urodziłem, czuję się związany z tym miastem, jakby zawsze było moim domem. Szpitala, w którym się urodziłem, już nie ma. Z tego, co słyszałem, był już wiekowym budynkiem, dodatkowo zniszczonym komunistycznym niechlujstwem i zaniedbaniem władz. Jakim, tego nie wiem. Jeżeli jednak urodziliście się w latach 60. XX wieku, to z pewnością pamiętacie, jakie warunki panowały w szpitalach i jak o nie dbano. Dlatego przyjąłem w tej sprawie stanowisko neutralnego obserwatora, który z łezką w oku patrzy na miejsce swoich narodzin, którego już nie ma. Może niektórzy z was uroniliby łzę ze smutku w takich okolicznościach. I nie ma czego się wstydzić, bo każdy z nas ma inną wrażliwość. Cenię ludzi, którzy potrafią otwarcie pokazywać swoje uczucia.

Tak naprawdę to nawet nie wiem, w którym dokładnie miejscu stał ów szpital. Ilekroć jestem w Tychach, mam wrażenie, że całe miasto to porodówka. Nie są dla mnie istotne konkretnie te kilka metrów kwadratowych, gdzie przyszedłem na świat, ważne dla mnie jest to, co w tej sytuacji mówi moje serce. Miasta się zmieniają, ludzie przychodzą i odchodzą, a uczucia pozostają w twoim sercu, a w nim to miejsce, gdzie zobaczyłeś po raz pierwszy ten skrawek ziemi.

Ale co wie i robi taki mały berbeć? Wie to, że trzeba być głośnym i drzeć się wniebogłosy, żeby dostać coś do jedzenia. Potem z pełnym żołądkiem zasnąć i śnić coś pięknego. A żeby rodzicielka się nie nudziła, często robić w pieluchę i śmiać się z jej miny, kiedy wciąga w nozdrza zapach tego, co zobaczyła.

Trudno pisać o takich wydarzeniach, skoro pamięć ich nie zarejestrowała. Choć może i coś tam zarejestrowała, jednak te zapiski aż do wieku około czterech lat zostały skutecznie wymazane, wygumkowane, skasowane, po prostu nie istnieją w nas. A może? O pewnym fakcie, dla mnie bardzo bolesnym, dowiedziałem się podczas jednej z wizyt u laryngologa. Byłem już dorosłym facetem około czterdziestki walczącym z alergią na pyłki. Szanowny pan doktor zaglądał do mojego nosa i w pewnym momencie stwierdził:
– Pan miał złamany nos!

Na co ja ze zdziwieniem pomieszanym z totalnym niedowierzaniem:
– Ja? To niemożliwe…

W tym momencie przypomniałem sobie historię, którą opowiadała mi moja babcia. Właściwie to ona nie pozwalała mówić do siebie „babciu”. Ciągle powtarzała: „Babcie to som takie, co łażom pod krykom. Jo jes Oma!”. Po polsku: „Babcie to są takie, co potrzebują laski do chodzenia. Ja jestem Oma”. Taka spuścizna po wielu latach życia pod niemieckim zaborem. Jej opowieść była krótka, jednak zawierała, co trzeba…

– Jak miałeś ponad roczek, zabrałam cię do sklepu. Kupiłam między innymi worek ziemniaków. Nie pytałem, jaki wielki, bo to nieistotne, jednak musiał mieć swój ciężar. – Ty siedziałeś w wózku, a worek z kartoflami leżał na podnóżku. Nóżki opierałeś na tym worku.

Kiedyś nie było tam asfaltu. Droga ze sklepu do domu pełna była wystającej szlaki. Dla tych, którzy nie wiedzą – szlaka to odpady z huty po wytopie stali, których na Śląsku używano do utwardzania dróg. Babcia starała się omijać te kocie łby. Nie dała rady ominąć wszystkich, bo w pewnym momencie popchnęła mocniej wózek, który najechał na szlakę i worek kartofli docisnął przednią oś mojego wózka. Lecieliśmy w tej kolejności: worek na drogę, ja za workiem i przez niego, w locie płaskim, na wystający łeb szlaki, a na sam koniec wózek na mnie.

Skutki kraksy: mój złamany nos i do tego przebita na wylot górna warga. Choć i tak w tej całej sytuacji najbardziej wystraszoną osobą była moja babcia. Dziecko popłakało, a kiedy szok minął, zasnęło w jej objęciach. Ale babcia i tak umierała ze strachu, nie wiedząc, jak wytłumaczyć to moim rodzicom. Nigdy nie pytałem, jaki był finał. Czy babcia dostała wielki ochrzan, czy zakończyło się na płaczu i kilkudniowym milczeniu? Nie wiem i jest to nieistotne. Wiem za to, że nikt z moich opiekunów nie zauważył, że mam złamany nos. Wszyscy koncentrowali się na mojej przebitej na wylot górnej wardze, która w końcu przestała krwawić. Dzieci w tym wieku mają podobno miękkie kości, być może dlatego nie bolał mnie mój złamany nos, a zdecydowanie bardziej przebita warga.

Cała historia zakończyła się stwierdzeniem babci:
– Jak dorośnie, to zapuści sobie wąsa i nikt tej blizny nie zauważy.

Faktem jest, że od pierwszego meszku pod nosem, który pojawił się u mnie w wieku około 15 lat, do 43 roku życia byłem facetem z wąsem. To bardzo interesujące, ile to przez lata człowiek może dowiedzieć się faktów o sobie, o których wcześniej nawet mu się nie śniło.

Ten rozdział mojej historii nie obfituje w wiele wspomnień. W 1966 roku tato dostał mieszkanie, na które czekał od dawna. Był to rok przeprowadzki do Mikołowa. Tam spędziłem następnych 20 lat.

Zapraszamy na nasz kanał na YouTube.

Informacje dodatkowe

Waga 400 g
Wymiary 20,5 × 14,5 × 1,3 cm
Autor

Krzysztof Mrowiec

Język

polski

Oprawa

miękka

Rok wydania

2021

Strony

224

EAN: 9788365419750

Opinie

Nie ma jeszcze żadnych recenzji

Tylko zalogowani klienci, którzy kupili ten produkt mogą napisać opinię.

Wydawnictwo Sorus,
DM Sorus sp. z o.o.,
Bóżnicza 15/6,
60-643 Poznań,
Poland,
sorus@sorus.pl,
tel. +48 61 653 01 43

Wydawnictwo Sorus
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.