Opis
„Moja babcia Moatina” to opowieść o wyprawie autorki do Centralnej Afryki, której pretekstem stała się chęć odnalezienia czarnoskórych krewnych – potomków jej babci, Mouayenty (Moatiny) Boman, córki Nguene Mbomana, wodza ziem Bakuele z Konga. Opisy spotkań z odnalezioną rodziną przeplatają się z refleksjami natury ogólnej, związanymi z życiem zawodowym artystki, a także obszernymi fragmentami pamiętnika dziadka autorki, Witolda, który spisał swe afrykańskie wspomnienia i uporządkował bogate archiwum obejmujące wykonane przez niego w latach 30. XX wieku fotografie oraz pochodzący z tego okresu cykl pocztówek pt. „Ginąca Afryka”, otrzymanych w prezencie od innego Polaka, fotografa z Leopoldville – Kazimierza Zagórskiego. Część tego archiwum wykorzystano w książce, która splata dawne i współczesne dzieje rodziny autorki.
„Babcię Moatinę, mamę mojego taty, znam jedynie z fotografii. Ja właśnie, piękną Afrykankę, dziadek Witold Grzesiewicz wybrał (w końcu 1931 roku) na towarzyszkę swego życia w Kongu […]. Była córką wodza […]. Przez sześć lat Witold i Moatina wiedli harmonijne, szczęśliwe życie i kiedy wiosną 1938 roku dziadek wyruszał do Polski, ustalił z Moatiną, że weźmie ze sobą syna Jana […]. Czy mój przypuszczać, że matka i syn już nigdy się nie zobaczą?”
Małgorzata Grzesiewicz-Sałacińska – śpiewaczka i pedagog, koncertuje na całym świecie, śpiewała m.in. w Europie, Indiach i Afryce.
Moje afrykańskie korzenie
To dziwne uczucie, kiedy w bardzo dorosłym już życiu dowiadujemy się, że w miasteczkach i wioskach afrykańskiej dżungli żyje rodzina, z którą łączą nas więzy krwi. Jeśli bowiem ograniczymy najbliższy stopień pokrewieństwa do trzech pokoleń (dziadkowie, rodzice, dzieci), to biorąc pod uwagę fakt, że mój pradziad, ojciec babci Moatiny, wódz Nguene Mboman miał dwadzieścia sześć żon (czyli kilkakrotnie więcej niż moi pozostali trzej „biali” pradziadkowie łącznie), oczywiste staje się, iż liczni afrykańscy krewni i kuzyni stanowią zdecydowaną większość mojej rodziny.
Babcia Moatina
Babcię Moatinę, mamę mojego taty, znam jedynie z fotografii. To właśnie ją, piękną Afrykankę, dziadek Witold Grzesiewicz wybrał na towarzyszkę swego życia w Kongu w latach 1931–1938. Moatina to uproszczona forma imienia Mouayetina. Była córką wodza ziem Bakuele, Nguene Mbomana, i jako głuchoniema – w jakimś sensie odrzucona, zwłaszcza przez ojca. Podziw i uczucie, jakie wzbudziła w białym człowieku, znakomitym, powszechnie lubianym i szanowanym zarządcy, nieco łagodziły tę niechęć. Jednak mimo upływu czasu w tej nieprawdopodobnie licznej rodzinie pewne animozje przetrwały do dziś.
Przez sześć lat Witold i Moatina wiedli harmonijne, szczęśliwe życie i kiedy wiosną 1938 roku dziadek wyruszał do Polski, ustalili, że weźmie ze sobą syna Jana, by zapewnić mu szkołę i wychować na Europejczyka. Czy mógł przypuszczać, że matka i syn już nigdy się nie zobaczą? Być może był przekonany i obiecał, że wróci. Jednak w 1939 roku decyzja o poślubieniu Polki i późniejsza wieloletnia zawierucha wojenna zagłuszyły tęsknotę i zniweczyły plany powrotu do Konga, ale też zobowiązania wobec syna. Jan Nelli, jako czternastoletni chłopiec, uciekł z domu. Dotarł nad morze i przygarnięty przez rybaka, rozpoczął nowe życie.
Dziadek Witold Grzesiewicz podczas swojej trzymiesięcznej, ostatniej afrykańskiej wyprawy w 1978 roku dotarł do Ouesso, jednak na lotnisku „życzliwy” człowiek przekonał go, że Moatina nie żyje.
Rodzina
Do roku 2002 niewiele wiedzieliśmy o mojej babci Moatinie. Skąpe relacje dziadka Witolda ograniczały się zazwyczaj do stwierdzenia, że była córką wodza – księżniczką z Konga. Gdy jako kilkuletnia dziewczynka pytałam, dlaczego nie ma jej z nami, czy można ją odszukać, słyszałam, że minęło tyle lat i babcia na pewno nie żyje. Ze smutkiem myślałam o tacie, był przecież małym chłopcem, kiedy dziadek Witold przywiózł go do Polski.
Pozostały fotografie i kopia chrztu Jana Nelli Grzesiewicza z 1938 roku. Między innymi te dokumenty wpłynęły na moją decyzję o rozpoczęciu poszukiwań naszej kongijskiej rodziny.
Jesienią 2002 roku otrzymałam informację o odnalezieniu krewnych z Afryki. Kluczową postacią była Mouamoussa, przyrodnia siostra babci Moatiny. Uściskałyśmy się 15 listopada 2004 w Ouesso, do którego pojechałam z moim synem Danielem, na niezwykłe spotkanie z odnalezioną rodziną afrykańską. Byłam wzruszona, słuchając opowieści o Moatinie, tacie i dziadku Witoldzie, o wyprawach w rejony, gdzie pracował Witold i gdzie przyszedł na świat mój tatuś.
Choć Mouamoussa powtarzała, że Moatina do końca życia wierzyła: „Biały wróci”, czułam się zakłopotana. Wyjaśniałam, że „biały” chciał wrócić z synkiem w 1939 roku, ale wojna zniweczyła ten zamiar. Opowiadałam o losach syna Moatiny, o jego pracy, o poznaniu mojej mamy Zofii Skuza, o ich życiu w biedzie i wysiłku rodziców, którzy stworzyli nam warunki do nauki i lepszego życia.
O dziadku Witoldzie mówiłam także jako o człowieku pracowitym, o jego podróżach na Czarny Ląd, o wyprawie z 1978 roku, podczas której tak bardzo chciał spotkać Moatinę. Mouamoussa zmarła 14 czerwca 2007 roku w Ouesso.
Witold Grzesiewicz pozostawił po sobie wspomnienia, notatki o losach rodziny, drzewo genealogiczne, wzruszające dedykacje w książkach i nutach, zaczynające się od słów: „Kochanej wnuczce Małgosi Grzesiewicz”.
II Wspomnienia Witolda Grzesiewicza
Ród Grzesiewiczów
Rodzina Grzesiewiczów pochodzi z Litwy – ze Żmudzi. W początkach XIV wieku jeden z rycerzy litewskich – Grzesiewicz – ożenił się z poznanianką i tak powstała poznańska linia Grzesiewiczów. Po unii polsko-litewskiej w 1413 roku w Horodle szlachta polska przyjęła bojarów litewskich do swoich herbów; Grzesiewiczowie zostali przyjęci do herbu Rawicz (panna na niedźwiedziu). Do herbu tego należało sto rodów polskich i litewskich.
Tymoteusz Grzesiewicz, ożeniony z Marcjanną z Rzyskich z Kraplewa, w latach 1835–1854 był burmistrzem w Środzie (Poznańskie) i pozostawił liczny potomków – pięciu synów i trzy córki. Środa była ważnym ośrodkiem handlowym i politycznym, odbywały się tam nawet sejmy Rzeczypospolitej.
Grzesiewiczowie byli właścicielami majątków ziemskich w Poznańskiem. Mężczyźni byli wysocy, silni, mieli duże nosy i krzaczaste brwi. Portrety fundowane przez rodzinę zdobiły kościół i kolegiatę.
Jeden z synów Tymoteusza, Anzelm Wojciech, urodzony w 1841 roku, jako dziecko zapadł w letarg i uznano go za zmarłego. Obudził się jednak w trumience stojącej w kaplicy w Kowalewie. To zdarzenie zadecydowało o jego przeznaczeniu – został księdzem. Słynął z kazań w Warszawie, zawsze gromadził wielu wiernych.
W 1870 roku został proboszczem w Kocierzywie i energicznie zabrał się do budowy kościoła, plebanii i zabudowań gospodarskich. Dzięki wsparciu szwagra – doktora Władysława Krajewskiego, lekarza cara – doprowadził do konsekracji kościoła w 1878 roku z udziałem biskupa i licznych duchownych.
Wydawnictwo Sorus,
DM Sorus sp. z o.o.,
Bóżnicza 15/6,
60-643 Poznań,
Poland,
sorus@sorus.pl,
tel. +48 61 653 01 43
Opinie
Nie ma jeszcze żadnych recenzji