Opis
Razem z Alą i Jankiem Czytelnik skosztuje codziennego życia zarówno mieszkańców metropolii, jak i maleńkich wiosek w trudno dostępnych górskich terenach; zmierzy się z potęgą dżungli w drodze do El Mirador i niebezpiecznymi gatunkami zwierząt; dowie się, kim jest wszędobylska La Catrina, i będzie mógł sobie wyobrazić romantyczny spacer Aleją Pocałunku… Osoby wybierające się do Ameryki Centralnej znajdą w tej książce wiele użytecznych porad oraz wskazówki dotyczące wyboru miejsc, które warto odwiedzić.
Alicja Kubiak, ur. w Poznaniu w 1974 r., absolwentka Wydziału Neofilologii w zakresie filologii angielskiej na Uniwersytecie im Adama Mickiewicza w Poznaniu.
Jan Kurzela, ur. w Gdańsku w 1948 r., absolwent Wydziału Prawa i Administracji na Uniwersytecie im. Mikołaja Kopernika w Toruniu.
Ich hobby to trzy razy P:
- Podróże: zarówno te dalsze, jak i bliższe, niedaleko domu.
- Poznawanie: dalekich krajów i obcych kultur.
- Penetrowanie: prowadzenie rozmów z miejscową ludnością, uczestniczenie, w miarę możliwości, w lokalnych obrzędach świeckich i religijnych.
Autorzy podzielają fascynację Amazonią, jej bogactwem flory i fauny, dzikimi plemionami oraz cudownym, niepowtarzalnym klimatem tego obszaru. Jest to jedno z niewielu miejsc, do których powracają.
SPIS TREŚCI
I. Przywitanie z Meksykiem. Stereotypy a rzeczywiSstość
II. Nopal – kaktus czy nie kaktus?
III. Kopalnia srebra, mariachi i tequila
IV. Różne oblicza stolicy Meksyku. Kultura Azteków i współczesność
V. Stan Chiapas, współcześni Majowie i coca-cola jako element ich obrzędów
VI. Przygody na granicy i pierwsze wrażenia z Gwatemali
VII. Antigua. Kawa, muzea i chickenbusy
VIII. Chichicastenango, największy targ w Ameryce Centralnej
IX. Todos Santos Cuchumatán, wioska Majów
X. W drodze do Cobán
XI. Dziurawy most, plantacja kawy i… czarne kury
XII. En la montura del Mirador – w siodle przez dżunglę do El Mirador
XIII. Belize
XIV. Jukatan, Majowie i giez ludzki
XV. Campeche i przygody z terminalem płatniczym
XVI. Podróż do Xpujil i ruin Calakmul.
XVII. Palenque i powrót do domu
Przygotowanie do wyprawy i ekwipunek
ROZDZIAŁ I
Przywitanie z Meksykiem. Stereotypy a rzeczywistość
Po pierwsze, tequila. Dla jednych – napój bogów, dla innych – zwyczajny samogon. Po drugie, kaktusy, które jak się później okazało, zdaniem rodowitych Meksykanów wcale nie są kaktusami. Po trzecie, bajeczna pogoda i fantastyczne plaże, chyba że trafi się akurat na “época de lluvia”, czyli porę deszczową. Po czwarte, język hiszpański, który ma tyle dialektów, że nawet osoba biegle się nim posługująca może mieć problem ze zrozumieniem niektórych zdań czy wyrazów.
Lądując w Ciudad de México lub – według mieszkańców miasta – w DF (Distrito Federal), jeszcze tego wszystkiego nie wiedzieliśmy. Mimo że przygotowania do podróży zajęły nam ponad pół roku, w głowach mieliśmy tak naprawdę same stereotypy. Na szczęście dość szybko się to zmieniło. Do stolicy Meksyku dotarliśmy wczesnym rankiem, wydawałoby się, z nieznacznym opóźnieniem, przez które jednak o mało nie zdążylibyśmy na następny samolot. Bagaż odebraliśmy jako jedni z ostatnich. Do odlotu pozostała zaledwie godzina, a przed nami jeszcze kilka kontroli paszportowo-bagażowych. Oprócz tego musieliśmy nadać plecaki i dokonać kolejnej odprawy. Nierealne? Oczywiście – jeżeli jest się samotnym gringo na ogromnym lotnisku Benito Juárez. Jeśli jednak podróżuje się ze znajomym Meksykaninem, wszystko staje się dziecinnie proste. Z terminalu międzynarodowego na lokalny przemieściliśmy się we trójkę w typowo meksykański sposób:
– Con permiso, con permiso, tenemos un vuelo en 20 minutos. Una situación extraordinaria.
Wykrzykiwanie tych zdań zdesperowanym głosem zupełnie wystarczyło, aby bez większego kłopotu omijać kolejne osoby czekające na odprawę. Nawet kontrola bagażu odbyła się w przyspieszonym tempie, gdyż celniczka przeprowadzająca rewizję była przez nas skutecznie popędzana. Potem jeszcze kolejka do terminalu lokalnego, którą równie zręcznie obeszliśmy, tłumacząc, że nasz lot miał opóźnienie, następny odbędzie się dopiero za dziewięć godzin, a my jesteśmy skrajnie wyczerpani. O dziwo, podziałało. Na siedem minut przed startem, zziajani, weszliśmy na pokład. Wkrótce oglądaliśmy już tylko smog unoszący się nad największym i najbardziej zaludnionym miastem świata. Była 6:10 czasu środkowoamerykańskiego, czyli mniej więcej siedem godzin wcześniej niż w Europie. Po 20 godzinach lotu i stresie, że nie zdążymy na kolejny samolot, czuliśmy się bardzo zmęczeni, ale też szczęśliwi. Tak wyglądał początek naszej podróży po Meksyku, Gwatemali i Belize.
Miasto Aguascalientes, nasza tymczasowa baza wypadowa w północno-środkowym Meksyku, przywitało nas ciężkimi, nisko wiszącymi chmurami i temperaturą 14 stopni. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że właśnie taka pogoda będzie nam towarzyszyła przez najbliższe kilka tygodni. W ogóle nie sądziliśmy, że tu kiedykolwiek może być brzydko i zimno, tym bardziej że kiedy w ubiegłym roku podróżowaliśmy po pobliskiej Kubie, temperatury dochodziły tam do, bagatela, 40 stopni w cieniu. Niestety, nasze dziewięcio- i jedenastokilogramowe bagaże raczej nie były przystosowane do podobnych warunków klimatycznych. Tak oto został przełamany pierwszy stereotyp. Jedyne, co mogliśmy w tej sytuacji zrobić, to zdać się na zawartość naszych plecaków.
Kolejna rzecz, która mocno nas zdziwiła, to typowe lokalne śniadanie. Jak się okazuje – bardzo obfite i kaloryczne. Składa się z frijoles (fasolki), chicharrón, czyli smażonej na głębokim tłuszczu świńskiej skóry, czerwonej cebuli oraz oczywiście chili. Ten ostry sos na bazie małych czerwonych papryczek może w Meksyku przyjmować różne formy, kolory, a nawet nazwy. Ja osobiście za nim nie przepadam, bo pod jakąkolwiek postacią jest on dla mnie dodatkiem z serii “Uwaga! Wypalam wnętrzności!”. Natomiast Meksykanie, a nawet mój mąż, wprost się nim zajadają. Dla mnie chili ma raczej wątpliwe walory smakowe, choć niekwestionowaną zaletą tego sosu jest działanie odkażające. Skutecznie osłabia on lub wręcz zabija wszelkie obce bakterie dostające się przypadkiem do naszego układu pokarmowego. Dzięki systematycznemu spożywaniu chili nie są nam one w stanie zaszkodzić. Ja oczywiście tego nie robiłam, więc niestety dość szybko miałam okazję przekonać się na własnej skórze, że z “klątwą faraona”, również tą w wydaniu meksykańskim, nie ma żartów. Viva la vida!
Aguascalientes jest stolicą stanu o identycznej nazwie. Liczba mieszkańców tego miasta nie przekracza obecnie dwóch milionów. W przeszłości było ono punktem strategicznym między DF i kopalniami srebra w Zacatecas. Obecnie słynie z walk byków, czerwonego wina i niezwykle łagodnego klimatu.
Najpierw udaliśmy się na Plaza de la Patria. Jest to ścisłe centrum, odnowione w całości w 1985 roku. Do najważniejszych zabytków należą monumentalna katedra ukończona w 1738 roku oraz charakterystyczny budynek rządowy – Palacio de Gobierno – ze wspaniałą, krwistoczerwoną fasadą. Na tętniącym życiem placu można natknąć się na kilkunastu czyścibutów, którzy pracują tu dzień w dzień już od wczesnych godzin porannych aż do późnego wieczora. Raczej nie ma na świecie butów, których nie chcieliby lub nie mogliby wyczyścić. Z ogromnym entuzjazmem usiłowali zatrzymać i nas, zapewniając, że nawet zamszowe sandały z pojedynczym paskiem już za chwilę będą lśnić jak lakierki. My jednak nie daliśmy się przekonać i poszliśmy dalej.
Opuszczając zócalo, czyli główny plac, skierowaliśmy się do ogrodów św. Marka. W tym miejscu warto od razu powiedzieć, że Meksyk to państwo katolickie, w którym Jan Paweł II wciąż jest wspominany z szacunkiem (obecny papież nie cieszy się, niestety, zbytnim uwielbieniem ze względów politycznych), a religia stanowi istotny element życia codziennego. Dalszą część przedpołudnia spędziliśmy na parkowej ławeczce “los pájaros caídos” oraz pośród odlanych z brązu postaci historycznych i rzeźb symbolizujących ważne wydarzenia z życia miasta lub charakterystyczne zawody. Nam spodobały się zwłaszcza figurki sprzedawczyni róż, sprzątacza i śmierci. Tej ostatniej chcielibyśmy poświęcić chwilę uwagi. Otóż Meksykanie postrzegają śmierć jako nieodzowną część ludzkiej egzystencji, definitywny koniec, choć co ciekawe, nie podchodzą do tego ze smutkiem. “El Día de Muertos”, czyli Wszystkich Świętych, to dla nich czas radości i zabawy, w którym śmierć łączy się z życiem.
Dzień wcześniej, “El Día de los Inocentes”, wspomina się zmarłe dzieci, a dopiero nazajutrz – dorosłych. Oba święta sięgają czasów pogańskich, dlatego na cmentarz oprócz kwiatów i zniczy przynosi się również jedzenie. Zmarłym ofiaruje się “Calaveras de Azúcar” – kolorowe czaszki zrobione z cukru i ozdobione różnymi jadalnymi dodatkami. Przysmak ten spożywa się przy akompaniamencie muzyki i głośnych rozmów. Czaszki mają nam uświadomić, że śmierć nie oznacza końca, a wręcz przeciwnie – jest początkiem nowego życia.
Nie wszystkich zmarłych chowa się na cmentarzu. Wielu Meksykanów trzyma urny z prochami swoich bliskich na małym ołtarzu w centralnej części domu. We Wszystkich Świętych te specjalne miejsca, udekorowane kolorowo ubranymi szkieletami i owiane zapachem kadzidełek, zapełniają się talerzami potraw i owoców oraz kubkami z piciem. Ciekawe, że takie różnobarwne ołtarze można zobaczyć nie tylko w ubogich wiejskich lub górskich domostwach, lecz także u ludzi wykształconych oraz zamieszkujących aglomeracje. Obok urny stoi zwykle zdjęcie zmarłego. Czasami na ołtarzyku znajduje się jedynie fotografia w ramce ozdobionej kwiatami. Warto jednak pamiętać, że przechowywanie urny w domu jest równoznaczne z wyrażeniem najwyższego szacunku dla bliskich zmarłych, którzy dzięki temu wciąż biorą udział w życiu codziennym domowników. Podczas rozmowy na Skypie pewna rodzina z DF przedstawiła nam urnę z prochami dziadka jako pełnoprawnego członka rodziny. Kiedy przywitaliśmy się z babcią, jedna z osób skierowała kamerkę internetową na komodę, na której stało naczynie udekorowane kwiatami, i powiedziała:
– Eso es un abuelo, con mucho gusto.
Dla nas, Polaków, takie zachowanie wydaje się czymś niepojętym, ale w Meksyku nikogo nie zdziwi. Widać to jeszcze wyraźniej na co dzień. W wielu sklepach, w kawiarenkach i na ulicach można zobaczyć popularną postać “La Catriny”, czyli kobiety-szkieletu. Istnieje ona w świadomości meksykańskiej już od około 100 lat. Mniej więcej tyle lat temu została namalowana przez José Guadalupe Posadę. Pierwotnie “La Catrina” była karykaturą Carmen Romero Rubio, żony dyktatora Porfiria Díaza. Uosabiała snobizm i klasę wyższą uciskającą ludzi gorzej sytuowanych. Imię Catrina to żeńska forma wyrazu “catrín”, oznaczającego osobę beztroską, modnie ubierającą się i prowadzącą raczej hulaszczy tryb życia. Z czasem “La Catrina” stała się symbolem narodowym Meksyku, nawiązującym do trzech tradycji: prekolumbijskiej, hiszpańskiej i rewolucyjnej. W chwili obecnej możemy pokusić się o stwierdzenie, że jest ona niekwestionowaną i zarazem niekoronowaną królową Meksyku. To najważniejsza kobieta w życiu prawdziwego Meksykanina, towarzysząca mu na każdym kroku i o każdej porze.
Opinie
Nie ma jeszcze żadnych recenzji