Buran
Grzegorz był już ubrany i gotów do drogi. Przed wyjściem założył łyżwy na filcowe buty, tak zwane walonki, i bardzo dokładnie przymocował je skórzanymi troczkami. Następnie napiął troczki za pomocą drewnianych kołków, tak aby łyżwy i buty stanowiły całość. Gdy wszystko było gotowe, uniósł ciężki worek z „towarem”, który miał zamiar sprzedać na rynku, i uchylił drzwi wejściowe.
„Towar” na sprzedaż stanowiły litrowe i półlitrowe butelki zbierane przez niego przez ostatnie trzy dni na okolicznych śmietnikach, oczywiście umyte. Zanim zamknął drzwi wejściowe, pomachał ręką na do widzenia do siostry i matki, po czym wyszedł. Matka była przeziębiona i silnie kaszlała; zanim jednak Grzegorz wyszedł, cicho do niego powiedziała:
– Grzesiu, mój chłopcze, bądź ostrożny, zwłaszcza na tej drodze do rynku, i wracaj szybko. Idź z Bogiem.
Na zewnątrz było bardzo zimno, zaś silne podmuchy wiatru podnoszące od czasu do czasu świeży śnieg w postaci białej mgły dodatkowo pogarszały widoczność. Grzegorz zarzucił worek na plecy, trzymając go prawą ręką, podczas gdy lewą zasłonił sobie nos i policzki. Stał w ten sposób przez dobrą chwilę, aby się oswoić z nieprzyjazną tego dnia pogodą, a w międzyczasie duży, czarny pies podwórzowy, cały zaśnieżony, przybiegł do niego, machając przyjaźnie ogonem. Grzegorz poklepał go po przyjacielsku po głowie, po czym odsunął od siebie, gdyż nie chciał, aby pies lizał go po twarzy. Brzydził się jego „uzupełniającym” pożywieniem, które stanowiły świeże, ludzkie odchody zjadane z głodu przez psa w prymitywnej ubikacji stojącej w rogu podwórza.
Grzegorz pochylił się pod ciężarem ładunku i udał się w drogę. Przez dłuższą chwilę pies towarzyszył mu, poszczekując wesoło; po czym stanął i wolno zawrócił na zaśnieżone podwórze.
Grzegorz długimi, regularnymi pociągnięciami łyżew i rytmicznym kołysaniem ciała w lewo i prawo cierpliwie przesuwał się drogą w kierunku rynku. Będąc jeszcze pomiędzy zabudowaniami miejskimi, stwierdził, iż wiatr co prawda jest przykry, ale tylko w podmuchach. Natomiast, gdy dotarł do obrzeży miasta i przekroczył tory kolejowe, zostawiając za sobą po lewej stronie stację kolejową, stwierdził, iż mroźny wiatr z pól wieje ciągle i jest niezwykle przenikliwy. Silne, mroźne podmuchy bardzo utrudniały poruszanie się i zatykały oddech, ale nie było wyjścia – aby móc sprzedać swój „towar”, trzeba było pokonać tych kilka kilometrów i dotrzeć do rynku.
*
Wielu miejscowych, przynajmniej w tej części Rosji, uważało dwie ostatnie zimy lat 41 i 42 za niezwykle ostre. Silne mrozy, wiatr i obfite opady śniegu dały się wszystkim we znaki, ale najbardziej dokuczyły deportowanym z zachodu, gdyż ci byli całkowicie nieprzystosowani do takich warunków klimatycznych i brakowało im ciepłej odzieży.
Grzegorz nie miał złudzeń, iż nawet jeżeli uda mu się sprzedać wszystkie butelki, które miał w worku, to zarobione w ten sposób pieniądze z trudem starczą na zakup potrzebnego jedzenia oraz być może opału do ogrzania pokoju. Chłopiec liczył na to, iż sprzedany towar przyniesie wystarczającą sumę pieniędzy, aby utrzymać się przy życiu przez kilka następnych dni. Cała nadzieja była znów w tych pustych butelkach, które trzeba będzie ponownie zacząć zbierać już od jutra…
Z braku drewna (północne tereny przykaspijskie są słabo zalesione) głównym paliwem w piecach w tamtych okolicach był kiziak – rodzaj stałego opału wyrabianego z odchodów bydlęcych (najczęściej krowich) zmieszanych ze słomą i torfem, formowanego w duże kostki, które suszono na słońcu podczas upalnego lata.
*
Grzegorz był chłopcem zaledwie dziewięcioletnim, ale poznał już z całą jasnością praktyczne i bezwzględne prawa rządzące wprowadzonym systemem kartkowym. Te pozostałe półtora tygodnia, które musieli czekać, aby móc znów otrzymać chleb i inne produkty żywnościowe, na jakie właśnie otrzymywali kartki, to było po prostu za długo. Cała ich trójka mogła tego nie przeżyć, tym bardziej iż matka i jego młodsza siostra chorowały.
Pokój, w którym we troje mieszkali, stopniowo zamarzał, a podłoga wyraźnie zaczęła pokrywać się cienką warstwą lodu. Okrutne zimno, głód i ciągle rosnąca warstwa lodu na podłodze zaczęły mu się kojarzyć z nieomal zapomnianą bajką, którą matka czytała mu, gdy miał około czterech lat. Było to jeszcze w Polsce, w tym dalekim i nieomal nierealnym kraju obfitości, gdzie nie brakowało jedzenia ani opału; kraju, którego istnienia Grzegorz z desperacją próbował nie zapomnieć. Bajka czytana przez matkę opowiadała o małym chłopcu, którego Królowa Mrozu porwała do białego królestwa śniegu i lodu, gdzie wszystko było zrobione z zielonkawych kryształów i panowało niewyobrażalne zimno. To była okrutna historia, której mały Grzesio bardzo się bał i przypominał sobie, iż już wówczas, pomimo bardzo młodego wieku, bajka ta oddziaływała bardzo silnie na jego wyobraźnię. Instynktownie kojarzył ją zawsze ze śmiercią.
*
W drodze na rynek Grzegorz nagle przypomniał sobie inną, a z jego naiwnego punktu widzenia „zabawną”, acz w istocie poważną i bardzo dlań pouczającą historię. Była to sprawa związana z jego pierwszymi doświadczeniami z zupełnie mu dotychczas nieznanym otoczeniem w Rosji Sowieckiej. A mianowicie – w szkole kolega z klasy zapytał go, co najczęściej jadało się na śniadanie w tej tak dalekiej Polsce. Grzegorz, po chwili namysłu, po prostu opowiedział mu, dodając, iż gdy dostarczone do domu bułki nie były świeże i chrupiące, on odmawiał ich jedzenia.
Wracając ze szkoły do domu i zastanawiając się nad swoją odpowiedzią dotyczącą jedzenia śniadania w Polsce, Grzegorz nagle stwierdził, iż w ogóle nie pamięta smaku bułek i dlatego pewnie całą tę opowieść wymyślił sobie albo po prostu skłamał… Postanowił więc zweryfikować autentyczność swojego opowiadania z matką. Opowiedział jej cały przebieg rozmowy z kolegą i czekał na jej komentarz. Ona w milczeniu patrzyła na niego przez chwilę i powiedziała:
– Nie, Grzesiu, nie skłamałeś.
Po czym po dalszej chwili milczenia dodała:
– Ale powinieneś unikać tego rodzaju rozmów z kolegami i raczej zmieniać temat, gdyż ich wynik może być taki, iż pewnego dnia mogą nas wysłać do białych niedźwiedzi…
Być „wysłanym do białych niedźwiedzi” było popularnym określeniem zarówno w środowisku deportowanych, jak i Rosjan. Oznaczało dalszą deportację do północno-wschodniej Syberii, gdzie zimy były jeszcze ostrzejsze, zaś możliwości przetrwania dużo mniejsze.
– Jak wobec tego mam odpowiadać kolegom, gdy zapytają mnie ponownie o coś podobnego? – zapytał.
Patrząc mu wprost w oczy, matka odpowiedziała:
– Wiem, że tobie nie spodoba się to, co ci teraz powiem, ale powinieneś im powiedzieć, że po prostu nie pamiętasz. Po czym zmień temat rozmowy i mów o czymś zupełnie innym.
Czasami Grzegorz wspominał tę rozmowę z matką i w skrytości ducha musiał przyznać, iż zachował się naiwnie. Być może naraził ich wszystkich na niebezpieczeństwo dalszej deportacji. Czuł się swoim postępowaniem zawstydzony, ale zawsze przedkładał określenie, iż postąpił „głupio”, a nie „naiwnie”, gdyż wolał czuć się dorosłym, który popełnia błędy, niż małym i niedoświadczonym „szczeniakiem”. Od czasu pamiętnej rozmowy z matką na jakiekolwiek pytania kolegów szkolnych dotyczące życia i spraw polskich odpowiadał krótko:
– Odpieprz się!
W ten sposób częstotliwość tego rodzaju pytań zmniejszyła się znacznie; on zaś nie wchodził w szczegóły – czy konkretne pytanie wynikało raczej z ciekawości, czy też z chęci donosu…
Grzegorz nauczył się kląć po rosyjsku w szkole oraz na ulicy i mógłby z dumą zaprezentować swój bogaty repertuar, ale nigdy nie używał go w domu. To był język, który służył mu wyłącznie do porozumiewania się z rówieśnikami, a więc w szkole lub na ulicy.
*
Cała rodzina Grzegorza – jego rodzice, młodsza siostra i on sam zostali deportowani z północno-wschodniej części Polski, zwanej Wileńszczyzną, części okupowanej przez Rosję po 17 września 1939 roku, a następnie podzielonej pomiędzy Litwę i Białoruś, gdy obydwa te kraje zostały wcielone do Rosji Sowieckiej jako republiki. Powodem ich deportacji do południowo-zachodniej Syberii była spontaniczna i w gruncie rzeczy nieostrożna odmowa rodziców przyjęcia obywatelstwa sowieckiego oraz fakt, iż posiadali aptekę, a więc byli automatycznie zaliczani do burżuazji.
Pierwotnie mieli być wysłani do Barnaułu, miejscowości oddalonej ok. 250 km na południe od Nowosybirska, głęboko w południowej Syberii, ale zbiegiem okoliczności, z powodu nagłej potrzeby transportu dla celów wojskowych zostali po prostu wysadzeni z pociągu na stacji w małej, przemysłowej miejscowości o nazwie Kuwandyk, leżącej w południowo-zachodniej Syberii, zaraz za grzbietem gór Ural i w pobliżu granicy z Kazachstanem.
Jak łatwo można się domyśleć, nikt z deportowanych nie wiedział zbyt wiele zarówno o miejscowości o nazwie Barnauł, jak też Kuwandyk, ani też o losie, jaki miałby ich w tych miejscowościach spotkać. Wkrótce po tym, jak zostali wypchnięci z wagonów w Kuwandyku, wręczono im dokumenty identyfikacyjne w języku rosyjskim, zaś ubrany po wojskowemu urzędnik z dumą obwieścił, iż bez żadnych zastrzeżeń przyznano im obywatelstwo Związku Radzieckiego, z czego mieli ponoć być dumni.
Większość deportowanych instynktownie wyczuwała, iż jakiekolwiek dalsze dyskusje czy też sprzeciwy w stosunku do lokalnych władz mogą jedynie pogorszyć ich i tak niepewną sytuację, więc wzięli te nowe paszporty bez komentarzy i w zupełnym milczeniu. Ich nazwiska wpisane w tych dokumentach tak zwaną grażdanką, czyli uproszczoną, porewolucyjną cyrylicą, wyglądały dla nich jakoś dziwnie obco i zupełnie nierealnie.
Nagle wśród deportowanych rozeszła się pogłoska, iż NKWD będzie przeprowadzać osobistą rewizję w celu wykrycia nieprzekazanych władzom sowieckim polskich dokumentów. Acz wiadomość była nieprawdziwa, wielu w panice i w obawie dalszych prześladowań po prostu zniszczyło swoje polskie dokumenty identyfikacyjne po otrzymaniu sowieckich papierów.
Rodzice Grzegorza zdecydowali się przechować polskie dokumenty, ukrywając je głęboko między odzieżą osobistą. Dla nich te właśnie dokumenty były w tym momencie jedynym dowodem ich prawdziwej tożsamości i jedyną, acz w ówczesnych realiach dość iluzoryczną, nadzieją na powrót do ojczyzny.
agatek –
Książka Artura Friedberga opowiada historię różnych ludzi – małego chłopca, lekarza, właściciela sklepu i wielu innych. Chociaż różnią się wiekiem, to łączy ich wspólne doświadczenie życia w czasach niepokoju i uciemiężenia ze strony rosyjskiej. Opowiadania zbliżają czytelnika do bohaterów, pokazują ich wewnętrzne przeżycia, ale również tworzą obraz codziennych realiów życia w klimacie syberyjskiej zimy. Język utworów jest prosty, bezpośredni, dobitny, co pasuje do tematyki książki. Zaskoczyło mnie, jak wiele rozmaitych historii można zebrać w jednej książce. Myślę, że niejednej osobie na długo zapadną w pamięć i będą powodem do refleksji na temat niszczycielskich skutków, jakie niesie za sobą wojna. ,,Ścigany i inne… opowiadania czasu wojny i niepokoju” to dobra pozycja dla każdego. Sądzę, że będzie to dobry wybór dla czytelników, którzy chcą rozpocząć swoją przygodę z literaturą wojenną. A dla bardziej doświadczonych z pewnością będzie to interesująca lektura, która na długo pozostanie w pamięci.