Rozdział 1
Byłam tam. Stałam na środku oceanu, gwałtowne fale uderzały o moje wątłe ciało, tworząc mgliste, niewyraźne obrazy naszych wspomnień i pragnień. Czuję wszystko, każdą chwilę, która popchnęła mnie do tego miejsca. Każdy kawałek mojej tkaniny, moje włosy i moja skóra – wszystko chronione, otoczone niewidzialnym ciepłem wokół mnie. Woda, wiatr, ogień czy trzęsienie ziemi nie przeszkadzają najmniejszej części mnie. Jestem bezpieczna w śmiercionośnych wodach, opanowana w burzy i silna jak stary szwedzki świerk, którego korzenie, podobnie jak moje stopy, dotykają samego serca ziemi…
W malowniczym miasteczku Hydra na południu Norwegii nastało spokojne, niedzielne popołudnie. Stare czarno-białe budynki otoczone ze wszystkich stron trawą i drzewami, góry wznoszące się ponad chmurami stanowiły idealne miejsce na spokojne życie. Raz w roku przyjeżdżali tu turyści i wynajmowali domek wzdłuż linii brzegowej od rybaka Jana. Miał trzydzieści siedem lat. Jednak jego zainteresowania, zachowanie i dom, w którym mieszkał, stanowiły swoisty przekaz: „Mam sześćdziesiąt lat, zbieram gazety z tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego roku, a ta koszula jest z drugiej wojny światowej”. Ani jedna osoba nie miała o nim nic złego do powiedzenia. Przecież był człowiekiem skromnym, uduchowionym, życzliwym i przede wszystkim o dobrym sercu, a jego upodobanie do światowości w ludzkich oczach stało się czymś normalnym i naturalnym. Blond włosy mężczyzny miały prawie miodowy odcień i niedbale odstawały, jeśli nie nosił na głowie starej czerwonej czapki, którą jego matka Ida od czasu do czasu cerowała. Miał opaloną skórę, piękne niebieskie oczy i delikatny wąs, który drapał i wbijał się w policzek przy każdym powitaniu. Jesienią i zimą zawsze nosił swoją ulubioną beżową harringtonkę, a wiosną i latem jedną z klasycznych koszul w kratę. Od czasu do czasu spotykaliśmy się w starej osiedlowej kawiarni, gdzie uzupełniałam finanse mojej rodziny. Nie inaczej było w tym przypadku.
– Cześć, Jane.
Usiadł naprzeciwko mnie, a wzrok utkwił w cieście marchewkowym, które wyciągnęłam ze starej kuchenki.
– Witasz się ze mną? Jesteś pewien? – Zmarszczyłam brwi i postawiłam przed nim filiżankę z gorącą czarną kawą.
– Oczywiście, że z tobą. – Uśmiechnął się. – Z ciastem w zasadzie też…
Nie wytrzymałam i uderzyłam dłonią w czoło. Odkroiłam nożem kawałek ciasta i położyłam go na talerzyku obok filiżanki z kawą.
– Będziesz miał cukrzycę.
– To tylko mały kawałek, nie przesadzaj – odpowiedział, wsypując do kawy pięć łyżeczek cukru.
– Tak… tylko mały kawałek…
Wydawał się tak pochłonięty własną rzeczywistością, że nie zdawał sobie sprawy, że go obserwuję. Usiadłam na stołku barowym, opierając brodę na dłoniach i spoglądając na niego. W końcu delikatnie się uśmiechnął.
– Co?
– Słyszałeś, że dom Hansena został już sprzedany?
– Od wystawienia go na aukcję minęło zaledwie kilka dni. Skąd wiesz?!
– Ludzie mówią.
– Co, co mówią? – zapytał zaciekawiony.
Pochyliłam się w jego stronę i zajrzałam mu w oczy.
– Najwyraźniej – ściszyłam głos – mężczyzna z USA postanowił się tu przeprowadzić. Natychmiast wyczuł okazję i zaoferował bezkonkurencyjną cenę, która bardzo różniła się od tej, której oczekiwał Hansen.
– Mówisz poważnie?
Przytaknęłam.
– Ale to nie wszystko. – Rozejrzałam się po kawiarni, żeby nikt przypadkiem mnie nie usłyszał. – Zapłacił gotówką.
Jan pił kawę, nie odrywając ode mnie wzroku.
– Ile?
– Nie chcesz wiedzieć.
– Ile?
– Pięć.
Zakrztusił się, rozlewając kawę ze swojej filiżanki na ladę. Wytarłam blat.
– Pięć milionów koron norweskich?! – powtórzył. – Przecież dom wart był najwyżej dwa!
– Tak, to prawda, dlatego całe miasteczko o tym mówi. Dziwne, że dopiero teraz się o tym dowiadujesz.
– Wiesz o tym, prawda? Kiedy kończy się sezon, nie mamy wielu gości.
– Żałujesz?
– Cenię sobie spokój i ciszę. Nie mam nic przeciwko temu, żeby młody od Ole’a co jakiś czas podrzucał mi gazety. Zawsze zostawiam mu w zamian coś miłego.
– Hmm, jesteś więcej niż ojcem.
– Przyjacielem – poprawił mnie. – Po prostu przyjacielem. – Wymieszał resztę kawy łyżeczką.
– Wciąż muszę dochodzić swoich racji – odpowiedziałam obojętnie, patrząc gdzieś w podłogę.
Wszyscy o tym wiedzieli, ale Jan nie potrafił tego dostrzec. Może po prostu bał się do tego przyznać. Obawiał się, że odbierze mu ważną rolę ojca. Zadbał o to, by jego synek nigdy o nim nie zapomniał, a jednocześnie wspierał go w tym trudnym czasie najlepiej, jak potrafił.
– Zdaję sobie z tego sprawę, Jane – westchnął.
Jego ciało z trudem się podniosło. Wziął ostatni łyk kawy, po czym w milczeniu zaczął owijać szyję oliwkowym szalem.
– Zaczyna się ściemniać. Przyniesiesz mi jutro projekt?
– Tak, zgodnie z umową.
– Trzymaj się.
– Ty też.
Po jego wyjściu zdałam sobie sprawę, że jestem zupełnie sama. Rozejrzałam się po ciemnym, drewnianym pomieszczeniu. Stare lampy parafinowe powoli gasły, a podłoga skrzypiała pod ciężarem mojego ciała. Żyjemy w XXI wieku, ale kiedy wchodzę do tej pięknej kawiarni, moje myśli i uczucia przenoszą się do innego czasu i odległej przestrzeni. To jest to, co kocham w tym miejscu. Przykryłam ciasto serwetką w czerwoną kratkę i odłożyłam brudne naczynia do zlewu. Z radia dobiegała delikatna norweska muzyka, a ja co jakiś czas sięgałam po brudne naczynia. Robiłam to automatycznie, bo myślami odleciałam już daleko stąd. Widziałam siebie tańczącą nocą na brzegu morza oświetlonego płomieniami ogniska. Obserwowałam siebie leżącą beztrosko na miękkim mchu w lesie. Tęskniłam za tą wolnością, za wytchnieniem, za powrotem do miejsca, gdzie moja dusza była pełna. Próbowałam wszelkich metod i odwiedziłam niezliczoną liczbę miejsc, ale nic się nie zmieniało. Po kilku miesiącach znów pojawiały się smutek i pustka. Ale nigdy się nie poddawałam, byłam najsilniejsza i nawet sprawiłam, że mój umysł i uczucia poszły za mną. Wybiła trzynasta trzydzieści jeden.
– Och…
Chwyciłam swoje rzeczy i pośpiesznie wyszłam z kawiarenki. Zamknęłam drzwi na dwa zamki, a klucz schowałam do małej kieszonki w torbie. Obróciłam się na pięcie, zrobiłam krok do przodu i zamarłam.
– O mój Boże!
– Przepraszam – szepnął zawstydzony Jan i złapał za moją torbę.
– Prawdę mówiąc, zaskoczyłeś mnie. Co mogę dla ciebie zrobić?
– Chcę odwiedzić Vilde, aby odebrać kilka starych książek, które znalazła na strychu – powiedział podekscytowany. – Mogę się z tobą zabrać?
– No jasne. Powiedziała mi coś o tym jakiś czas temu.
– Dziękuję.
Szliśmy w milczeniu do samochodu, który zaparkowałam nieco dalej niż zwykle. Stał obok starego lombardu. Czasami widziałam spacerujących przechodniów albo wracających z pracy do domu jak ja. Ta trasa, zawsze taka sama, tym razem wydawała się inna. Czułam czyjeś spojrzenie na plecach, a wiaterek lekko targający moje włosy był jak oddech. Zatrzymałam się. Energia tego miejsca była inna niż ta, którą zwykle odczuwałam. Był w niej jakiś cień, ale odczucie wydawało się przyjemne, nigdy wcześniej takiego nie doświadczyłam. Czułam dziwną pewność, że wszystko jest na właściwym miejscu, że jestem tu, gdzie trzeba, i że niczego więcej nie potrzebuję. Te uczucia obudziły we mnie pytania, bo przecież lubiłam podróże, a bałam się stabilności.
– Wszystko w porządku?
– Tak, tak. Wszystko w porządku. – Uśmiechnęłam się od ucha do ucha i podbiegłam w jego stronę. – Wiesz co, Jan?
– Hmmm.
– Przez ostatnie kilka nocy miałam dziwne sny i teraz czuję się inaczej.
– Dawno tego nie słyszałem.
– Tak. Nie potrafię ich dobrze opisać, ale we wszystkich pojawia się ta sama osoba.
– Co to znaczy?
Westchnęłam ciężko i przeniosłam wzrok w prawo, gdzie przy barze stali ludzie palący papierosy.
– Nie wiem, ale proszę, uważaj na siebie.
– Zawsze tak robię, nie martw się – odparł. – Przy okazji trzeba było udowodnić, że to, co mówisz, jest prawdą – dodał, patrząc na mnie ukradkiem.
Nigdy mi nie wierzył.
– Serio?
– Serio, serio – przytaknął ze szczerym uśmiechem.
Jan objął mnie ramieniem i przyciągnął bliżej.
– Dziwaki trzymają się razem, wiesz?
– Wiem.
Wsiadłam do pomarańczowego mini coopera, który bez wątpienia był moim kaprysem. Przez większość życia nienawidziłam jazdy samochodem. Ale kiedy zdałam sobie sprawę, że mogę ułatwić sobie życie, postanowiłam zrobić prawo jazdy i po prostu cieszyć się tym. Wybrałam więc ten model i dodałam światłom rzęsy. Uśmiechnięte twarze ludzi były bezcenne. Jan automatycznie włączył radio. Właśnie mieli nadać wiadomości.
– Wyłącz to!
– Przepraszam. – Jan przez chwilę milczał zamyślony. – Jane – zawahał się – dlaczego reagujesz w ten sposób?
– Bo nie mogę znieść niesprawiedliwości i ludzkiego cierpienia.
Odsłoniłam właśnie tę kartę, bo nie miałam nic do ukrycia. Właściwie po raz pierwszy zadał mi to pytanie.
– Nie rozumiem, dlaczego tak bardzo ci to przeszkadza? I tak nie możesz nic z tym zrobić. Co się dzieje, to się dzieje, taka jest kolej rzeczy – westchnął. – Musisz się z tym pogodzić.
– Nie – powiedziałam stanowczo. – Uwierz mi, że gdyby to ode mnie zależało, w ciągu kilku miesięcy byłoby po wszystkim.
– Totalitarne rządy? – Roześmiał się.
– Niewątpliwie. – Uśmiechnęłam się delikatnie.
Wyjechałam z parkingu.
– Zabawne – kontynuował – pomagasz ludziom w szpitalu, dbasz o wszystkich, a na dodatek ciężko pracujesz. Nie znam nikogo, kto idzie przez życie o własnych siłach, tak jak robisz to ty. A mimo to totalitaryzm, serio? Nie rozumiem cię, Jane.
– Dlatego nie możemy być razem.
– Jane.
– No co?
– Nic – westchnął ciężko.
Droga była cicha, a okolica, w której mieszkałam, spokojna i zazwyczaj opustoszała. Kilka domów stało w odległości kilku metrów od siebie, każdy wyłożony różnokolorowymi deskami. Miejsce to zawsze było piękne zimą. W czasie świąt ludzie wysyłali sobie przez okna różne wiadomości. Wokół mojego domu stał drewniany płotek pomalowany na biało. Za nim rosły trawa i kilka kwiatów wyhodowanych przez poprzedniego właściciela. Nieopodal rósł nieznany mi gatunek krzewu. Nie wiedziałam nic o ogrodnictwie, ale przecież miałam Jana. To była jego pasja.
– Przepraszam.
– Mnie też jest przykro, Jane. Przyjedź jutro.
Przytaknęłam, a on ruszył powoli po książki. Właścicielką domu, do którego się kierował, była czarnoskóra Vilde o azjatyckiej urodzie z lokami dotykającymi ramion. Mogłam się tylko domyślać pochodzenia jej rodziców. Mieszkała w kremowym domu otoczonym pięknymi różami wplecionymi w czarny metalowy płot. Miała męża i dwójkę dzieci, które czasem widywałam przez otwarte okno. Była po trzydziestce i mieszkała z mężem, który był dwa lata starszy od niej.
– Ej! Przyjdź kiedyś do nas na kawę – zawołałam, wskazując chatę, a on machnął uroczyście ręką.
Nigdy nie zamykałam drzwi na klucz. Po sezonie turystycznym miasteczko było na tyle bezpieczne, że nikt z mieszkańców nie czuł takiej potrzeby. Kochałam ten mały domek i desperacko walczyłam o niego przez wiele miesięcy, pielęgnując go jak własne dziecko, którego nie miałam. Gdy tylko przekroczyłam jego próg, poczułam unoszący się zapach goździków i pomarańczy, a ciepłe światło w salonie emanowało miłością. Z wyjątkiem kuchni i łazienki wszystkie pomieszczenia były drewniane, z ciepłymi, czerwonymi akcentami. W przedpokoju stały duże lustro oraz pudełka na buty. Wisiały też wieszaki na ubrania. Z sufitu zwisała mała oprawa świetlna, którą postanowiłam zostawić po ostatnich świętach. Dzięki niej każda chwila mojego życia była wyjątkowa.
Zdjęłam płaszcz i przeszłam po skrzypiących deskach do salonu. Wszędzie paliły się zasilane bateriami świece, tworząc niesamowitą atmosferę. Czerwone zasłony w oknach opadały kaskadowo, tworząc minimalistyczny wystrój. W większości norweskich domów są telewizory, ale nie u mnie. Oglądanie telewizji było stratą czasu, kosztującą więcej niż kilka cennych minut czy godzin. Mojego spojrzenia na życie nie można było zaburzyć, musiałam zachować spokój.
Po prawej stronie salonu stał duży regał z kilkoma książkami, których jeszcze nie przeczytałam, a co było tylko kwestią czasu. Tło przeciwległej ściany stanowiła ciemna kanapa. Przed nią stał drewniany stół, na którym leżał laptop i stosy papierów. Pracowałam nad książką i komiksami, które od dawna nie miały szansy na publikację. Stworzyłam fabułę, która była dla mnie zbyt skomplikowana. Jan pomagał mi w pracy z ludźmi, kiedy tworzyłam ilustracje do lokalnych opowiadań i powieści dla dzieci. Nie zarabiałam wiele, ale przynajmniej lubiłam to robić.
– Moon.
Usiadłam na ciemnej kanapie obitej sztucznym futrem.
– No chodź do mnie.
Poklepałam się dwa razy po nodze, a chwilę później śnieżnobiały maine coon położył na mnie łapę. Uśmiechnęłam się do siebie, gdy głaskałam go po głowie, a on od czasu do czasu opierał swój nos o mój sweterek. Patrzyłam na jego łapę. Zawsze wydawała się duża i puszysta.
– Może zrobię herbatki? – zapytałam siebie, wchodząc do kuchni. Kot obserwował każdy mój ruch.
Nacisnęłam guzik, żeby zagotować wodę w czajniku, mając już przygotowany kubek z torebką jaśminowej herbaty, i wyjrzałam przez okno. Gdy tak stałam pogrążona w myślach, zauważyłam światła samochodu jadącego ulicą i nawet przez zamknięte okno słyszałam głośny dźwięk silnika. Po chwili zatrzymał się tuż przed moim domem. Mimo że w okolicy mieszkało kilka rodzin, zastanowiło mnie to. Widziałam dziś ten samochód kilka razy. W pośpiechu wzięłam łyk herbaty, co było błędem. Zapomniałam, że zalałam ją wrzątkiem. Jeszcze nigdy tak szybko nie biegłam. Po chwili stałam pod kranem z lejącą się lodowatą wodą oraz wyciągniętym językiem jak kompletna idiotka.
– Nie wykazuję się rozsądkiem – westchnęłam. – Dlaczego zawsze muszę coś sobie zrobić? – mówiłam do siebie.
Wróciłam do pracy i zaczęłam myśleć o zakończeniu mojej powieści. Położyłam rękę na klawiaturze, ale nie byłam w stanie nic napisać. Mój umysł całkowicie gdzieś uciekł. Znów łyknęłam herbatę, żeby sprawdzić, czy to coś zmieni.
– Podobnie jak moje stopy – mruknęłam do siebie. – Dotykają samego serca ziemi – mamrotałam, ale jakoś nie mogłam się skupić.
Może nie powinnam się zmuszać. Może inspiracja sama do mnie przyjdzie. Nie wiedząc, co zrobić, zapaliłam laskę kadzidła pachnącego białą szałwią. Sama myśl o niezrobieniu czegoś przyprawiała mnie o wyrzut sumienia i sprawiała, że bałam się, że ktoś może próbować wprowadzić mój plan w życie. Wiedziałam, że nie mogę do tego dopuścić, więc z ciężkim sercem chodziłam niespokojnie po salonie. Zaczęłam odymiać pomieszczenie. Zagnieżdżony wygodnie na kanapie Moon uważnie mnie obserwował. Gdy ponownie podeszłam do okna, samochód stał w tym samym miejscu. Silnik był zgaszony, szyby zostały przyciemnione, więc nie mogłam zobaczyć, kim jest kierowca. Wydawało mi się, że ktoś od jakiegoś czasu mnie obserwuje. Wszystko było przewidywalne, bo trwało od tygodni. Podniosłam telefon komórkowy i otworzyłam czat z Janem.
booksofsunny –
Kryminał z fantastyką? To coś idealnego dla mnie.
Historia opisana w książce Moniki Voland jest interesująca, intrygująca i wciągająca.
Jest to jedna z tych historii, gdzie nie nudziłam się. Wciągnęła mnie od pierwszych stron.
Urzekło mnie połączenie rzeczywistość z fantastyką.
Jest to dla mnie interesujące odkrycie.
Do tego perypetie bohaterów, a także stawianie czoła z lekami, przeciwnościami – dodaje ciekawości i finezji podczas czytania.
agatek –
Książka Moniki Voland jest bardzo interesującą pozycją – połączenie kryminału z fantastyką na tle małego norweskiego miasteczka intryguje już od pierwszych stron. Czytelnik od razu zostaje wrzucony do tego niezwykłego świata. Powieść jest przede wszystkim bardzo dynamiczna, wiele w niej dialogów, przez co jest to dość lekka lektura, która będzie odpowiednia dla różnych grup wiekowych. Książka porusza również ważne tematy – przede wszystkim jaka jest cena za bycie idealistą, czego doświadcza główna bohaterka. Praca Moniki Voland to interesująca pozycja na polskim rynku zarówno wśród książek fantastycznych, jak i kryminalnych.
Jagoda Buch –
„Szmaragd” Moniki Voland – kryminał z duszą i cieniem metafizyki
„Szmaragd” to odważne połączenie kryminału z elementami metafizycznymi i romansu. Powieść stawia na atmosferę i wewnętrzne zmagania bohaterki — Jane Harison — która jako uzdrowicielka staje się osią opowieści: jej dar, koszmary i relacja z tajemniczym Ismo splatają wątki duchowe z kryminalną intrygą. To lektura dla czytelników lubiących mrok skandynawskich miasteczek, ale też metafizyczne refleksje nad winą, przebaczeniem i przeznaczeniem.
Co działa dobrze
Atmosfera miejsca. Opisy norweskiego miasteczka (Hydra) i bliskości sąsiedzkich relacji budują intymne, lekko melancholijne tło, które współgra z elementami nadprzyrodzonymi. Miejsce staje się niemal postacią: kameralne, śnieżne (w wyobrażeniu), osnute ciepłem domów, ale też cieniem tajemnic.
Silna, skomplikowana bohaterka. Jane to postać wielowarstwowa — z jednej strony empatyczna uzdrowicielka, z drugiej osoba z własnymi ambicjami, lękami i moralnymi wątpliwościami. Autorka nie maluje jej tylko jako „dobrą duszę”, lecz pozwala czytelnikowi zobaczyć egoizm, pychę, wątpliwości i obsesje. Dzięki temu relacje (zwłaszcza z Ismo) mają napięcie i nie są jednowymiarowe.
Mieszanka gatunków. Połączenie kryminału, elementów thrillera technologicznego (haker Ismo) i duchowej, niemal mistycznej perspektywy daje powieści oryginalne brzmienie. Motywy snów, oczyszczania dusz i wizji dodają warstwy symbolicznej, która potrafi skłonić do refleksji.
Fragmenty emocjonalne i dialogi wewnętrzne. Fragmenty powieści pokazują umiejętność autorki do kreślenia intensywnych emocji — zarówno w scenach konfrontacji, jak i w tych spokojniejszych, introspektywnych.
Co mogłoby być lepsze
Pacing i gęstość informacji. Momentami narracja bywa przegadana — duża ilość introspekcji i wyjaśnień duchowych może zwalniać tempo fabuły kryminalnej. Czytelnikom oczekującym szybkiego thrillera może brakować bardziej skoncentrowanej akcji.
Wyjaśnienia metafizyczne. Niektóre fragmenty (umowy dusz, mechanika uzdrawiania, hierarchia istot) bywają przedstawione bez pełnego „osadzenia” w świecie powieści. Dla fanów realizmu magicznego jest to atut, ale inni mogą oczekiwać solidniejszych zasad tej metafizycznej części.
Postacie drugoplanowe. Choć Jane i Ismo są silnie zarysowani, część postaci pobocznych (np. niektóre ofiary, sąsiedzi) mogłaby zyskać nieco więcej indywidualności — wtedy intryga kryminalna zyskałaby na wiarygodności i emocjonalnym ciężarze.
Motywy i tematy
Wina i przebaczenie: sceny z oczyszczaniem dusz i konfrontacjami nadprzyrodzonymi stawiają pytania o to, kto ma prawo oceniać i czy przebaczenie może być instrumentem sprawiedliwości.
Moc i odpowiedzialność: Jane jako „uzdrowicielka” mierzy się z pokusą wszechwładzy — fragmenty, w których myśli o byciu „Bogiem” pokazują moralne dylematy bohaterki.
Technologie kontra duchowość: relacja z Ismo, hakerem, wprowadza współczesny kontrapunkt — jak technologia i mistycyzm współgrają (i konfliktują) w ratowaniu świata?
Dla kogo ta książka
Dla czytelników lubiących skandynawski klimat i powolne, gęste atmosferycznie historie. Dla osób, które cenią literaturę łączącą kryminał z duchowymi poszukiwaniami. Mniej polecana dla fanów klasycznych, szybkich thrillerów sensu stricto — tu bardziej liczy się wewnętrzna podróż niż szybkie tempo akcji.
„Szmaragd” Moniki Voland to śmiała i nietuzinkowa opowieść, w której kryminalna intryga splata się z metafizycznym dramatem o winie, odkupieniu i moralności. Autorka prowadzi czytelnika przez świat pełen napięcia i duchowych dylematów, a mocna, wielowymiarowa bohaterka oraz sugestywnie budowana atmosfera sprawiają, że lektura skłania do refleksji nad granicami pomocy, ceną odpowiedzialności i prawdziwym znaczeniem przebaczenia. Choć narracja momentami zwalnia, a część wątków metafizycznych pozostawia pewien niedosyt, książka stanowi wartościową propozycję dla tych, którzy cenią literaturę łączącą różne gatunki i nie bojącą się stawiać fundamentalnych pytań.