Opis
„Tam” to wybór opowiadań i część dziennika więziennego pisanego przez Aleksandra Gawronika od 7 maja 2001 do 14 maja 2009 r. Tam to opis rzeczywistych miejsc i zdarzeń. To subiektywna cząstka prawdy o życiu więziennym. Autor snuje codzienne, gorzkie obserwacje, a pod pozornym chłodem objawia swą rozpacz, tęsknotę za najbliższymi, za wolnością. W ostatnim rozdziale przedstawia swoje obserwacje i wnioski dotyczące stanu więziennictwa w Polsce. Fragmenty książki ukazały się pierwotnie jako e-book.
Aleksander Gawronik – człowiek o barwnym życiorysie: prawnik, przedsiębiorca, senator RP. Pracował jako wychowawca w areszcie śledczym, referent, kadrowiec, na stanowiskach kierowniczych w kilku zakładach państwowych. Później zajął się prywatną przedsiębiorczością (ferma kur, piekarnia, warsztat samochodowy, butik), odniósł sukces finansowy, zakładając sieć kantorów. W 1990 r. znalazł się na czele listy najbogatszych Polaków tygodnika „Wprost”. W 1991 r. zajął 1. miejsce w rankingu „Najlepszy menedżer Europy Wschodniej” czasopisma „Der Capital”. Działał w branży paliwowej, motoryzacyjnej, bankowej i ubezpieczeniowej. W 1993 r. uzyskał mandat senatora III kadencji z województwa poznańskiego. W 2001 r. aresztowano go pod zarzutem oszustw celnych i podatkowych. Spędził w więzieniu ponad osiem lat, nigdy nie przyznał się do zarzucanych mu czynów. Stara się o rehabilitację.
SPIS TREŚCI
Dziennik więzienny
- 13 listopada 2002, piątek
- 7 maja 2003
- 19 listopada 2003
- 20 listopada 2003, czwartek
- 24 listopada 2003
- 25 listopada 2003
- 27 listopada 2003
- 30 listopada 2003, niedziela
- 1 grudnia 2003
- 2 grudnia 2003
- 10 grudnia 2003
- 11 grudnia 2003, czwartek
- 12 grudnia 2003
- 13 grudnia 2003, sobota
- 31 grudnia 2003
- 1 stycznia 2004
- 2 stycznia 2004, piątek
- 12 stycznia 2004
- 13 stycznia 2004
- 14 stycznia 2004
- 19 stycznia 2004
- 20 stycznia 2004
- 21 stycznia 2004
- 29 stycznia 2004
- 30 stycznia 2004, piątek
- 12 lutego 2004
- 10 marca 2004
- 15 marca 2004
- 17 marca 2004
- 18 marca 2004
- 17 maja 2004, Mysłowice
- 11 listopada 2004, Mysłowice
- 15 maja 2008, Włocławek
- 18 listopada 2008
- Dzień komisji – 19 listopada 2008
- 20 listopada 2008
- 21 listopada 2008
- 22 listopada 2008, sobota
- 23 listopada 2008, niedziela
- 24 listopada 2008, poniedziałek
- 25 listopada 2008, wtorek
- 26 listopada 2008, środa
- 27 listopada 2008, czwartek
- 28 listopada 2008, piątek
- Statystyka
- Powrót do normalności
Opowiadania
- Spacer
- Widzenie
- Biblioteka
- Chleb
- Gabinet doznań szczególnych
- Teatrzyk „Straszny domek”
- Doktor O.
- Oddziałowy Trąbka
- Kot
- Uwikłanie
Raport
- List do Rzecznika Praw Obywatelskich
- Policjanci
- Prokuratorzy
- Służba więzienna
- Klasyfikacja
- Transport więźniów
- Cele mieszkalne
- Narkotyki, telefony, seks, grypsera i przemoc
- Biblioteki w aresztach
- Świetlice, sport, place spacerowe
- Wyżywienie
- Kantyny
- Służba zdrowia
- Zajęcia o tematyce religijnej
- Samobójstwa
- Osoby niepełnosprawne i inwalidzi
- Finansowanie nowego systemu penitencjarnego
- Podsumowanie
- Wnioski
- List z Biura Rzecznika Praw Obywatelskich
Dziennik więzienny
Fragmenty
Staram się prowadzić notatki, żeby uchwycić to, co tutaj jest najważniejsze. Może kiedyś komuś to się przyda? W końcu niewiele osób kształtujących czy stosujących prawo ma pojęcie o tym, co to jest więzienie. Ci, co z tego żyją, nie są zainteresowani, żeby wiedza na ten temat była powszechna. A ci, co siedzieli albo siedzą – nie przejawiają ochoty, żeby mówić. Bo i po co? Staram się o jedno: mieć dystans, widzieć, słyszeć i nie dopuścić do trudnych sytuacji.
Przez określenie „trudne sytuacje” rozumiem stan, w którym należy zapomnieć, że się jest normalnym człowiekiem. Jak na razie, odpukać, udaje mi się to. Przyjąłem też zwariowany punkt widzenia, że to, co osłabia wszystkich albo prawie wszystkich, mnie powinno wzmocnić. Przynajmniej psychicznie. Bo fizycznie – więzienie wykańcza.
A ze mną było tak:
Przywieziono mnie wieczorem do aresztu śledczego w Katowicach. Miałem już za sobą dwa dni emocji związanych z zatrzymaniem mnie przez policję, rewizję w biurze spółki, nocne przesłuchania przez prokuratora i dwa pobyty w tak zwanej izbie zatrzymań. A także miałem za sobą posiedzenie sądu, który zdecydował o aresztowaniu mnie na trzy miesiące. Wydawało mi się, że skoro nie mam sobie nic do zarzucenia, to normalne argumenty wystarczą.
Nie wystarczyły.
Więc zawieziono mnie do aresztu. Przed bramą – czekanie ponad pół godziny. Siedzę między policjantami, w dość wygodnym samochodzie, na kolanach aktówka – pusta, bo zabrano wszystko. Na aktówce moje ręce, na rękach kajdanki. Brama wreszcie się otwiera i wjeżdżamy do środka. Było to duże bramowe pomieszczenie. Wszystko na szaro. Zamknięcie bramy odbywa się powoli. Zamknęła się – i już cofnąć się nie można. Strażnik też w szarym mundurze.
Policjanci wysiedli, a ja mam nadal zostać w samochodzie. Więc siedzę. Oni gdzieś poszli – strażnik stoi i patrzy. Cicho i obrzydliwie jasno od światła jarzeniówek.
Wracają policjanci i każą mi wysiąść. Wysiadam, a strażnik mówi, żebym wszedł do klatki. Tak nazywa się to pomieszczenie. W pomieszczeniu bramowym jest pierwsze dziwne urządzenie. Trzy klatki, jak dla zwierząt, tyle że wysokie. Można w nich stać, zmieści się kilka osób. Z trzech stron beton, a wejście jest ogromną, grubą, otwieraną kratą. Jak w zoo.
Jestem więc w tej klatce. Krata zamknięta, więc nie można wyjść. Policjanci wsiadają do samochodu i brama wjazdowa otwiera się powoli. Wyjechali. Patrzę, jak brama znowu powoli się zamyka – i nic sensownego nie przychodzi mi do głowy. Patrzę.
Po kilkunastu minutach otwierają się jakieś drzwi, których nie zauważyłem, i wychodzi kilka osób. Chorąży i paru sierżantów. Licząc strażnika, który stoi obok – przewaga ilościowa znaczna. Żadnych komentarzy. To, co dla mnie jest szokiem – oni mają kilka razy dziennie.
Idę między nimi do kraty zamykanej od strony więzienia. Otwierają i wchodzę na dziedziniec więzienny. Jasno, bo świecą lampy rtęciowe. Idziemy za chorążym do właściwego budynku. Duży, z czerwonej cegły i pewnie bardzo stary. Chorąży idzie przede mną, otwiera drzwi i kraty. Dużo tego, a czujni sierżanci obok mnie.
Ostatnie drzwi są wreszcie otwarte i jestem w więzieniu. Każą mi wejść do malutkiego, pustego pomieszczenia. Wchodzę, drzwi zamykają się z okropnym zgrzytem.
Jestem sam – ciasno, chłodno i robi się strasznie. Na wszystkich ścianach gryzmoły napisów. Setki tego. Odpadający tynk, podłoga wyłożona brudną, plastikową wykładziną. Na wykładzinie wdeptana guma do żucia, pełno piachu i zwyczajnego brudu. Wszystko się lepi.
Trzeba stać i czekać. Więc stoję i czekam.
Po godzinie drzwi się otwierają i wchodzi strażnik, sierżant. Złote, cieniutkie okulary, cieniutkie usteczka. Blady.
„Zdjąć wszystko”. Nie ma krzesła, nie ma wieszaka – więc pytam, gdzie położyć ubranie. „Gdzie pan chce”. Jestem więc „pan” i mam wybór. Podłoga albo podłoga. Wybieram podłogę. Rozbieram się do naga. Sierżantowi sprawia to wyraźną przyjemność. Patrzy, lecz nie komentuje. Stoję przed nim na brudnej podłodze bez majtek, ale w skarpetkach.
„Zdjąć skarpety”. Pytam, na czym mam stanąć, skoro podłoga taka brudna. Zdziwienie. Wyszedł bez słowa, zamykając drzwi na klucz. Stoję i czekam. Po kilkunastu minutach wraca i przynosi czysty ręcznik, żebym na nim stanął. Staję. Przejrzał wszystko dokładnie i każe się ubrać. Garnitur po pobycie na podłodze wyraźnie domaga się czyszczenia – ale kogo to obchodzi?
Wychodzę za strażnikiem na więzienny korytarz i gdzieś idziemy. Więzienie jak z filmu. Wiszące schody i podesty, z każdego miejsca widać wszystko. Trzy piętra pomyślano tak, że jeden człowiek wystarcza do pilnowania całości.
Pusto. Tylko strażnik i ja. I mnóstwo zamkniętych drzwi. Idę z nim do magazynu. Dostaję tam dwa koce i pościel, a także zielone plastikowe sztućce, kubek, talerz i miskę. Wracamy na oddział i strażnik otwiera jakieś drzwi.
Wejść. Wchodzę i jestem w maleńkim, pustym pomieszczeniu. Żarówka, metalowa prycza, kulawy taboret, połamany stolik, brudna umywalka, brudna toaleta, brudne ściany i jakieś kable wystające ze ściany.
„Apel o szóstej rano” – mówi sierżant i wychodzi.
13 listopada 2002, piątek
Mam 54 lata życia za sobą. Bardzo barwnego, ciekawego życia. Mając jedenaście lat, zacząłem kierować ludźmi i podejmować decyzje za nich, z myślą o nich. Długo to trwało. Dzisiaj jestem sam i tak chyba zostanie do końca mojego życia.
Jestem w więzieniu za czyn, którego nie popełniłem.
Moje życie rodzinne i zawodowe należy uznać za zakończone. Pozostały mi wspomnienia, doświadczenia i umiejętność wyciągania wniosków. Zawsze też lubiłem czytać książki, a niektóre z nich czytałem po kilkanaście razy. Szukałem w nich odpowiedzi na pytania, które mnie nurtowały.
Książki opisywały różne zdarzenia i różnych ludzi, ale wbrew pozorom życie ludzi nie jest tak różne, jakby sobie tego życzyli indywidualiści. Większość zdarzeń jest powtarzalna. Przeważnie tylko szczegóły są inne. Czasem innych szczegółów jest więcej i życie jest ciekawe. W moim przypadku było dużo takich szczegółów. Bardzo dużo.
Na mój temat napisano kilka książek, nakręcono kilkanaście filmów, w których pokazywano moją działalność z różnym, przeważnie mało przychylnym komentarzem. Z ekranu nigdy nie padło moje nazwisko, ale widzowie wiedzieli, o kogo chodzi.
W innych programach i filmach telewizyjnych nazwisko było eksponowane szczególnie mocno. Żadnych niedomówień. Zadziwiające było to, że w kraju prawie zawsze były to kąśliwe oceny, a za granicą nie było cienia zjadliwości, a wręcz szacunek.
Napisano też wiele artykułów na mój temat. Nigdy nie prostowałem sądów o mnie. Nawet tych najbardziej nieprawdziwych. Ludzie zawsze wiedzą lepiej.
To, co opisuję, to mój i tylko mój punkt widzenia.
Opinie
Nie ma jeszcze żadnych recenzji