WYŚCIG NA OKRĘCIE “BEAGLE”. Eseje o nauce i uczonych

45,00 

Na stanie

Opis

„Książka jest znakomita, arcymądra, doskonale napisana i świetnie wydana”.

Ryszard Kapuściński

 

Wyścig na okręcie Beagle. to książka niecodzienna. Autor – botanik, ekolog – porusza w niej fundamentalne dla każdego uczonego zagadnienia: komu i czemu służą badania naukowe, dlaczego życiem naukowca rządzą pasja, wytrwałość i niegasnące zainteresowania; dlaczego niektórzy przedstawiciele nauki ulegają pokusie władzy, sławy i pieniądza. Tropi i ujawnia różne rozpowszechnione zjawiska, które towarzyszą uprawianiu nauki niezależnie od dyscypliny naukowej i kraju. Ironizuje na temat przywar i słabostek, od których także ludzie nauki nie są wolni. Wyraża sprzeciw wobec prób zawładnięcia nauką przez biurokrację i obniżania jej rangi w społeczeństwie. Oprócz krytyki zjawisk negatywnych Autor stara się pokazać także pozytywny dla jednostki sens uprawiania nauki. Broni prawa do wyrażania wątpliwości i apeluje o uczciwość we współzawodnictwie.

Wprowadzeniem w materię książki jest tytułowy esej. Nawiązuje do niego grafika na okładce. Na pokładzie okrętu „Beagle” Karol Darwin rozpoczął w roku 1832 swoją podróż, która zaowocowała sformułowaniem teorii ewolucji i rozwojem nowoczesnego przyrodoznawstwa.

Książkę warto polecić zarówno doświadczonym uczonym, jak i początkującym pracownikom naukowym i studentom, a także zwykłym czytelnikom spoza środowiska naukowego. Pierwszym, aby spróbowali spojrzeć z dystansem na swoją własną działalność, drugim – zwłaszcza marzącym o odniesieniu sukcesu w nauce, by znaleźli inspirację do poszukiwania własnej drogi, a czytelnikom, którzy nauką osobiście się nie zajmują – ponieważ znajdą w niej pobudzający do refleksji, świetnie literacko przedstawiony i nie pozbawiony humoru opis mechanizmów zachowań ludzkich.

Janusz Bogdan Faliński — Wielkopolanin (ur. w 1934 r. w Rakoniewicach koło Wolsztyna), absolwent Uniwersytetu Łódzkiego, jest profesorem na Uniwersytecie Warszawskim. Swoje życie i działalność naukową związał z Puszczą Białowieską, rozbudowując, od 1959 roku, Białowieską Stację Geobotaniczną. Interesuje się dynamiką roślinności i oddziaływaniem człowieka na szatę roślinną. W Puszczy Białowieskiej realizuje nieprzerwanie przez prawie pół wieku oryginalny program długoterminowych badań ekologicznych, zapraszając do współpracy uczonych z wielu ośrodków krajowych i zagranicznych. Prowadzi też badania we Włoszech i na Syberii.

Jest autorem m.in. podręcznika akademickiego „Kartografia geobotaniczna”, licznych monografii naukowych, atlasów, map, artykułów i książek popularnonaukowych, założycielem czasopisma naukowego „Phytocoenosis” (wydawanego od 1972 r.) oraz redaktorem podręczniczego warsztatownika (od 2000 r.) „Vademecum Geobotanicum”. Swoje przemyślenia na temat problemów nurtujących środowisko naukowe publikował wielokrotnie w formie esejów, z których kolekcja oferowana jest po raz pierwszy w wydaniu książkowym.


SPIS TREŚCI

  1. Wyścig na okręcie „Beagle”
  2. Zapatrzenie w kwiatek, czyli opisanie Przyjaciela w pięciu twierdzeniach z komentarzem
  3. Ekolog w roli eksperta, czyli traktat o kompetencji, odwadze i odpowiedzialności
  4. Logo­rea z kluczem do oznaczania dyskutantów
  5. W poszukiwaniu straconego czasu
  6. Bibliografia dzieł zamierzonych, czyli prośba o drugie życie
  7. Ruchem Browna… po gwałcie i wyczekiwaniu
  8. Ekologia popularna sposobem nienaukowym przedstawiona
  9. Szczęśliwi wyrobnicy przy wysiadywaniu cudzych jaj
  10. Jak zrecenzować nie napisaną książkę
  11. Pochwała zielnika
  12. Po­etyka zwycięstwa
  13. Uczeni niedouczeni w peregrynacji po naukę
  14. Traktat o zdrowym rozsądku i tolerancji
  15. Wyprawa z zielonego lasu do papierowej dżungli
  16. Jak zostać sławnym pustelnikiem
  17. Do drzew trzeba dorosnąć
  18. Podróżowanie dla towarzystwa
  19. Wzór do naśladowania, czyli rozrachunki jubileuszowe
  20. Niecierpliwość entuzjasty
  21. Faust wiecznie żywy
  22. Zabawy umysłowe i udręki literackie
  23. Zbezczeszczenie murawy
  24. Jak i kiedy najlepiej pisać o sobie
  25. Dzielenie się pięknem
  26. Safari na ośle
  27. Między duchem a materią
  28. Dialogi nie dokończone albo l’esprit d’escalier
  29. Świat według Zorby
  30. Odmowa jako sztuka wyboru albo traktat przeciw wszechdobylstwu
  31. Sen o potędze
  32. Rozważania mola książkowego nad przydatnością wielokropka
  33. Być rośliną! Być botanikiem!
  34. Strach przed bumerangiem albo kronika zmiany przyzwyczajeń
  35. Rzeczpospolita nie potrzebuje uczonych, więc profesor antyszambruje
  36. Scenografia szarego tła
  37. O myśli ulotnej i nieuniknionej męce pisania

Posłowie

 

WYŚCIG NA OKRĘCIE „BEAGLE”

„…Jednak zbyt głęboką radość sprawiła mi podróż, ażebym nie polecał każdemu przyrodnikowi, choć nie może oczekiwać, że będzie miał takie szczęście w doborze towarzyszy, jakie ja miałem, by usiąść zaryzykować i puścić się w podróż lądem, jeśli to możliwe, a jeśli nie – w tę daleką podróż morską. Mogę go zapewnić, że nie napotka, nawet w przybliżeniu, trudności i niebezpieczeństw tak poważnych, jakich będzie się spodziewał, wyłączywszy rzadkie wyjątki. Pod względem moralnym podróż powinna go nauczyć pogody, cierpliwości i wyzbycia się egoizmu; powinna umieć dbać sam o siebie i być zadowolony w każdej sytuacji. Krótko mówiąc, powinien nabrać zalet właściwych większości marynarzy. Podróże powinny go też nauczyć, by nie ufał zbytnio każdemu, z drugiej strony przekonać się zarazem, jak wielu jest życzliwych ludzi, gotowych do okazania mu jak najbardziej bezinteresownej pomocy, chociaż nigdy przedtem z nimi się nie stykał ani ich nigdy więcej nie ujrzy.”

Karol Darwin, „Podróż na okręcie Beagle”
Tłum. Kazimierz Sarski

Wiek tuż po pięćdziesiątce to podobno najwyższa pora, by po raz ostatni zmienić swoje zainteresowania życiowe, by poddać próbie swoje zasady, by naprawić błędy młodości lub wreszcie poznać od nowa swoje możliwości. Nasz umysł pracuje jeszcze sprawnie, a ciało nie odmawia posłuszeństwa, więc wszelka zmiana wydaje się możliwa. Łatwo też zresztą w myśli o inwersję wieku: mamy na przykład 52 lata, zamykamy oczy i próbujemy sobie wyobrazić, że mamy lat 25. Tylko bardziej dziarscy mogą się na ten krok zdecydować dziesięć lat później. Można więc wybrać całkowicie nową drogę naukową, można też pokierować życiem według któregoś ze znanych wzorców gwarantujących pełny sukces. Po zastanowieniu decydujemy się na naśladownictwo Darwina, bo któż w biologii nie chciałby być Darwinem. Ale oczywiście pragniemy, aby nasze życie biegło szybciej, z mniejszym wysiłkiem, a sukcesy i sława były nie mniejsze niż w przypadku Darwińskiej biografii.

Zaczynamy oczywiście od podróży na okręcie „Beagle”. Właśnie przed 160 laty wyprawa była w toku, a Darwin zbliżał się do Archipelagu Galapagos, najważniejszego dla niego – jak się później okazało – obiektu badawczego tej podróży. Chociaż w moją podróż udaję się, będąc o 4 lata starszy niż Darwin, to i tak swoje zdołam osiągnąć.

Właściwą podróż przygotowuję lepiej niż Darwin. Zaoszczędzi się czas na podróży, bo któż, świadom swojej misji, będzie marnotrawił pięć lat na morzu. Wezmę ze sobą najnowsze komputery i laboratoria, bibliotekę, liczny sztab pomocników, którzy gorliwie będą ze mną współpracowali.

W moich późniejszych wspomnieniach, mówiąc o narodzinach idei naukowej, zręcznie pominę rolę kapitana Fitzroya i protektora, prof. Henslowa. Któż zresztą o nich dziś pamięta. Tylko Lyella nie opłaca się pomijać. Najlepiej gdy napiszę, że na Galapagos i w inne ważne miejsca na Ziemi wybrałem się z dobrze przygotowanym planem i hipotezą wymagającą jedynie potwierdzenia.

Po wyprawie, w dalszej pracy uprości się też znacznie korespondencję: jeśli chodzi o formę, treść i sposób jej przekazywania. Skończy się z prawieniem duserów pod adresem hodowców, rolników, myśliwych, podróżników. Postawi się sprawę jasno: kto chce dostarczać nam informacje, powinien tego dokonać sprawnie i szybko. Najlepiej, jeśli będą to zwięzłe odpowiedzi na nasze pytania przekazywane faksem lub pocztą elektroniczną. Odpowiednio przygotowane sekretarki będą je segregować, wybierać najważniejsze dla mnie dane i potwierdzać na specjalnych drukach wedle najlepszych amerykańskich wzorów. Zresztą do wszystkiego dochodzimy sami, bo przyjmujemy, że jesteśmy najlepsi. Nie będzie się powtarzać obserwacji i eksperymentów Darwina, tylko lepiej zinterpretuje się ich wyniki. Przecież minęło już ponad półtora wieku od podróży na „Beagle” i późniejszej mozolnej pracy.

W podróż wybieram się oczywiście z Plymouth, a nie z Gdańska lub Szczecina. To przecież wstęp do sukcesu. Po podróży zmieniam także styl życia. Nie będę tkwił w jakimś Down… Będę obecny wszędzie tam, gdzie dzieje się lub mówi coś ważnego, gdzie spotykają się ważne osobistości. Do Down będę jeździł na weekendy, by pokazywać znajomym i dziennikarzom, jak to gnuśne życie prowadził mój pierwowzór. Odtąd świadomie używam zaimków osobowych „ja” i „my”. Koniec z formami bezosobowymi!

A więc zaczynam swój wyścig z czasem, z kolegami, z samym sobą! Dobry pomysł już mam. Podstawą przyszłych sukcesów są: sprawny przebieg studiów, kontakty z wybitnymi uczonymi, dobra znajomość trzech języków obcych. Uczę się także chińskiego, bo chcę się wyróżnić. Bardzo dobra opinia i warunki zewnętrzne – oto moje dodatkowe atuty w tym wyścigu. Reszta też właściwie należy do mnie. Jeszcze się nie ożeniłem, ale już wiem, kto będzie moją żoną. To ta kobieta, która zręcznie podtrzymuje we mnie wiarę w moje możliwości i chętnie mówi o nadzwyczajnej misji, którą mam do spełnienia. To nic, że z powodu jej ograniczenia popadam niekiedy w moim środowisku w chwilowe zakłopotanie. W razie potrzeby dokonam zmiany na stanowisku żony. Tymczasem jest mi niezbędna i wokół mówi się, że oboje się kochamy. Zresztą to córka mojego protektora.

A więc podejmuję wyzwanie! Początek bardzo udany. Wszyscy chwalą dobry pomysł i sposób przeprowadzenia badań, zachwycają się sposobem dowodzenia i wynikami. Wreszcie najważniejsza chwila w życiu przyszłego uczonego: publiczna obrona rozprawy doktorskiej. Niby wszystko bardzo dobrze, ale w recenzji znalazły się jakieś drobne zarzuty, które wróg mojego promotora wyolbrzymiał. Zaczęła się krytyka, którą zniosłem bardzo źle. Czy oni nie rozumieją, że moje pokolenie nie nawykło do krytyki, że my źle znosimy brak afirmacji! Pomyślałem pierwszy raz, że gdyby to ode mnie zależało, to zabroniłbym takiej formy niszczenia młodych, dobrze zapowiadających się uczonych. Życzliwi mówią mi, że świetnie się broniłem, ale ja byłem przygotowany na bezdyskusyjny sukces.

Mówi się o mnie dobrze, ale jakby z pewnym zastrzeżeniem. Postanawiam nie zwracać na to uwagi. Wspinam się wyżej, zwłaszcza że nie mam godnych przeciwników. Wokół życie toczy się niemrawo. Współpracownicy to nieudacznicy, moi koledzy to niezguły, niemrawcy i niedojdy. Lubię tempo!

Czasem jednak nęka mnie obawa połączona z zazdrością. Nikomu oczywiście o tym nie mówię. Jeśli czegoś zazdroszczę Darwinowi, to tylko tego, że nie musiał deklarować się jako darwinista. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że mój opiekun też zazdrości mi wszystkiego. Wokół odczuwam się niechęć. Kto ją podsyca? Dotąd żona, zachęcając mnie do wysiłku, nie przebierała w środkach, teraz coraz częściej żali się, że ją zaniedbuję. Ale ja pamiętam o moich celach! Po drodze z nieśmiałkiem pozbywam się konkurentów.

Wreszcie dzieło mojego życia, tak jak je sobie zamierzyłem, jest gotowe. Tworzyłem je z przekonaniem, że dorówna przynajmniej dziełu Darwina, jeśli go nie przewyższy. A tu nagonka! Niektórzy mówią, że zorganizował ją mój niedawny protektor. Najważniejsze zarzuty głoszą, że dzieło napisane jest pospiesznie, że materiały zebrano i opracowano niedbale, że założenia i wyniki są wtórne. Jakiś domorosły specjalista od modelowania twierdzi, że słabo znam zasady analizy systemowej, że moje modele są prymitywne, że mój poprzednik wyraził to wprawdzie słowami, ale w sposób znacznie doskonalszy i bardziej przekonywający. Sam zaczynam wątpić w moje ulubione twierdzenie, że nauka zaczęła się dopiero od komputera. Przecież wszystkich wokół o tym przekonywałem.

I jak tu być nowatorem, jeśli byle kto stawia ci zarzuty i inni go w tym podtrzymują, machając ci przed nosem swoimi modelami! Wokół nieżyczliwość, ktoś odrzucił mój projekt badawczy. A przecież chciałem jak najlepiej dla nauki. Kiedy oni to wreszcie zrozumieją? Ale nie zrezygnuję z mojej misji! Zmieniam więc współpracowników, reorganizuję pracownię, szukam nowych kontaktów. Z zagranicy przyszła wiadomość o odwołaniu moich wykładów. Rozpada się mój zespół interdyscyplinarny. Ale pozostała szkoła letnia i zlecone wykłady w kraju. Oczekuję ważnej wizyty. Rozbudowuję zakład. Jeszcze im pokażę, co potrafię. Czy nie ma legalnego sposobu na moich przeciwników?

Drażą mnie nieliczni już pochlebcy. Żona mówi, że już się skończyłem, teść: że jestem zbyt zarozumiały i zbyt pewny siebie, że zatraciłem krytycyzm, którego nigdy zbyt wiele nie miałem. Drań! Któż by nie był pewny siebie, gdyby tak jak ja był przekonany o swoich zdolnościach i roli, jaką ma do spełnienia w nauce.

Rozwodzę się z żoną i teściem-protektorem. Żenię się pośpiesznie, bo nie znoszę samotności. Obmyślam, jak przebudować „Beagle” na łódź podwodną, by nie patrzeć na kolegów. Walka o zachowanie zdobytej pozycji tak mnie pochłania, że zdążyłem zapomnieć o tym, co mnie najbardziej w nauce interesuje. Już nie wiem, co chciałbym zbadać! Dużo czytam, ale najchętniej swoje prace. Lekturą kończę się zwykle podziwem.

Kto ponosi winę, że wybrałem taki niepewny kierunek badań? Kto podsunął mi takich okropnych współpracowników? Dlaczego komuś takiemu jak ja ciągle podstawia się nogę? Dlaczego nie bierze się ze mnie wzoru, chociaż… może ten nowy asystent…

Już się otrząsnąłem. Idę dalej! Mam pomysł, który może nie jest mój, bo któż dzisiaj wie, co sam wymyślił, a co skojarzył, słuchając kolegi-niezguły. Teraz dopiero pokażę, na co mnie stać!

Och, gdybym mógł jeszcze raz zacząć od początku! „Beagle” tonie! Ratuj się, kto może!

Żona biegnie z sąsiedniego pokoju, budzi mnie gwałtownie, nalegając, bym zaniechał pomstowania na nieżyczliwych kolegów i niewdzięczną naukę!

ZAPATRZENIE W KWIATEK, CZYLI OPISANIE PRZYJACIELA W PIĘCIU TWIERDZENIACH Z KOMENTARZEM

Kwiat przywodził mu zaraz na pamięć myśl lotną lub delikatne uczucie. U stóp starego dębu lub w głębi groty odnajdywał tok jasnego i mocnego rozumowania, wznak myśl, głęboką uwagę.
Denis Diderot, „Przechadzka sceptyka albo Aleje”
Tłum. Julian Rogoziński i Julia Hartwig

Jednostronna znajomość między mną a wami rozwija się nie najgorzej. Wiem co listek, co płatek, kłos, szyszka, łodyga, i co z wami dzieje się w kwietniu, a co w grudniu. Chociaż moja ciekawość jest bez wzajemności, nad niektórymi schylam się specjalnie, a ku niektórym z was zadzieram głowę. Macie u mnie imiona: klon, łopian, przylaszczka, wrzos, jałowiec, jemioła, niezapominajka, a ja u was żadnego.
Rozmowa z wami konieczna jest i niemożliwa.
Wisława Szymborska, „Milczenie roślin”

Jeden z przyjaciół Darwina zapytał kiedyś ogrodnika, co sądzi o swoim gospodarzu. – Kochany, dobry człowiek – odrzekł zapytany. – Szkoda tylko, że nie ma nic do roboty. Traci czas na spacerach po ogrodzie i czasami przez kwadrans lub dłużej przypatruje się jednemu kwiatkowi.
Wacław Gołembowicz, „Ogrodnik o Darwinie”

Twierdzenie pierwsze, w którym ujawnia się podobieństwo mojego Przyjaciela do Darwina i Poety

Twierdzę, że mój Przyjaciel bardzo przypomina Darwina. Od pierwszej rozmowy, przez wszystkie następne lata podczas wielu spotkań, spacerów i wycieczek naukowych, mój Przyjaciel pochyla się nad rośliną, pochyla się dosłownie, ale nie po to, by ją zerwać i powąchać, lecz aby się nad nią zastanowić.

W tym akcie zbliżenia zadaje pytania sobie i nam, których próbuje zainteresować często niepozorną rośliną. Odnoszę wrażenie, że sobie znanym sposobem stawia też pytania owej napotkanej roślinie. Przyjaciel daje tym sposobem wyraz szczeremu zainteresowaniu otaczającym go światem, którego najpiękniejszą część jest przedmiotem jego pasji i badań. Owe pochylenie nad kwiatem, próba dialogu, ma w sobie coś stałego, chociaż każdorazowo zdaje się być inne. Ileż to roślin w lasach, na łąkach, w murawach, u brzegu rzek, na przydrożach polskich i obcych spotkało się z atencją mojego Przyjaciela.

W tej atencji dla przyrody przypomina On poetę, może swojego mistrza, może Fausta, najbardziej jednak Darwina.

Zastanawiałem się niejednokrotnie, ile w owym pochyleniu jest mistyki, a ile poezji. Dziś powiedziałbym, że jest to poetycka i naukowa przygoda równocześnie i jako taka powtarza się wielokrotnie. Najbardziej cenne są te, które zdarzają się w samotności, aż po długotrwałym wysiłku, któraś z nich w duszy i umyśle jednego przemienia się w raport poetycki, w duszy i myśli drugiego – w raport naukowy.

Do jednego i drugiego trzeba skrupulatnie zbierać obserwacje i przemyślenia, weryfikować je sposobami właściwymi sztuce bądź nauce, trzeba zadawać pytania i mozolnie poszukiwać odpowiedzi. W końcu rezultaty owej długotrwałej, zwykle w samotności wykonanej pracy zamknąć należy najmniejszą liczbą słów. Słowa i wyrażenia powinny być przy tym trafnie dobrane, na tyle jednoznaczne, by pozwoliły zrozumieć zamysł i doświadczenie autora (poety lub badacza), i na tyle wieloznaczne, aby pobudzały wyobraźnię czytelnika i skłaniały go do zadawania już sobie kolejnych pytań.

Jeśli nie dzieje się to za sprawą poetyckiego lub naukowego raportu z obserwacji i przemyśleń, dowodzić może, że spóźniliśmy się z naszym raportem o dwa wieki albo wyprzedziliśmy swój czas, lub wreszcie, że nasze doświadczenia przeprowadziliśmy niedbale, przemyśleliśmy powierzchownie i niedbale też sporządziliśmy z nich raport poetycki lub naukowy, lub że… po prostu zabrakło nam ku temu właściwego talentu.

Za pierwsze i trzecie możemy winić tylko siebie, swoją niezdolność do skupienia, swoją nieumiejętność wykorzystania czasu, który jest nam dany, swoją bezradność wobec konieczności nieustannych wyborów.

Niezadowolenie i zawód z tak wykonanej pracy pozostaną też na zawsze naszym niezadowoleniem i naszym zawodem. Inaczej może być tylko wtedy, gdy wyprzedziliśmy swój czas. Pozostaje żywić nadzieję, że kiedyś znajdzie się odkrywca owoców naszego trudu. Wszak w naukach zajmujących się przeszłością jest specjalność, która daje podstawy rozpoznawania zagrzebanych niegdyś w ziemi owoców i innych szczątków materialnych i ich wykorzystania jako źródła informacji do historii roślinności i środowiska. Nazywa się ta specjalność tafografią. Ubolewać wypada, że do pola zainteresowań tafografii nie należy odgrzebywanie i ożywianie przedwczesnych a zapomnianych odkryć poetyckich i naukowych, owoców osobistych doświadczeń.

Twierdzenie drugie, w którym mój Przyjaciel okazuje się być perypatetykiem i badaczem niezależnym

Twierdzę, że mój Przyjaciel jest perypatetykiem, wszak najwięcej pytań zadaje w drodze, najchętniej też w drodze dzieli się swymi przemyśleniami i zamierzeniami. Tym sposobem jeden wniosek odrzuca, w innych się utwierdza, do innych po jakimś czasie powraca. Każdorazowo czyni to w innym miejscu i w innym czasie.

To nic, że nie wszystkie ze swoich oryginalnych zamierzeń wcielił w czyn lub że niektóre okazały się wtórne lub banalne. Wszak dzieli się z nami tym, co ma najlepszego, pobudza nasze zainteresowania i ułatwia wytrwanie w już podjętych pracach. Pomaga też rozstać się z zamierzeniami błahymi. Będąc entuzjastą, nie przestaje być wytrwałym sceptykiem.

Zapraszamy na nasz kanał na YouTube.

Informacje dodatkowe

Waga 270 g
Autor

Janusz Bogdan Faliński

Strony

255

Rok wydania

2004

EAN: 8387133353

Opinie

Nie ma jeszcze żadnych recenzji

Tylko zalogowani klienci, którzy kupili ten produkt mogą napisać opinię.

Wydawnictwo Sorus,
DM Sorus sp. z o.o.,
Bóżnicza 15/6,
60-643 Poznań,
Poland,
sorus@sorus.pl,
tel. +48 61 653 01 43

Wydawnictwo Sorus
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.