Opis
Trzydziestoletni pracownik korporacji, wykończony nieustanną szermierką z kalendarzem i osaczającym go ze wszystkich stron bezsensem codzienności, postanawia udać się w samotną podróż na Saharę, znanej mu jedynie z telewizyjnych programów podróżniczych. Decydując się na wyprawę do Republiki Czadu, nie wie, że podróż zmusi go do konfrontacji z przeszłością, własnymi lękami i złudzeniami. Szukając odpowiedzi na pytania o sens bytu i znaczenie czasu, odnajdzie on znacznie więcej, ponieważ wyprawa w głąb Czarnego Lądu jest tak naprawdę podróżą w głąb samego siebie. Pełną pułapek, splotów pozornie przypadkowych zdarzeń i nieprzewidywalnych zwrotów akcji.
Akcja zaczyna się szeregiem niefortunnych zdarzeń. Turbulencje. Trzy podejścia do lądowania w Trypolisie, kosztowne problemy z wizą. Najgorsza niespodzianka czeka bohatera jednak tuż przed upragnionym odpoczynkiem w hotelu — wściekła za jego nagłą dezercję i liczne romanse żona, wypłaca z konta wszystkie pieniądze. Od tej chwili musi przeżyć za osiemdziesiąt dolarów, które pozostały mu w kieszeni.
„Jestem sam, bez telefonu, pieniędzy, domu, żony, bez szóstego piętra szklanego biurowca, bez kolegów, koleżanek, dziwek, samochodu, supermarketu, przystanku, autobusu. Jestem sam z własnej i nieprzymuszonej woli. Nikt, oprócz mnie samego, nie kazał mi stamtąd uciekać.”
Książka otrzymała nagrodę główną w kategorii książka reportażowa w konkursie “Najlepsze publikacje turystyczne 2016 roku”
Więcej o konkursie tutaj.
Pusta autostrada – droga na lotnisko. Pewnie na bocznym pasie czeka już samolot, który ma amputować moją podróż, słowem – skrócić ją, tak abym myślał, że będąc gdzieś prędzej, wydłużam swoje życie. Pusta autostrada. Bezpiecznie, gładko, przejrzyście. Obrotomierz ponagla szybkościomierz. Ciemne okulary trzymają słońce w dystansie, a radio płynie na falach płaskich jak szosa poniżej.
Z dojazdowej wypada nagle czerwona toyota. Pod prąd! Na przekór, by natychmiast rozwalić wygodną logikę zdarzeń. Odruch. Hamulec. Pisk opon, swąd palonej gumy. Źrenice szerokie jak nigdy. Ściśnięta kierownica wyje z bólu klaksonem.
Do prawej, kurwa! Szybko, do prawej. Szybciej niż samolot…
Udało się?! Życie, bycie, zabicie, zabił cię? – Jestem! Żyję! Pot, nie krew, spływa po kierownicy. I co dalej? Zabić, zmielić, połamać nogi, bić długo bez wytchnienia, połamać nos i szczękę, samochód spalić i jego w nim… na żywca.
Spokojnie, spokojnie. Oddech wraca do normy – ludzka bestia wraca do kojca, a krew w żyłach na znowu pustą autostradę. Dwa pasy w jedną, dwa pasy w drugą i niech już tak zostanie – bezpiecznie, gładko i przejrzyście. Jestem człowiekiem. Będę człowiekiem. Nie jestem bestią.
Hala lotniska, poczekalnia. Dziesiątki ponumerowanych korytarzy oferuje bezbolesną przeprawę na drugą stronę lustra. Nade mną świetlista aureola LCD. Na niej pod hasłem DEPARTURES migają DESTINATIONS.
Wszędzie tłok, w każdym zakątku hali i poczekalni – bagaże. Te większe już nie są z nami. Dwadzieścia kilo wnętrzności naszych szaf przed chwilą pochłonęły gardła samolotów. Nas też pochłoną i wtedy będziemy w komplecie. Ale jeszcze nie teraz, jeszcze nie czas.
Siadam w miejscu schadzek bieżących, chwilowych wspólnot – w restauracji. Jak kiedyś krzyż i Chrystus, tak dzisiaj adoracji żąda zawieszony wysoko na ścianie świetlisty prostokąt. Kimkolwiek jesteś i z czymkolwiek tu przychodzisz, zajrzysz w me świetliste oko. A co w nim? Kolejny finał ligi mistrzów: Dortmund – Bayern czy raczej Chelsea – Bayern. Gdyby nie sabtajtle pod spodem, nikt do końca nie byłby pewny, kto z kim. Co roku podobny układ: Barcelona – Manchester, potem przerywnik: Inter Mediolan – Bayern i znowu Barcelona – Manchester. Co roku podobne wyniki, co roku te same nazwiska, tylko aureole większe, świetlistsze, bardziej dbające o linię.
Odwracam się. Z tej strony też plazma. Ta z kolei kokietuje formułą jeden. Szybkość ujęć i mnogość kamer ma oddać zawrotną prędkość trzystu kilometrów na godzinę. 300 km/h!!! Bolid – lekkie węglowe włókno na czterech okrągłych gumach, a wewnątrz tego włókna kto? Mieszanka refleksu i adrenaliny plus dusza, ale ona się nie liczy, bo dusza nic nie waży. Gdyby tak bolid nic nie ważył – marzenie konstruktorów – to i dusza nabrałaby wartości. Co na to Ziemia, która dyma dzień za dniem po orbicie Słońca z szybkością stu siedmiu tysięcy kilometrów na godzinę?
Z formułą podobnie jak z futbolem, gdyby nie sabtajtle, nikt nie wiedziałby kto z kim, za kim, przed kim, po kim i w ogóle dlaczego, po co i w imię czego. Nie czego, a kogo – w imię kogo. Jestem rozdarty między dwiema aureolami. Wkurwiony, bo nie mogę się skupić na żadnej. Obok mnie stolik. Przy nim matka i córka, ojciec i córka. Ojciec i córka w hipnozie futbolu. Córka i matka w transie formuły. Ich wspólny mianownik to cztery butelki koli. Stolik nie mówi – milczy. Wnikam w to milczenie, odrywam się od tu i teraz, a pamięć zanurza łapy w pulsujących trzewiach świeżej, jeszcze parującej przeszłości.
Wczesny poranek kilka tygodni wcześniej. Łóżko błogie niczym letnie kłębiaste chmury, ale zegarek naprzeciwko to tykająca bomba pośpiechu. Wstaję i patrzę przez okno na nieruchomą zaokienną przestrzeń. Grymas niezadowolenia mam na gębie – bo twarz wyciągam tylko na wyjątkowe okazje. Pamięć próbuje zatuszować nastrój, wyciągając bolyłudzki szlagier „Czasem słońce, czasem deszcz”, lecz ja, Polak, widzę jedno – „Ciągle chmury, czasem deszcz”.
Gapię się w okno. Chmury. Taka Francuzka, dajmy na to, patrzy na te chmury i w tym swoim naiwnym myśleniu wypatruje czego? Słońca wypatruje. A ja, Polak, w tym dostojnym, słowiańskim na gębie obrzydzeniu, już nie widzę chmur, ja oczami wyobraźni widzę ulewę, powódź, zerwane mosty i nagle światełko w tunelu, ale to się nie liczy, to tylko dziewczynka z zapałkami. Co wtedy ja, Polak, myślę sobie, patrząc na te chmury? – ALE SYF.
Gorzej, gdy zamiast chmur niespodziewanie za oknem pojawi się słońce. Huuuu, całe szczęście, że to tylko kilka dni w roku. Co myślę wtedy ja, Polak – ALE SYF. Ta Francuzka bezmyślnie myśli o wakacjach. Ja, Polak, po dwóch dniach tych powalających trzydziestostopniowych upałów desperacko szukam cienia, przeklinam to „coś” rozżarzone u góry. Zewsząd dobiega: „O Jezu, co za upał”, z lewej – „Nie ma czym oddychać”, zza pleców – „Kiedy to się wreszcie skończy?”. Cały kraj przeklina słońce i co? I to działa! Słońce, jak słonice, woli być w Afryce czy innej Mongolii. Jak widać, moc jest z nami – żywioły nas słuchają.
Zwieracz budzika nagle popuszcza. „Do roboty!” – wyje alarmem. Co myślę ja, Polak? – „Wreszcie! Wszędzie źle, ale w domu najgorzej”. Trasa do pracy średnio zajmuje mi około godziny. W radiu mówią, że ludzki umysł rejestruje w ciągu godziny około tysiąca zdarzeń, czyli po przybyciu na miejsce powinienem mieć tematów do rozmów nie na godzinę, ale na cały dzień.
Chcę wychodzić z mieszkania, ale… nie wychodzę. Dlaczego? Na zewnątrz słyszę jakieś zamieszanie. Profilaktycznie łypię przez wizjer, a tam ci spod trójki wyprzedzili mnie i bezczelnie do windy cisną. A tu mój zegarek, kwarcem karmiony, bezlitośnie pogania. Przebieram nogami szarpany dylematem – co, z nimi jedną windą? Mieszkam tu dopiero pięć lat.
Wychodzę. W ostatniej chwili wciskam się do windy i metodą na pingwina, czyli ręce przyklejone do boków, okręcam się w miejscu o sto osiemdziesiąt stopni, żeby stać przodem do wyjścia i nikomu w oczy nie patrzeć. Potem ding – wzrok wbijam w jakąś muszą kupę na drzwiach albo metodą poklatkową rejestruję przemijalność pięter.
Wpadam do spożywczaka. Od maleńkości uczyli mnie mówić „Dzień dobry”, ale mnie się bliźni bardziej z blizną kojarzy niż z bliźnim. Wchodzę i walę takim mocnym, stanowczym szeptem „ziomry”, co pierwotnie miało oznaczać „Dzień dobry”.
Tym niewidzącym wzrokiem przelatuję po sklepie, chwytam stałe punkty mojego menu, podbiegam do kasy, a tu znowu pech – oni stoją. Pięć osób mnie wyprzedziło. Staję w kolejce. Mija piętnaście sekund. „Czy ktoś tu pracuje?!”.
Wszyscy wbijamy wzrok w ekspedientkę. Przebieram nogami, wzdycham, sapię. Laser ślizga się po kodach i nie pika. „Ludziom się spieszy!”. W końcu jestem przy kasie. Patrzę z góry. Hierarchia ustalona.
Wychodzę. „Do widzenia” nie mówię.
Na przystanku święta kontemplacja. Wszyscy w skupieniu patrzą w chodnik. Ja patrzę w przestrzeń, a myśli wyprzedzają rzeczywistość. Zaległe sprawy rosną jak stos. Głowa cięższa. Wzrok opada. Podjeżdża autobus.
Wsiadający oblepiają drzwi jak pszczoły ul. My jednak przy okazji wsiadania przerabiamy bitwę pod Wiedniem. Nacieramy na wysiadających jak husaria na Turków. Logika? Nieważna. Najazd się udał.
W autobusie sto pięćdziesiąt osób i cmentarna cisza. Chciałbym powiedzieć „przepraszam, czy mogę przejść”, ale śluby milczenia trzymają. Wysiadam. Podbieg-chód. Zielone miga, za sekundę czerwone, ale ja, „born to be win” – urodzony by zwyciężać – nie odpuszczam. Przebiegam. Jakiś klakson… małe zwycięstwo, a cieszy!
Odwracam się. Przypadkowe skrzyżowanie spojrzeń – flaszbek. Jakiś stary znajomy. Tylko nie to, może nie poznał, ale nie, nic z tego – on już się uśmiecha – gębę cieszy. Ostentacyjnie zerkam na zegarek, a on: „Kopę lat…”. Stoję wychylony do przodu jak w bloku startowym, ale on jak ta ekspedientka, też nic nie czyta, żadnych kodów mowy ciała. Mało tego, nie zdradza w swojej mowie ciała najmniejszego pośpiechu. W takich niefortunnych przypadkach stosuję dobrze wypracowaną metodę na tak zwane „zerwane sprzęgło” albo na „przyklejoną stopę”, czyli jedna noga robi dynamiczny wykrok, a druga niby jest przyklejona do podłoża, niby się od niego odrywa. Pytam kurtuazyjnie, ale właściwie bardziej stwierdzam niż pytam: „Jak zdrowie?”. On mi coś o jakiejś białaczce, chemioterapii, lecz ja konsekwentny w treningu podbieg-choda krzyczę, będąc już w pewnym oddaleniu: „No fajnie, będziemy w kontakcie, paaa” i pokazuję cool – gest małego palca i kciuka przyłożonego do ucha, że niby będziemy w taczu.
No i w końcu przecinam linię mety już prawie uśmiechnięty. Prawie, bo uświadamiam sobie, że to nie meta a start. Z oblicza znika już prawie uśmiech, zaś w głowie kwitnie coś na kształt słowa na niedzielę, wyśpiewanego sakralnym, wykastrowanym falsetem kleryka: „Ale syf”. W momencie gdy wieszam płaszcz, zza pleców dobiega mnie to jakże nieprzewidywalne: „Co słychać?”. W głowie pojawia się poranna, radiowa wiadomość o tysiącu zdarzeń w godzinę i już prawie łapię się na tym, że coś przeoczyłem, że coś mnie ominęło, gdy wtem uświadamiam sobie, że ta godzina minęła w minutę i dlatego niewiele z niej pamiętam.
I tak oto dzień za dniem kserowałem samego siebie, kserowałem identyczność czynności. Ktoś tam sobie ubzdurał, że stworzony zostałem na podobieństwo Boga, ale tak naprawdę, gdyby wypiąć ze mnie czip mglistej świadomości, to czym różniłbym się od opony, akumulatora czy suszarki? Zużywam się podobnie jak produkowane przez naszą firmę kosmetyki, więc może to na ich podobieństwo, a nie na podobieństwo Boga zostałem stworzony?
Opinie
Nie ma jeszcze żadnych recenzji