Opis
Janek nigdy nie słyszał o Internecie ani elektryczności, a mimo to pewnego dnia w tajemniczy sposób przenosi się z XVII wieku prosto do dzisiejszej Warszawy – świata smartfonów, PlayStation i… kart kredytowych. Przyzwyczajony do ciężkiej pracy na roli, bez szans na lepsze jutro, chłopiec zostaje adoptowany przez współczesną rodzinę, która odmienia jego życie. Z pomocą młodszego brata Adama, fana Minecrafta, krok po kroku uczy się zasad XXI wieku.
„Chłopiec, który odkrył przyszłość. Przygody w czasach Minecrafta” to niezwykła opowieść o zderzeniu dwóch epok, dawnych wartości i aktualnych wyzwań. Z tego spotkania rodzi się mnóstwo zabawnych sytuacji oraz wartościowych lekcji dotyczących finansów, technologii i budowania relacji. Wytrwałość i pracowitość pozostają prawdziwą SUPERMOCĄ, dzięki której możemy zmieniać świat.
To pełna przygód i humoru książka, która od pierwszej strony wciąga czytelnika i w przystępny sposób pokazuje:
- jak mądrze korzystać z pieniędzy (żeby starczyło nie tylko na bubble tea, ale też na nowe PlayStation),
- jak rozwijać swoje mocne strony i dobre nawyki (zostawiając trochę czasu na własne sprawy i przyjemności),
- jak budować przyjaźnie i współpracować z innymi (nawet gdy ktoś wysadzi ci domek w Minecrafcie),
- jak doceniać to, co daje współczesny świat (bo w kieszeni nosimy telefon mocniejszy niż komputery, które wysłały ludzi w kosmos).
To wciągająca i wartościowa opowieść, która z lekkością łączy przygodę z nauką. W przystępny, pełen humoru sposób przybliża młodym czytelnikom świat emocji i relacji, pokazując, że nawet trudne tematy można zrozumieć bez wysiłku. Dzięki nawiązaniom do Minecrafta historia staje się im szczególnie bliska i inspiruje do rozmów o dorastaniu w świecie nowych technologii.
mgr Agnieszka Gutowska
nauczycielka edukacji przedszkolnej
i wczesnoszkolnej, kulturoznawczyni
Niewątpliwym atutem tej historii jest przybliżenie zagadnień dotyczących ekonomii – od codziennego zarządzania finansami po szersze procesy rządzące państwem i gospodarką. Rozmowy prowadzone w atmosferze partnerstwa pomagają młodym czytelnikom zrozumieć, czym jest planowanie budżetu oraz podejmować świadome decyzje w sferze mechanizmów rynkowych. To cenna lekcja, która pozwala wspólnie budować lepszy świat.
prof. dr hab. Henryk Mruk
profesor nauk o zarządzaniu
Michał Walendowicz – z wykształcenia ekonomista, na co dzień pracuje w międzynarodowej firmie, gdzie wspólnie z zespołami z siedmiu krajów szuka sprytnych pomysłów na marketing i sprzedaż. Napisał kilka książek o finansach dla dorosłych, ale tę stworzył specjalnie dla swoich synów – Mikołaja i Kacpra. Chciał podarować im historię pełną przygód, humoru i życiowych lekcji, które pomagają lepiej zrozumieć świat i odważnie wejść w dorosłość. Wierzy, że nauka o pieniądzach, relacjach i samorozwoju może być prawdziwą przygodą – zwłaszcza jeśli dodamy do niej podróże w czasie i odrobinę humoru. W wolnym czasie biega, jeździ na rowerze i słucha ciekawych podcastów – najlepiej takich, które uczą i inspirują.
SPIS TREŚCI
- Przedmowa dla rodzica
- Prolog
- Jak to się zaczęło
- Nieosiągalne marzenia
- Równi i równiejsi
- Pieniądze w zegarku
- W życiu pewne są tylko
- Feudalizm w Minecrafcie
- Nie ma darmowych obiadów
- Tato Bank
- Budżet domowy
- Nawyki
- Dylemat konsoli
- Ludzie są różni
- Jak zjednać sobie ludzi
- Zdrowie
- Przedsiębiorczość
- Trzy najważniejsze zasoby w życiu
- Epilog
PRZEDMOWA DLA RODZICA
Cześć! Mam na imię Michał. Mieszkam w Warszawie i na co dzień pracuję w firmie, która pomaga ludziom budować bezpieczną i spokojną przyszłość finansową. Jestem również autorem czterech popularnych książek dla dorosłych. To publikacje poświęcone finansom osobistym i inwestowaniu. Temat ten jest moją pasją – uwielbiam podpowiadać innym, jak lepiej dbać o własne finanse.
Oprócz tego, a może przede wszystkim, JESTEM TATĄ. Wraz z moją żoną Ewą wychowujemy dwójkę wspaniałych synów: Mikołaja i Kacpra. Robimy to w jednym z najlepszych do życia krajów na świecie i w najlepszych czasach w historii ludzkości. Brzmi jak banalnie proste zadanie, co? Nic bardziej mylnego.
Jak każdy rodzic pragniemy dla naszych dzieci tego, co najlepsze. Dokładamy starań, żeby przygotować je do samodzielnego, spełnionego i bezpiecznego życia. Okazuje się jednak, że dziś, gdy większość dzieci ma wszystko na wyciągnięcie ręki – wcale nie jest to takie proste.
Każda z moich poprzednich książek była dla mnie bardzo ważna. Cieszę się, że znalazły one tylu czytelników, i jestem wzruszony, gdy dostaję maile od ludzi, którym pomogłem poprawić ich sytuację finansową. Publikacja, którą trzymasz w dłoniach, jest jednak dla mnie szczególna. Nie jest to ani typowy poradnik, ani typowa książka przygodowa dla dzieci. To coś pomiędzy. Myślę, że można ją nazwać powieścią edukacyjną.
Jest to ponadto przedsięwzięcie rodzinne. Moja żona Ewa stworzyła ilustracje – włożyła w nie całe serce i zaangażowanie. Była też pierwszą recenzentką tej książki. Moi synowie, Mikołaj i Kacper, stali się ekspertami od młodzieżowego humoru, prostego języka i – jak się okazało – Minecrafta, który w procesie tworzenia tej opowieści odegrał rolę większą, niż się spodziewałem.
Książkę tę dedykuję wszystkim rodzicom, którzy, podobnie jak ja, pragną pomóc swoim dzieciom zrozumieć otaczający ich świat, a także samym dzieciom, które mogą stać się ofiarami wygodnych czasów. Przygody Janka i Adama, dwóch braci pochodzących z różnych światów, mają nie tylko bawić, ale też uczyć. Niniejsza publikacja została napisana z myślą o dzieciach w wieku od 8 do 16 lat, ale jestem przekonany, że również ich rodzice oraz starsze dzieci znajdą w niej coś wartościowego. Zachęcam, abyście wspólnie ją czytali i rozmawiali o niej. To wspaniała okazja do budowania relacji, a także nauki – właśnie poprzez czytanie interesującej opowieści.
Książka porusza wiele tematów związanych z pieniędzmi, takich jak odróżnienie zachcianek od potrzeb, oszczędzanie, planowanie budżetu domowego czy przedsiębiorczość. W sposób ciekawy, osadzony w fabule, tłumaczy trudne pojęcia, jak inflacja, nawyki lub kapitalizm. Omawia też zagadnienia dotyczące budowania relacji, określania typów osobowości czy dbałości o zdrowie. Są to kwestie niezwykle ważne w życiu każdego człowieka, ale często pomijane w tradycyjnej edukacji. Opracowanie to pokazuje również, jak wykorzystywać swoje silne strony i jak, dzięki pracowitości i determinacji, osiągnąć sukces.
A wszystko to splata się w – mam nadzieję – pełną przygód, humoru i niespodzianek opowieść, która wciągnie zarówno młodszych, jak i starszych czytelników.
Jeśli książka Wam się spodoba i uznacie ją za wartościową, proszę, podzielcie się nią z innymi. Moim marzeniem jest, aby inspirowała kolejne pokolenia i pomagała budować lepszą przyszłość – dla naszych dzieci i dla nas samych.
Pamiętajcie…
Trudne czasy tworzą silnych ludzi, silni ludzie tworzą dobre czasy, dobre czasy tworzą słabych ludzi, a słabi ludzie tworzą trudne czasy.
Nasi rodzice stworzyli dla nas dobre czasy. Postarajmy się tak wychować dzieci, żeby i one stworzyły jeszcze lepsze czasy dla naszych wnuków.
Dziękuję, że trzymacie w rękach tę książkę. Mam nadzieję, że wspólne chwile z nią będą dla Was cenne i inspirujące.
Życzymy udanej lektury!
Michał, Ewa, Mikołaj i Kacper
A teraz przekazujemy głos głównemu bohaterowi – Jankowi
PROLOG
Kula z głośnym stukiem uderzyła w tor na kręgielni w warszawskim Hulakula, po czym potoczyła się i wpadła prosto w kręgle, przewracając wszystkie. – Strike! – krzyknąłem uradowany.
To był drugi raz z rzędu. Zadowolony odwróciłem się do Maćka, który patrzył na mnie z wyraźną irytacją.
– No i jak? Poddajesz się? – rzuciłem z uśmiechem. W końcu była to pewna odmiana po dwóch przegranych.
Z toru obok dobiegły nas śmiechy młodych ludzi, którzy najwyraźniej śledzili nasze dotychczasowe, mocno przeciętne, zmagania.
– O, patrzcie, wreszcie zaczęli grać! – zażartował jeden z nich, wywołując salwę śmiechu wśród swoich znajomych.
Spojrzałem na nich z uniesioną brwią, a potem z jeszcze szerszym uśmiechem odwróciłem się do Maćka.
– No widzisz? Nawet publika docenia! – podsumowałem, łapiąc swoją szklankę z wodą i unosząc ją w stronę komentujących.
Maciek tylko westchnął teatralnie, sięgając po swoją kulę.
– No bez jaj, Janek! – pokręcił głową z niedowierzaniem. – Myślałem, że chociaż w kręglach będę miał więcej szczęścia – powiedział. – Trafiasz strike’i z taką łatwością, że aż boli mnie, gdy na to patrzę. Ja walczę o każdy punkt, a ty… – przerwał, kiwając głową z rezygnacją. – …podobno nie umiesz grać… – dodał, rzucając mi znaczące spojrzenie.
Zaśmiał się, jednak w jego głosie wyczułem coś więcej. Nie chodziło tylko o grę. Poczekałem chwilę, aż coś dopowie. Faktycznie – po kilku sekundach Maciek wyznał, co leżało mu na sercu.
– Wiesz co? Ty to masz łatwo… – zaczął niby żartem, ale w jego głosie słychać było, że mówi całkiem serio. Podniósł kulę i przez chwilę obracał ją w dłoniach, jakby próbował zyskać na czasie, zanim dorzucił:
– Wszystko ci się zawsze udawało. Nie tylko strike’i. Bogaci rodzice, świetne studia, dom jak z katalogu, nowiutkie Audi w garażu i fura pieniędzy. Nie mówiąc już o twojej firmie… Codziennie trąbią w telewizji, że zmienia świat i zarabia miliony. A przecież ten pomysł od początku był skazany na porażkę! Jednak proszę bardzo: nawet to ci się udało. – Pokręcił głową i kontynuował: – Jakby tego było mało, jeszcze ta twoja fundacja. Najlepsza w kraju, co? Tylko dzięki komu? Ten były bezdomny razem ze swoją żoną biorą na siebie najtrudniejszą robotę, a tobie jak zwykle przypada cała chwała – dodał z wyraźną nutą zazdrości i pretensji w głosie.
Maciek rzucił kulę. Potoczyła się szybko, ale zaraz lekko skręciła i przewróciła tylko kilka kręgli. Westchnął, widocznie zirytowany, i zerknął na mnie z ukosa.
– U mnie zawsze pod górkę. Nigdy nic za darmo – powiedział, odwracając się do podajnika, by wziąć kolejną kulę.
Spojrzałem na niego, opierając się o stół, przy którym zostawiliśmy napoje.
„A więc jednak…” – przemknęło mi przez głowę. Liczyłem, że spotkanie po latach z najlepszym kumplem z dzieciństwa będzie okazją do wspomnień i dobrej zabawy. Zamiast tego on postanowił skupić się na wypominaniu mi moich sukcesów.
Może kiedyś takie słowa by mnie zabolały. Może nawet czułbym się urażony. Ale dzisiaj? Dzisiaj wzbudzały we mnie raczej współczucie. Znałem Maćka od lat. Byliśmy sąsiadami, graliśmy razem w piłkę na podwórkowym boisku, razem szlajaliśmy się po osiedlu i razem zabijaliśmy moby w Minecrafcie. Bywało, że po wspólnej nauce do sprawdzianu Maciek dostawał lepsze oceny ode mnie. Może dlatego, że był zdolniejszy, a może po prostu ładniej pisał. Teraz to nieistotne.
Jasne, nasze drogi się rozeszły, ale nigdy nie uważałem, że moje życie było łatwiejsze. Rodzice Maćka? Może nie bogaci, ale na pewno też nie biedni. Matka – nauczycielka, ojciec – kierownik w korporacji. Gdyby spojrzeć na nas z perspektywy dzieciaków z podwórka, nasze szanse były niemal identyczne. Niemal.
Miałem jedną „malutką” przewagę. Dość nieoczywistą, ale kluczową, o której Maciek nie miał pojęcia. O tym jednak opowiem później.
Wziąłem kolejną kulę i ustawiłem się do rzutu, ale zanim ją wypuściłem, powiedziałem:
– Masz rację. Miałem w życiu bardzo dużo szczęścia. Może nawet więcej, niż mi się należało. Gdyby nie to, pewnie skończyłbym w zupełnie innym miejscu. Znacznie niżej, niż mógłbyś sobie wyobrazić – dodałem, uśmiechając się pod nosem, żeby nie zauważył. – Pan Józef, który prowadzi fundację, trafił mi się jak gwiazdka z nieba. Dosłownie! To wszystko. – Uśmiechnąłem się lekko. – Bardzo dużo z tego, co osiągnąłem, zawdzięczam ogromnemu szczęściu, na które zapewne nie zasłużyłem.
Rzuciłem kulę z nadzieją na kolejnego strike’a. Trafiła w sam środek, pozostawiając po bokach dwa niestrącone kręgle, tak że nie było praktycznie żadnych szans na zbicie ich obu w drugim rzucie. Jakby tego było mało, ten mój drugi rzut okazał się kompletną porażką – kula zeszła z toru już w połowie drogi, nie zbijając ani jednego kręgla. Przekląłem pod nosem i wróciłem do naszej rozmowy.
– Podobnie jak te dwa strike’i – kontynuowałem. – Wiesz dobrze, że obydwaj gramy jak totalni amatorzy. Wskazałem przy tym na tablicę z punktami naszych sąsiadów z toru obok, na której widniały wyniki zbliżające się do dwustu punktów.
– W trzech poprzednich partiach ani razu nie zdobyłem nawet stu punktów. To miał być nasz próg przyzwoitości, a wyszło na to, że u mnie „przyzwoity” to rzut, po którym kula w ogóle dolatuje do końca toru – zaśmiałem się, przypominając nasze ustalenia.
Maciek tym razem lekko się uśmiechnął, ale nie odezwał się. Wiedziałem, że zaskoczyłem go tym, jak łatwo przyznałem mu rację. Spodziewał się pewnie, że zacznę mówić o ciężkiej pracy i wytrwałości. Może nawet przypomnę mu, jak kiedyś odrzucił mój pomysł na biznes, do którego zaprosiłem go jako pierwszego. A przecież to był moment, który zmienił wszystko. Jako nastolatek rozpocząłem pracę nad projektem, który początkowo wyglądał na totalny przypał i kandydata na spektakularną porażkę, ale z czasem… okazał się sukcesem. Maciek powiedział wtedy, że to strata czasu. Może i miał rację – bo zdarzały się chwile, kiedy i ja wątpiłem, że cokolwiek z tego wyjdzie. Ale nie zrezygnowałem. Zajęło mi to prawie dziesięć lat, tysiące godzin nauki i pracy, lecz przedsięwzięcie zakończyło się spektakularnym sukcesem. Na nieszczęście dla Maćka zrealizowałem je z kimś innym.
Nie chciałem jednak rozdrapywać starych ran. Usiadłem na krześle i sięgnąłem po szklankę wody.
– Mam nadzieję, że teraz tobie się poszczęści. Wydaje mi się, że nasi sąsiedzi mają wielki ubaw, patrząc, jak kaleczymy ten sport – rzuciłem z lekkim uśmiechem, gdy sięgał po kulę.
Poszczęściło mu się. Tym razem to on trafił strike’a i podniósł ręce w geście triumfu. Przy okazji spojrzał na zegar wiszący nad wejściem.
– No to co? – powiedział, wzruszając ramionami. – Jeszcze jedna kolejka czy kończymy?
– Kończymy – odpowiedziałem. – Czas się zbierać. Gratuluję zwycięstwa.
Wstaliśmy i zaczęliśmy zbierać swoje rzeczy. Maciek klepnął mnie lekko w ramię.
– Miło było pogadać. Mam nadzieję, że na następne spotkanie nie będziemy musieli czekać kilku lat.
– Ja też – odparłem.
– I nie gniewaj się za to wypominanie twojego sukcesu. Przepraszam. To była chwila słabości – przyznał. – Tak naprawdę to cieszę się twoim szczęściem i życzę ci kolejnych sukcesów – dodał na odchodne, wyraźnie zawstydzony tym, co mi wcześniej powiedział.
– Spoko. Należało mi się po tych dwóch farciarskich rzutach – odpowiedziałem, starając się obrócić sytuację w żart.
Uściskaliśmy się na pożegnanie i każdy poszedł do swojego samochodu.
Droga do domu minęła mi na rozmyślaniu o jutrze. Zapowiadał się intensywny dzień – kilka spotkań z menedżerami w firmie, wizyta w fundacji, a wieczorem coś, na co czekałem od miesięcy…
Moja przyjaciółka Ewa, która kilka lat temu namówiła mnie na zainwestowanie w jej laboratorium, zadzwoniła dzisiaj z wiadomością, która wstrząsnęła moim dniem. Powiedziała, że jutro wieczorem jako pierwszy będę mógł przetestować jej najważniejszy wynalazek. Ewa to genialny fizyk kwantowy. Osoba, która według wielu wyprzedza swoje czasy. Poznałem ją jeszcze w szkole, gdzie regularnie zgarniała nagrody na olimpiadach matematycznych i fizycznych, zostawiając wszystkich w tyle. Jej intelekt nie miał sobie równych. Do tej pory nie spotkałem nikogo, kto mógłby z nią konkurować.
Od lat pracowała nad projektem, który miał potencjał, by przewrócić współczesną naukę do góry nogami, a przy tym zamknąć pewien rozdział w moim życiu. Przyznam, że przez ostatnie dwa lata, podczas których prawie nie dawała znaku życia, zacząłem tracić nadzieję. Jednak jeden jej telefon zmienił wszystko – od tamtej chwili nie potrafiłem usiedzieć na miejscu. Każda minuta ciągnęła się jak godzina, a ja zastanawiałem się, czy naprawdę jej się udało, czy dokonała tego, co wydawało się niemożliwe…
Pozwól jednak, że opowiem ci moją historię od początku…
Opinie
Nie ma jeszcze żadnych recenzji