Wstęp
W latach, kiedy pracowałem na AGH w Krakowie, mieszkałem już na stałe na Wybrzeżu, stąd częste podróże koleją, w roku akademickim to nawet średnio co dwa tygodnie w relacji Gdynia – Kraków. Lubię podróżować pociągiem, obserwować przesuwający się krajobraz za oknem, widzieć niekiedy ludzi znanych z pierwszych stron gazet, i ta nieuchwytna atmosfera przygody. Był czas na przygotowanie wykładów oraz na swobodne rozważanie nasuwających się obrazów z przeszłości.
Jako osiemdziesięciolatek sięgam wspomnieniami dość daleko, do mojego dzieciństwa, które przypadło na czas drugiej wojny światowej. To wszystko już za mną, a właściwie przede mną, cała ta moja dość długa ziemska wędrówka. Kiedyś, jadąc w pociągu tyłem do kierunku jazdy, obserwowałem umykający za oknem widok. Nasunęła mi się myśl, że to jest jak w życiu. Niesie nas czas, a nasze działania oddalają się i układają w ciąg zdarzeń w miarę upływu lat. W życiu suniemy jak w pociągu, z tym że siedzimy tyłem do kierunku jazdy. Nieważne, czy idziemy na piechotę (na nogach, jak mówi się w Krakowie), jedziemy rowerem, samochodem lub mkniemy komfortowym pociągiem, niesie nas czas, ale jak długo jeszcze? Bóg raczy wiedzieć. To, co nasze, to chwila obecna i cała droga, którą przebyliśmy. Przyszłość jest niewiadoma oraz niewidoczna, bo jesteśmy tak zaprogramowani, że mamy świadomość tylko tego, co teraz, i wspominamy to, co już przeminęło, a za plecami ściana – tak naprawdę to nie wiem, czy będę spać dzisiaj w swoim łóżku, co będzie jutro? A co dopiero wiedzieć, co nas czeka w bliższej i dalszej przyszłości?
To właśnie przede mną, a nie za mną są te okresy życia, które doświadczyłem, ten kawałek czasu i przestrzeni, które przemierzyłem. Trudny okres dojrzewania, bywało różnie, no cóż, ale co to za młodość bez poszukiwania i przeżywania licznych przygód? Czy gdybym mógł, zmieniłbym coś z dawnych zdarzeń? Może i tak, ale czy to wtedy byłbym ja, taki jak dzisiaj? Wydarzenia mile wspominane i te budzące grozę, ludzie, których spotykałem, podróże zagraniczne, studia, praca nauczyciela akademickiego, to mnie oszlifowało, wyzbyłem się swej przyrodzonej naiwności i nauczyłem się odróżniać religię od Kościoła. To wszystko składa się na tak zwaną mądrość życiową, która przystoi dojrzałemu wiekowi, ale każdy ma swoją indywidualną normę, a tu chodzi o moje osobiste doświadczenie egzystencjalne.
W „Tygodniku Powszechnym” (nr 38/2024) ksiądz Adam Boniecki (90 lat) i ojciec Ludwik Wiśniewski (88 lat), mając świadomość stania w obliczu końca doczesnego życia, zauważają, zarówno jeden, jak i drugi, jak oglądają z tej perspektywy wszystko to, co było. Podsumowania przychodzą naturalnie. Rzecz w tym, że nawet to, jak głosili o wierze dawniej, dziś mówią inaczej (podkreślenie moje). Księdza Adama miałem okazję poznać osobiście, w czasie gdy przebywałem w domu zakonnym w Grudziądzu, przy ul. Kościelnej (1961 rok). Są różne zwiastuny tego, że niedługo dotrzemy do stacji końcowej: spowolnienie jazdy, niespodziewane przestoje, nasilona krzątanina itp. A jeśli Boga nie ma? Życia po śmierci nie ma? Nic nie ma? Ale bez paniki. Spokój. Odjazd w nicość. „Wspomnienia stają się wyznaniami, wybrzmiewają jak spowiedź”. Tak właśnie zatytułowano zamieszczoną w „Tygodniku” rozmowę z ojcem Ludwikiem Wiśniewskim: Spowiedź. To jakby odwrócenie przyjętych w tym rytuale procedur – spowiednik zwierza się petentowi. Moich wspominek nigdy bym nie zatytułował spowiedzią, jakoś mi nie pasuje, na przykład od razu kojarzy mi się to z tytułem powieści Alfreda de Musseta Spowiedź dziecięcia wieku.
Jak będzie wglądało nasze życie w przyszłości, nie wiemy, obecnie możemy się tylko domyślać, snując różne prognozy i bardziej udokumentowane predykcje. Jaki będzie na naszej planecie radykalnie zmieniający się klimat? Znane są interdyscyplinarne badania nad rekonstrukcją dawnych uwarunkowań klimatycznych na przestrzeni całego okresu historycznego Polski. Było średniowieczne optimum klimatyczne, była mała epoka lodowcowa, i tak na przemian. Szczególnie przydatna w tego rodzaju retrodykcjach jest metoda dendrochronologiczna, która pozwala na umieszczenie obserwowanych zjawisk w latach kalendarzowych. W okresach zimniejszych obserwuje się spłaszczenie przebiegu krzywych obrazujących poszczególne elementy klimatyczne, natomiast w epokach ciepłych przebieg takich krzywych jest bardzo gwałtowny.
Funkcjonujące dziś hasła i motta: „Naprzód młodzieży świata”, „Idźmy naprzód z nadzieją”, „Naprzód, Polsko!”, „Alleluja i do przodu”, „Każdy krok do przodu zbliża Cię do realizacji Twojego celu”. Piękne frazy, motywujące i podnoszące na duchu, błyszczące jak kolorowe bombki na choince w czasie bożonarodzeniowym, ale jak te ozdoby – kruche i puste w środku, po prostu fałszywe. Za PRL-u wisiały często w różnych zakładach plansze z hasłem: „Na każdym stanowisku pracy wykuwamy przyszłość Polski”. Tośmy się w końcu wykuli. Niektóre przewidywania budzą niepokój – rozwój sztucznej inteligencji może doprowadzić do zdarzeń zagrażających wręcz istnieniu ludzkości. Co będzie, gdy sztuczna inteligencja dogada się z naturalną inteligencją? Może się okaże, że tak naprawdę cała nasza egzystencja to złudzenie, bo żyjemy w symulacji komputerowej, a wszechświat to jeden wielki eksperyment stworzony prze obcych.
Dopiero z obecnej perspektywy osiemdziesięciolatka rozeznaję sens różnych zdarzeń i faktów z mojego życia, zwłaszcza z okresu młodości. Na przykład pojawiające się ataki śmiertelnej paniki, kiedy przebywałem w zgromadzeniu zakonnym, to były, jak dziś wiem, typowe objawy rozwijającej się nerwicy. W tym przypadku nerwicy eklezjogennej. Całe życie zmagałem się z wysoką, w niektórych sytuacjach uciążliwą, wrażliwością emocjonalną. Pewien profesor zauważył kiedyś w gronie znajomych: – Andrzej ma taki jakiś jaskółczy niepokój.
Jestem z wykształcania i od młodości z zmiłowania biologiem, dlatego w tej opowieści nie mogłem oprzeć się odniesieniom zawartym w Biblii, nawiązującym do ekologii, botaniki, ochrony przyrody. Szczególnie lubię i rozważam wnikliwiej te przypowieści ewangeliczne, które mówią o roślinach, drzewach czy uprawach polowych. Sam Pan Jezus porównuje siebie do krzewu winnego, a swoich uczniów do latorośli, które dzięki więzi z nim przynoszą owoc. Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a ojciec mój jest tym, który [go] uprawia. Każdą latorośl, która we Mnie nie przynosi owocu, odcina, a każdą która przynosi owoc, oczyszcza, aby przynosiła owoc obfitszy (J 15,1-3).
W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku na Zachodzie (Niemcy, Holandia i inne kraje) zauważono, że w uprawach polowych, mimo stosowania odpowiednich metod doboru materiału siewnego, nowoczesnego nawożenia i skutecznych środków ochrony roślin, nie da się już zwiększyć plonu z tych wyjałowionych monokultur, przeciwnie – zaczyna on się kurczyć. Okazało się, że pewna liczba tak zwanych chwastów, zwłaszcza tych od dawna towarzyszących uprawom, nie tylko nie szkodzi, ale wręcz stymuluje bujność i plonowanie uprawianych roślin. Wygląda to na ogólniejszą prawidłowość, występującą w środowisku. W warunkach konkurencyjności rośnie wydajność. Nie można dać się ponieść pasji tępienia wszystkiego, co nie należy do zasianego gatunku. W rezultacie powstanie rachityczna uprawa, a plon może nawet nie osiągnie owych ewangelicznych trzydziestu procent.
Ludzie Kościoła często zaangażowani są w gorliwe tępienie wszystkiego, co wydaje się być chwastem na uprawianych poletkach, również na tych, na których gospodarują inni rolnicy. Zwłaszcza tam, bo już z daleka widać wybujałe zielsko, które kłuje w oczy kolorowym kwieciem. Słyszą, że to nie ich interes, nie ich pole. Niestety, nasi nadgorliwcy tłumaczą, że interesuje ich to jak najbardziej z uwagi na możliwość rozpanoszenia się chwastów i różnej zarazy, co zagraża potencjalnie również naszym wypielęgnowanym zasiewom.
11 października 1962 roku rozpoczął się Sobór Watykański II. Kończyłem w tym czasie dwadzieścia dwa lata. Zmiany, jakie zaczęto wprowadzać w Kościele, mnie – byłego ministranta – dość mocno szokowały. Do historii przeszło to wspaniałe teatrum, w którym uczestniczyliśmy: rozbudowane obrzędy, łacina, szaty liturgiczne, śpiewy – szarpiąca serce melodia sekwencji Dies irae, dies illa… z mszy żałobnej.
Uroczysta aspersja sprawowana przed rozpoczęciem głównej mszy świętej – sumy i inne. Jan XXIII użył słowa aggiornamento (z wł. dosłownie „udzisiejszenie”), czyli dostosowanie zmian w Kościele do wymogów współczesności. Gołym okiem widać, że bardziej dostosowane do współczesnego świata są Kościoły protestanckie i trudno nie zauważyć, że niektóre wprowadzone przez nie rozwiązania przenikają do Kościoła katolickiego. Teraz, kiedy kurz bitewny opadł, a wrogość mocno wyblakła, mamy klimat wzajemnego szacunku. Jesteśmy przecież chrześcijanami i jednoczy nas wspólny sakrament – chrzest święty. Papież Jan XXIII zdobył uznanie protestantów, zaliczono go nawet w poczet najsławniejszych reformatorów chrześcijaństwa.
Pewne sprawy można zrozumieć dopiero na starość. Mądrość starości – raczej nie chodzi tu o wiedzę, ale o sumę doświadczeń przeżywanych przez wszystkie te lata, a uwolnienie się od gwałtownych reakcji czasu młodości pozwala na lepszy ogląd rzeczywistości. Wiedza nie zastąpi doświadczenia życiowego. Wiedzę można przekazywać, doświadczenie życiowe już nie. Jako osiemdziesięciolatek wyraźniej widzę kontekst, w którym przeżywałem różne doświadczenia, właśnie teraz, w tak podeszłym wieku. Nikt mnie nie nabierze na słodkie słówka i szerokie uśmiechy. Wiem swoje. Będąc jeszcze nastolatkiem, zdałem sobie sprawę z tego, jak wielką siłę oddziaływania ma świadectwo życia ludzi, a nie ich często czcze gadanie. Verba docent, exempla trahunt – słowa uczą, przykłady pociągają. Już jako dorosły obserwowałem, ku mojemu zaskoczeniu, że różne osoby jakby niekiedy mimowolnie wzorowały się na mnie.
Pierwsze lata mojego życia przypadły na czas drugiej wojny światowej. Po jej zakończeniu zatriumfował entuzjazm odbudowy wolnej ojczyzny. Kwitł prywatny handel, rozwijały się różne inicjatywy i przedsięwzięcia. Nasz tata zatrudnił się w prywatnej firmie budowlanej „Słoszewski”. Niestety z początkiem lat pięćdziesiątych wszystko zaczęło się zmieniać – przyspieszono budowę ustroju sprawiedliwości społecznej na wzór sowiecki. Po dość długim czasie, a trzeba przyznać, że również przy zaistniałych okolicznościach sprzyjających, kraj nasz wybił się wreszcie na niepodległość. Byłem i jestem tego wszystkiego świadkiem, a w pewnym skromnym zakresie i uczestnikiem. Czy da się tę nabytą z wiekiem mądrość życiową zaszczepić młodym? Kto chce dziś słuchać bajania starców o tym, jak to kiedyś bywało? Doświadczenie życiowe ludzi w podeszłym wieku jednak może mieć i często ma wpływ na codzienne życie społeczne. Może podpowiedzieć, jak rozwikłać pojawiające się problemy, naświetlić odpowiednio przyczyny i skutki konfliktów. Patrzę sobie na tę długą drogę, którą przebyłem, wspominam różne zdarzenia, rozpamiętuję zaskakujące sytuacje i często dziwię się, jak ja to wszystko mogłem znieść? Przecież byłem w różnych sytuacjach zagrażających wręcz życiu; brawurowe pływanie i nurkowanie w jeziorach, chodzenie po gzymsie pod sufitem kościoła przy wieszaniu dekoracji, szpital, rzadkie, ale groźne bójki i takie tam różne inne. Na te wspomnienia aż dostaję gęsiej skórki. Jak wiele zależy od przypadku, przysłowiowego szczęścia, a może tak mi było przeznaczone? Czasami nawet uda mi się kogoś skutecznie zainteresować swoimi wspomnieniami, co chyba zawdzięczam charakterystycznej dla mnie – jak słyszę – zwięzłości stylu.
Często starsi chętnie doradzają młodym w przełomowych momentach ich życia. Przy wyborze partnera, zakładaniu rodziny. Jak stawać się do miłości zdolnym i miłości godnym? „Niewygodna prawda jest taka, że nie każdy jest godny kochania i nie każdy jest na tyle szlachetny, aby być do kochania zdolnym”. Nie ma chyba bardziej wyświechtanego słowa jak miłość. Zwykle na kazaniach i w kręgach kościelnych słyszymy to słowo obrabiane z lubością na wszystkie strony, z góry i z dołu. Normalnie zbiera się na mdłości. Często w życzeniach dla nowożeńców pojawiają się cytaty z Hymnu o miłości św. Pawła apostoła w liście do Koryntian: Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy… Trzeba czasu, aby zbliżyć się do takiego ideału moralnego, często kosztem różnych porażek i bólu. Zwykle dopiero na starość człowiek może dojść do takiej miłości, która podoba się księżom. „Nikt nie mówi w Biblii, że miłość jest czymś łatwym. Najdoskonalszym znakiem miłości jest krzyż. Każda prawdziwa miłość musi nabierać tych kształtów”. Miłość nigdy nie ustaje, [nie jest] jak proroctwa, które się skończą, albo jak dar języków, który zniknie, lub jak wiedza, której zabraknie. Po części bowiem tylko poznajemy, po części prorokujemy. Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe, zniknie to, co jest tylko częściowe.
Zapraszam do wspólnej podróży, siądziemy sobie w przedziale i będziemy oglądać w oknie umykające obrazy, cieszyć oczy pięknymi widokami, wspominać minione i wyobrażać sobie, jak to będzie, gdy już dojedziemy do końcowej stacji.
Do przodu tyłem
Dziś są moje urodziny. Skończyłem 82 lata. Patrzę na swoją gębę w lustrze w łazience. Starość chwyciła mnie za gardło i pozostawiła, jak mówią, skórę indyka. Wśród różnego typu zmarszczek tylko ja widzę blizny, pamiątki po wypadku samochodowym. Równo trzydzieści lat temu, w Toruniu, jechałem moim maluchem do instytutu jak zwykle tym samym utartym szlakiem. Dojeżdżam do skrzyżowania trasy W-Z z ulicą biegnącą ze Śródmieścia w kierunku na północ miasta. W tym miejscu jezdnia rozdziela sią na trzy pasy. Jeszcze na wysokości linii przerywanej zjechałem na prawy pas ze strzałkami na wprost i w prawo, bo był na nim mniejszy ruch. Nagle poczułem uderzenie w lewy bok samochodu. Gdy już byłem na pasach w obrębie linii ciągłych, zobaczyłem, że równolegle ze mną jedzie samochód typu nysa towos albo żuk. Nie widział mnie czy co? Miałem wrażenie, że kierowca chciał skręcić w prawo i w ostatniej chwili mnie zauważył. Przejechaliśmy skrzyżowanie i znowu ten sam samochód walnął mnie w lewy bok, ale teraz to już mocno. Odrzuciło mnie na pobocze, gdzie o tej porze stało na światłach tak dużo ludzi, że nie mieścili się na przejściu dla pieszych, tylko stali nawet na trawniku poza zebrą. Na szczęście w nieszczęściu zatrzymałem się na słupku znaku drogowego, a przez przednią rozbitą szybę wpadła mi do środka jakaś starsza kobiecina. Zrobiło się zbiegowisko, przyjechała policja i karetki pogotowia ratunkowego.
Zabrano mnie do szpitala na pobranie krwi i przebadanie. Miałem rozcięty łuk brwiowy, pękniętą górną wargę, którą mi zaopatrzono, zakładając parę szwów. Czułem lekki ból w żebrach, pewno uderzyłem w kierownicę, i w kolanie. Obejrzałem się w toalecie szpitalnej. Rozcięcie nad okiem delikatnie przemyłem, chociaż był widoczny ślad, i coś w rodzaju blizny na górnej wardze.
No i co teraz? Postanowiłem, że najlepiej będzie jednak pójść do pracy. Ze szpitala bielańskiego do instytutu na skróty przez lasek jest blisko, jakieś kilkanaście minut drogi. Na miejscu nikt nic szczególnego nie zauważył. A może nie chcieli mi zadawać niezręcznych pytań? Zajęcia poszły sprawnie, z pomocą przyszła również niewątpliwie rutyna, tylko cały czas czułem jakieś wewnętrzne rozedrganie, jak uderzony kamerton.
Do tego wydarzenia wracałem dość często, z reguły patrząc w lustro przy goleniu, a poza tym był to jednak jeden z najtragiczniejszych wypadków w moim życiu. Cały czas wracało pytanie – jak to się mogło stać? Walnął mnie ten pirat drogowy dwa razy! Czyżby naumyślnie? Czy to był ukartowany zamach na moje życie? Jeśli tak, musiało to być dokładnie zaplanowane i poprzedzone śledzeniem moich codziennych zwyczajów. Coś przegapiłem? W sumie fajny temat na opowiadanie kryminalne. Kiedyś, dawno temu, próbowałem nawet pisać powieść kryminalną, ale nic z tego nie wyszło. Pierwszy mój „opublikowany” tekst literacki wydarzył się w szóstej klasie szkoły podstawowej. Pani od polskiego zadała nam do domu wypracowanie na temat: „Rola literatury w odzyskaniu niepodległości Polski”. Coś mi strzeliło do głowy – temat szeroki, sporo autorów, jak to ogarnąć? A może napisać wiersz? Będzie łatwiej i szybciej. Dziś już nie pamiętam szczegółów, ale tu z grubsza chodziło o to, że można walczyć o niepodległą ojczyznę, nie tylko z bronią w ręku, ale także piórem, śpiewać pieśni patriotyczne, kultywować pamięć bohaterów i tym podobne. Wreszcie przyszła nauczycielka ze stosem zeszytów. Po kolei krótko omówiła kolejne wypracowania, a na końcu wzięła mój zeszyt: – A teraz niespodzianka, mamy w klasie poetę – pochwaliła mnie i miała tylko jedno zastrzeżenie, bo znalazła błąd ortograficzny. Można by to uznać za licentia poetica, ale nie w tych okolicznościach. Otrzymałem ocenę bardzo dobrze minus.
W końcu dla spokoju sumienia uznałem, że facet mnie po prostu nie widział. Pamiętam chwilę, jak jechaliśmy równolegle, spojrzałem wtedy na ów samochód. Na miejscu pasażera nikogo nie było, a kierowca był również niewidoczny. Kiedy zmieniał pas, mógł nie widzieć malucha, który toczył się poza zasięgiem jego wzroku. Z mojego doświadczenia jako kierowcy i po stylu jazdy oceniam, że musiał to być ktoś młody, kto dorwał się do kierownicy, może dopiero co po toruńskiej samochodówce? Na dachu pojazdu zauważyłem żółtą lampę sygnalizacyjną, ale wówczas nieczynną.
Według świętego Jana Pawła II starość to pomyślny czas, w którym dopełnia się miara ludzkiego życia. Stanowi etap ludzkiego dojrzewania i znak błogosławieństwa. Ludzie starzy są skarbnicą cennych rad dzięki wieloletniemu doświadczeniu. Są przekaźnikami tradycji, a kruchość ich zdrowia przypomina o potrzebie jedności i solidarności pokoleń.
Małgorzata Szweda- Czerwińska –
Książka Andrzeja Zielskiego jest swoistym manifestem wiary, życiowej filozofii, powrotem do wspomnień, które łączą i wyznaczają tor jego życia. To na jego zakrętach rodzą się wartości, dzięki którym warto iść do przodu.
” Do przodu tyłem” to luźne rozważania, wspomnienia, obrazy. To one dają początek. Sens, który pomimo upływu czasu nie blednie, a wręcz przeciwnie, nabiera nowego znaczenia, pogłębia się i utwierdza w przekonaniu, że wszystko ma swoje przeznaczenie, swoją drogę, swoją prawdę. Świat, który otacza autora zmienia się wraz z upływem jego wieku. Ważna jest pamięć o tym co było istotne, na jakich zasadach i fundamentach zbudowane. Ta droga, pełna wyzwań, napięć, zakrętów staje się ocaleniem wewnętrznych wartości. Zawsze w zgodzie z własnym przekonaniem, z wiarą we własną historię zapisaną na kartach życia.
Zachęcam do lektury książki.
Jadwiga Jaworska –
“Czas ucieka, wieczność czeka”. Te słowa bardzo kojarzą mi się właśnie z książką Pana Andrzeja Zielskiego. Jest to książka bardzo refleksyjna, skłaniająca do myślenia nie tylko o przeszłości czy przyszłości, ale i o chwili obecnej. Ukazuje starość nie jako koniec życia, czas oczekiwania na śmierć, ale jako wolność człowieka. Czas, w którym pozbywamy się utartych schematów, złudzeń. Zostaje to co w nas, nasze wewnętrzne wartości, przekonania. Autor nawiązuje również do religii, wskazując różnice między religią a Kościołem wskazując, że Boga nie trzeba się bać. Książka to swoista autobiografia. Razem z Panem Andrzejem niejako kroczymy przez jego życie, widzimy jak z upływem czasu ono się zmienia. Zmusza nas to do refleksji nad swoim życiem, wyborami, przekonaniami. Książka warta przeczytania.