Droga przez Bretanię

(2 opinie klienta)

Zakres cen: od 63,00 zł do 79,00 zł

Nie jest to przewodnik ani klasyczny reportaż, lecz osobista, pogłębiona opowieść o Bretanii – krainie na krańcu Francji, która wymyka się prostym kategoriom. Zamiast trasy i wskazówek – mamy tu historię, tożsamość i codzienność opowiedzianą z uważnością i pasją.

Opis

Co łączy Indian i Bretończyków? Jak to się stało, że symbolem Bretanii stał się gronostaj? I dlaczego to księżniczce Annie Bretońskiej powinniśmy dziękować za darmowe autostrady w regionie?

Daj się porwać na zielone pastwiska i skaliste wybrzeża krainy będącej częścią Francji, lecz posiadającej swój język i wyraźną odrębność kulturową.

„Droga przez Bretanię” to reportaż z wielomiesięcznego pobytu autora w tym pięknym miejscu, zapis jego licznych podróży, prezentujący osobistą perspektywę i bogactwo historyczne, kulturowe oraz przyrodnicze „końca Ziemi”. Megalityczne grobowce, średniowieczne starówki, rezerwaty przyrody, ślady po II wojnie światowej i bretońskich działaczach pozwalają poznać wielowymiarową przestrzeń, w której przeszłość współistnieje z tu i teraz.


Mateusz Wasiak – ur. 1991 w Zgierzu, absolwent kierunku automatyka i robotyka na Politechnice Łódzkiej. Pasjonuje się historią, sztuką oraz fotografią. Jego ulubione kadry to zwierzęta uchwycone w naturalnym środowisku. Zapalony żeglarz i miłośnik kultury francuskiej.


SPIS TREŚCI

Część I Jaka piękna, kiedy pada

  1. Stacja benzynowa
  2. Nolwenn
  3. Bretania i ja
  4. Mont-Saint-Michel
  5. Pierwsze wrażenia
  6. Tożsamość, ekstremizm i sekret darmowych autostrad
  7. Kraj podzielony
  8. Nantes
  9. Bretończycy i języki regionalne
  10. Kuchnia
  11. Rennes

Część II Chrupnąć granit jak cukier

  1. Wybrzeże Różowego Granitu, historia geologiczna i geografia
  2. Carnac
  3. Ménez Drégan. Od paleolitu do neolitu
  4. Menhiry
  5. Grobowce megalityczne
  6. Społeczeństwo neolityczne i sól z Guérande
  7. Cairn de Gavrinis
  8. Od epoki brązu do upadku Cesarstwa Rzymskiego
  9. Chrystianizacja Bretanii
  10. Księstwo Bretanii
  11. Szalona wojna i utrata podmiotowości
  12. Bretania jako region Francji
  13. Artyści tworzący w Bretanii

Część III Wśród pól i bagien

  1. Pospolite ptaki Bretanii
  2. Czaple
  3. Inwazyjny gryzoń
  4. Ostrygojady wśród skalnych rzeźb
  5. Kurak na środku drogi
  6. Przyroda zatoki Morbihan

Część IV Gdzie kończy się Ziemia

  1. Pierwsza wojna światowa i okres międzywojenny
  2. Upadek Francji i czas okupacji
  3. Saint-Nazaire, baza U-Bootów i operacja Chariot
  4. Lorient, bitwa o Atlantyk i okręt podwodny Flore
  5. Le Grand Blockhaus
  6. Saint-Malo
  7. Bitwa o Bretanię
  8. Brest
  9. Katastrofy tankowców
  10. Czasy najnowsze
  11. Koniec Ziemi

Stacja benzynowa

– Chyba dookoła trzeba objechać.

– Ta, nawigacja nie ogarnia – odpowiedziałem, manewrując samochodem po wąskich zawijasach. – Ale pochrzaniony wjazd.

– To jest stacja bez obsługi – zauważył kolega, rozglądając się na boki z pozycji pasażera.

Rzeczywiście, nie było żadnego budynku. Jedynie cztery dystrybutory w dwóch parach na każdą stronę. – Lepiej znaleźć stację z obsługą – stwierdził. – Jakby coś było nie tak, to zawsze jakoś się dogadamy, a jak automat nie wyda paragonu, to nie rozliczymy delegacji.

– To szukamy dalej.

Wziąłem do ręki leżący między nami telefon i szybko otworzyłem Google Maps. Następna stacja była niedaleko, po drugiej stronie miasteczka Vitré. Kilka minut drogi. Trasa. Rozpocznij. Jedziemy. To był drugi dzień naszej podróży i jakoś oswoiłem się z automatyczną skrzynią biegów wypożyczonego na lotnisku Charles’a de Gaulle’a forda kugi. Jednak do końca wyjazdu nie zaprzyjaźniłem się z tym samochodem, który przy najlżejszym muśnięciu hamulca stawał dęba. Do wypożyczalni mieliśmy go oddać tak, jak go odebraliśmy, czyli z pełnym bakiem paliwa. Nie spodziewałem się, że będzie z tym jakikolwiek problem. A jednak.

– Ta też samoobsługowa – rzekł kolega.

– Cholera – westchnąłem. Rozważałem zatankowanie na tej stacji mimo wszystko, ale jeszcze raz zerknąłem w telefon. – Pierwsza na autostradzie w stronę Paryża wygląda na zdjęciach, że ma obsługę. Lada, kanapki. To tam pojedźmy – zadecydowałem.

Kilka chwil później byliśmy już na A81, 320 kilometrów od lotniska. Lot mieliśmy dopiero następnego dnia po południu z miłą perspektywą spędzenia tego wieczoru i następnego przedpołudnia w ,,mieście świateł”.

Stacja. Zatrzymuję forda przy dystrybutorze, otwieram wlew, wkładam pistolet do środka i wciskam spust. Nic.

– Nie leci – mówię.

Wsiadam do auta i przestawiam się pod sąsiedni dystrybutor. Ku mojemu rozczarowaniu ten również nie działa. Wciskam spust. Nic.

– Tu też jest ten automat, co tam był – stwierdza kolega.

Rzeczywiście. Włóż kartę. Wkładam. Podaj PIN.

– On chce, żebym płacił, jak ja przecież nic nie wlałem.

Wyciągam kartę.

– A co napisał?

– Żebym podał PIN. Idę pogadać z obsługą.

Wszedłem do budynku. Była to typowa stacja jakich tysiące przy autostradach, gdzie można poza paliwem dostać kawę i coś do jedzenia. Trzy panie stały za ladą w jednakowych strojach koncernu. Zwróciłem się do tej, która była najbliżej wejścia.

– Dzień dobry. Próbuję zatankować, ale żaden dystrybutor nie działa.

– Dzień dobry. Oczywiście. Najpierw musi pan zapłacić, wtedy może pan zatankować.

– Ale skąd mam wiedzieć, ile mam zapłacić, jeśli nie zatankowałem?

Jestem w ukrytej kamerze? Monty Python to reżyseruje?

– Wkłada pan kartę płatniczą do automatu i tankuje. To bardzo proste.

– Nie do końca rozumiem. Czy może pani odblokować mi ten pistolet, żebym wlał paliwo?

– Niestety. To tak nie działa. Proszę się skupić. Musi pan użyć karty i wpisać PIN przed tankowaniem. Bez tego nie można zatankować. Mogę odblokować pistolet, jeśli nie chce pan używać automatu, ale musi pan użyć karty tutaj. Za ile chce pan zatankować?

– Za ile? Słucham?

Pani mówiła szybko i miałem trudności, żeby ją zrozumieć.

– Ile pieniędzy? Za ile chce pan zatankować? – Ekspedienta przestawała powili ukrywać irytację kłopotliwym klientem. Patrzyła na mnie jak na osobę opóźnioną w rozwoju.

– Nie wiem. Chcę do pełna.

– Proszę podać kwotę.

– Zaraz wracam. Skonsultuję się z kolegą.

Wróciłem do samochodu i przedstawiłem to, co zrozumiałem z rozmowy z panią ze stacji.

– Czyli teraz musimy przeliczyć to tak, żeby tej babie powiedzieć, za ile wlewamy, żeby pi razy drzwi wyszedł pełny bak.

– Czyli trzeba się dowiedzieć, jaka jest pojemność i pomnożyć to razy cena za litr.

– No i nie mamy pustego baku. Mamy jeszcze z jedną trzecią.

Ze schowka nad siedzeniem kierowcy wyciągnąłem dowód rejestracyjny i zacząłem szukać informacji o pojemności zbiornika. Nic. Wokół nas podjeżdżały samochody. Kierowcy bez większych emocji wysiadali, wkładali karty płatnicze do automatu i tankowali, po czym odjeżdżali. O mnie nie można było powiedzieć, że byłem bez emocji. Zaczynała mnie ogarniać wściekłość. Jeszcze powoli. Narastała stopniowo.

– Weźmy za 40 euro, to będzie niecałe 200 złotych i zobaczymy, jak to wejdzie – zaproponował kolega.

– Dobra.

– Tak kradną tu, że trzeba płacić z góry?

– Nie wiem.

Ponownie wszedłem do budynku stacji.

– Poproszę za 40 euro.

Karta, PIN, zielony, paragon.

– To jest normalne? Na innych stacjach też się płaci przed wlaniem paliwa? – zapytałem.

– Oczywiście. A jak inaczej?

Wracam do samochodu. Pistolet działa. Leci olej napędowy. Cyferki zmieniają się na wyświetlaczu. W jednej chwili koniec. Wlałem za 40 euro. 20,6 litra. Odpalam samochód.

– To mamy jakąś połowę baku – poinformowałem i zgasiłem samochód.

Teraz dopiero wpadłem na pomysł chwycenia za telefon i sprawdzenia, jaką pojemność zbiornika paliwa ma kuga. 60 litrów. Włączyłem kalkulator w smartfonie.

– Czyli powiedzmy, że 30 litrów jeszcze chcemy, i to razy 1,94 euro, czyli to będzie 58,2 euro. To może 60 euro?

– No tak.

– Dobrze ja to liczę? Chyba tak. Dobra, to wracam.

Ponownie wszedłem do budynku stacji. Pani z obsługi zaczęła udawać, że mnie nie widzi. W pełnym skupieniu układała kanapki na wystawce tak, żeby każda była w równej odległości od sąsiedniej i prostopadle do szyby. Podszedłem do drugiej ekspedientki.

– Jeszcze raz proszę odblokować pistolet. Za 60 euro – mówię.

Karta. Zbliżeniowo. Nie działa. Trzeba włożyć. Wkładam. Działa. PIN. Zielony.

Wracam do samochodu. Leci z dystrybutora. Tankuję.

W pewnym momencie czuję odbicie.

– Cholera, zostało jeszcze 5 euro do wlania – mówię do towarzysza podróży.

Wokół nas kolejne samochody przyjeżdżają na stację paliw, tankują i odjeżdżają. Ja walczę z pistoletem. Odbija, wciskam, odbija, znowu wciskam. 4 euro. Jedno do przodu, ale 4 euro pójdzie na straty. Wyciągam pistolet z wlewu. W tym momencie olej napędowy chlusta na zewnątrz. Żaden z nas nie zdążył zareagować.

– Lubiłem te spodnie – powiedział mój kolega, patrząc na wielką plamę na dżinsach.

– Jasna cholera – wydusiłem z siebie. – Jeszcze paragonu zapomniałem.

Ponownie wszedłem do budynku stacji. Dostałem paragon do ręki bez wymiany nawet jednego słowa. Zakładam, że panie z obsługi poczuły ulgę, gdy nasz ford ruszył wreszcie spod okupowanego dystrybutora i zniknął za łukiem drogi.

– Co za popieprzony kraj! – wypaliłem, ściskając z całej siły kierownicę. – Popieprzony kraj!

Oczywiście teraz, po miesiącach spędzonych w Bretanii, z uśmiechem wspominam tę nieporadność na stacjach benzynowych na początku, choć wtedy nie było to śmieszne. System tankowania działa dość przyjemnie. Po dojechaniu do dystrybutora wkłada się kartę do automatu, wpisuje PIN, a on wtedy rezerwuje pewne środki. Po tankowaniu system pobiera kwotę, za jaką się wlało paliwo, a reszta jest zwracana. Z drukarki wypada paragon. Wszystko dzieje się szybciej (o ile wie się, o co chodzi), niż gdy po tankowaniu trzeba iść do kasy, ustawić się w kolejce, zapłacić i wrócić. System nie wymaga ludzi do obsługi. Pracownicy są jedynie na większych stacjach przy autostradach, gdzie można skorzystać z toalety oraz kupić coś do picia i jedzenia, a często też pamiątki lub inne produkty.

 

Nolwenn

Cztery lata wcześniej.

– A tu jestem z czołgiem FT w Muzeum Armii – powiedziałem rodzicom, pokazując zdjęcie w telefonie.

– Tym czołgiem, co go chciałeś zobaczyć? – dopytywała mama.

– Jakbym nie wiedział, że go mają, to bym go nie zobaczył, bo stał schowany pod schodami.

– A jak ci szło mówienie? – pytała dalej mama.

– Mówienie, dobrze. Gorzej ze zrozumieniem odpowiedzi – stwierdziłem.

– A tu grób Napoleona. – Siostra pokazała fotografię w swoim telefonie.

– Można powiedzieć, że Francję macie już obcykaną po dwóch wycieczkach do Paryża – powiedziała mama, przybliżając twarz do ekranu, by lepiej widzieć zdjęcie.

– No nie wiem, czy tak można stwierdzić – oznajmiłem. – Obcykany to mamy Paryż. Już chyba wszystko tam widzieliśmy. Ale to tylko jedno miasto. Ciężko uznać, że mamy ogarniętą Francję, jeśli widzieliśmy tylko stolicę. Paryż niekoniecznie jest reprezentatywny.

– To następnym razem jedźcie w jakiś inny rejon – zaproponował tata.

– Może Alzacja i Lotaryngia – zastanawiałem się. – Albo Langwedocja – kontynuowałem. – Góry, morze, zamki katarów.

– Albo Nord. Tam jest szadź – powiedział tata, nawiązując do znakomitej francuskiej komedii Jeszcze dalej niż Północ, która w naszej rodzinie jest hitem. Film w przerysowany sposób pokazuje kontrast i funkcjonujące stereotypy między mieszkańcami południowej i północnej Francji, a pretekstem do tego jest postać naczelnika poczty, który zostaje karnie przeniesiony z Lazurowego Wybrzeża na tytułową północ kraju do małego miasteczka Bergues. Wtedy jeszcze nie przypuszczałem, że za trzy lata, stojąc na głównym placu, będę miał okazję na własne uszy wysłuchać dobiegającego z górującej nad miastem wieży strażniczej dźwięku karylionu wybijającego pełną godzinę w Bergues.

– Na Facebooku jest nagranie z konkursu piosenki francuskiej – pochwaliła się moja siostra Julia któregoś wieczoru.

– Jak śpiewasz? – zapytałem.

– Tak.

– To dawaj.

Julia włączyła film w telefonie. Jakość nagrania nie była rewelacyjna, ale wystarczająca. Zabrzmiały pierwsze takty. Siostra stała w galowym stroju przed mikrofonem i zaczynała śpiewać spokojną piosenkę, a ja próbowałem zrozumieć sens tekstu.

– Fajnie ci wyszło – podsumowałem, gdy nagranie dotarło do końca.

– Ale chyba wybrałam zbyt niszową piosenkę. Jury jej nie znało. Wygrała dziewczyna, która śpiewała Zaz.

W tamtym momencie utwór Si jamais j’oublie francuskiej piosenkarki o pseudonimie Zaz był u szczytu popularności, osiągając w Polsce status złotej płyty. Był chyba nawet bardziej znany u nas niż we Francji.

– A to, co śpiewałaś? Kto to śpiewa? – spytałem.

– Nolwenn Leroy, Je ne serai jamais ta parisienne, Nigdy nie będę twoją paryżanką – padła odpowiedź.

– Nie znam.

– Puszczę ci oryginał.

Z głośnika popłynęła spokojna muzyka i niesamowity kobiecy głos.

Tam, gdzie mieszają się wody

Tam, gdzie kończy się ziemia

Tam, gdzie niebo jest tak rozległe

Tam, gdzie wzburzone jest morze

(…)

Kto spojrzy na Ouessant, widzi swoje pochodzenie

Kto spojrzy na Molène, zapomina o bólu

Kto spojrzy na Sien, nie boi się o przyszłość

Kto spojrzy na Fromveur, dostrzeże szczęście

Tak bardzo chciałabym, żebyś mnie zrozumiał

Nigdy nie będę twoją paryżanką

Tak bardzo chciałabym, żebyś mnie zrozumiał

Że miejsce, w którym jestem, nie jest moje

– Fajne, ale nie za bardzo rozumiem, o czym ona śpiewa – powiedziałem, sięgając po telefon, żeby znaleźć tekst utworu w internecie. Przetłumaczenie słów niewiele pomogło mi w zrozumieniu całości. Jedyne, co rozszyfrowałem, to to, że dziewczyna nie chce mieszkać w Paryżu, bo tęskni za miejscem swojego pochodzenia. Dopiero wróciłem z Paryża zachwycony miastem. Jak ktoś może tam mieszkać i chcieć stamtąd uciekać? Dokąd? Przecież tam jest ekstra.

– To są jakieś nazwy geograficzne we Francji – stwierdziła siostra.

Zacząłem wyszukiwać na mapach Google’a miejsc, które pojawiają się w piosence. Są to nazwy trzech wysp oraz cieśniny na atlantyckim wybrzeżu, na zachód od Półwyspu Bretońskiego, w rejonie Brestu.

– I ona woli te wysepki od Paryża? – zapytałem, przewijając w telefonie zdjęcia z Google Maps.

– Na to wygląda – stwierdziła siostra.

Piknięcie Messengera.

Tata wysłał link z YouTube’a. Klikam i po chwili płyną pierwsze dźwięki melodyjnego utworu. Starszy facet śpiewa w języku, który nie przypomina niczego, co znam. Po chwili na scenę wchodzi Nolwenn Leroy i zaczyna śpiewać drugą zwrotkę. Ta część utworu śpiewana jest już po francusku. Świetny kawałek muzyki. Szybko cofam do początku i słucham jeszcze raz. Utwór nosi tytuł Brian Boru – to imię historycznego króla Irlandii, który zjednoczył kraj i pokonał w wojnie wikingów, przepłacając zwycięstwo śmiercią w walce. Pieśń ma średniowieczny rodowód i znajduje się w repertuarze jednego z najbardziej znanych bretońskich muzyków – Alana Stivella. W wersji, którą mi wysłano, wykonuje on utwór na koncercie z gościnnym występem Nolwenn Leroy. Byłem pod wrażeniem melodii głosu tej francuskiej piosenkarki.

– Jak wy ją znaleźliście? – zapytałem tatę przy kolejnej okazji.

– Na YouTube śpiewała w duecie z Patrickiem Fiori i nie odstawała – odpowiedział.

To prawdziwe pochlebstwo. Patrick Fiori to Phoebus z musicalu Notre-Dame de Paris. Jeśli ktoś z śpiewa z Patrickiem i nie odstaje, to wiele dobrego o nim mówi.

Je ne serai jamais ta parisienne – piosenka, którą Julia śpiewała w konkursie, pochodzi z płyty Bretonne, czyli Bretonka. Pracując przy komputerze w biurze, siedziałem w słuchawkach odcięty od świata, wsłuchany w dźwięki fletów, gitary, skrzypiec, a przede wszystkim głosu Nolwenn. Część piosenek była po francusku. Inne w chrobotliwym, do niczego niepodobnym języku, który w końcu zidentyfikowałem jako bretoński. Treść utworów ogniskowała się wokół Bretanii. Półwyspu wbijającego się w Atlantyk na zachodnim krańcu Francji. Część z nich były to tradycyjne pieśni ludowe z tego regionu.

– Czego dzisiaj słuchamy? – zapytał tata pewnego wieczoru.

– Brest! – wypaliłem szybko. Piosenka Christophe’a Miossec’a, śpiewana przez Nolwenn Leroy jako cover.

Czy zacząłeś mnie nienawidzić

Gdy ośmieliłam się opuścić Brest

Reda, port, co z tego zostało

Wiatr w alei Jeana Jaurèsa

– Ale ona jest dobra – stwierdziłem.

– Jest – potwierdził tata.

 

Bretania i ja

– Fajnie by było pojechać do tej Bretanii – powiedziałem któregoś dnia. – Patrzyłem na biura podróży, ale mało jest tam wycieczek i żadna nie ma w programie Brestu. Jeśli jakieś są, to jest w programie też Paryż, a ja już nie mam potrzeby jechać tam trzeci raz.

– Można pojechać samemu – zauważyła siostra.

– Można. Tylko że do Paryża leci się samolotem i jeździ metrem po mieście, Bretania to rozległy teren, a atrakcje rozproszone są po półwyspie. Komunikacją publiczną może być ciężko. Chyba najlepiej też polecieć i wypożyczyć samochód.

Mgliste plany na temat wycieczki do Bretanii szybko otrzymały nokautujący cios. W lutym 2020 roku byłem ze znajomymi na Litwie. Muzeum, do którego chcieliśmy wejść, było zamknięte. Powód – pierwszy przypadek COVID-19 na Litwie. Po 18

powrocie do domu wiadomość dnia: pierwszy przypadek w Polsce. Wszystko działo się lawinowo. Byłem w delegacji w Wołowie. Kończyłem projekt, gdy cały kraj na żywo liczył nowe zakażenia. Powszechna histeria. Ludzie wykupywali ze sklepów makaron i papier toaletowy. Udzieliło mi się to. Wracałem pospiesznie z delegacji. Po powrocie wpadłem do sklepu i zaopatrzyłem się w żywność o wydłużonym terminie ważności. Firma wysłała mnie na dwa tygodnie urlopu. Kolega pisał na Messengerze, że utknął w Czarnogórze. Koledzy z pracy nie mogli wrócić z Węgier. Po wyludnionej ulicy wolno sunął samochód z megafonem: ,,Uwaga, uwaga! Mamy stan epidemii!”. Po internecie krążył mem ,,Moje plany na wakacje” ze zdjęciem dziewczyny siedzącej przy szklanych drzwiach pralki imitujących okno samolotu. Jakiekolwiek pomysły wakacyjne musiały pozostać w sferze marzeń.

Minęły dwa lata. Od kilku miesięcy trwała już wojna w Ukrainie. Siedziałem w biurze wpatrzony w ekran, czytając zaległe maile, które gromadziły się, gdy byłem w delegacji na Węgrzech.

– Handlowiec z Niemiec próbuje sprzedać system do Francji. Poprosił mnie o wycenę – powiedział szef, zwany dalej Kapitanem.

– O! A gdzie konkretnie? – podskoczyłem na obrotowym krześle.

– Torcé. Nie wiem, gdzie to jest.

Mapy Google szybko poszły w ruch. Bretania. Nie wierzę.

– Bretania – mówię.

– Ale nie ma co się podniecać. To i tak nie wejdzie. Klient tego nie kupi – stwierdził Kapitan.19

– A może jednak.

– Praca w mroźni. Ciężkie i nieprzyjemne warunki.

– Ale Bretania. Trochę daleko od Brestu. Ale Bretania.

Pół roku później:

– Kupili – oznajmił Kapitan.

– Co i kto? – zapytałem.

– Nasz system. Francuzi. Wyceniłem grubo, ale i tak wzięli.

– Chodzi o ten projekt w Bretanii?

– Tak – potwierdził Kapitan.

– Czy znalazłaby się rola w tym projekcie dla mnie? – spytałem.

– Nie wyobrażam go sobie bez ciebie – padła odpowiedź.

 

Mont-Saint-Michel

Z Centralnej Polski do Rennes, stolicy Bretanii jest około 1800 kilometrów drogi samochodem, którą Mapy Google wyceniają na prawie 19 godzin ciągłej jazdy. Poza kilkoma wyjątkami to właśnie tym środkiem transportu podróżowałem ze względu na konieczność zabrania większej ilości sprzętu i niezależność w przemieszczaniu się na miejscu. Droga do Brestu to ponad 2000 kilometrów i ponad 20 i pół godziny jazdy ciągiem. Mapy Google z reguły proponują trasę przez Szampanię, Paryż i Le Mans, jednak ja zazwyczaj wolałem omijać stolicę Francji i jej korki, podróżując przez Hauts-de-France i Normandię. Jadąc tą trasą, przejeżdża się obok wyjątkowego w skali światowej miejsca, które zlokalizowane jest na pograniczu Bretanii i Normandii, choć należy podkreślić, że leży jednak po 20

stronie normandzkiej. Ta opowieść nie byłaby jednakże pełna bez uwzględnienia tej perełki. Mowa o opactwie Mont-Saint-Michel. Jest ono położone na nieodległej od lądu wyspie. Choć precyzyjniej należy powiedzieć, że Wzgórze Świętego Michała staje się wyspą w czasie przypływu, a przestaje nią być, gdy woda opada w swoim cyklu wędrówki za Księżycem. Skok pływu może osiągać nawet 14 metrów!

– Kiedyś nie było tej grobli – zaczął kolega z pracy, z którym zmierzałem od parkingu w stronę wyspy i sanktuarium. Do przejścia mieliśmy kawałek, mogliśmy skorzystać z busika, ale chcieliśmy mieć przyjemność ze spaceru i zrobić zdjęcia z odległości. – Wtedy można było podjechać pod same mury, ale ryzykowało się, że jak przyjdzie przypływ, to zaleje auto. Jak ktoś nie ogarnął, to wychodził z klasztoru i miał wóz pod wodą – kontynuował ze śmiechem.

Mont-Saint-Michel jest trzecim najpopularniejszym celem turystycznym Francji z około 3 milionami zwiedzających rocznie. Dwie czołowe lokaty to wieża Eiffla i Wersal, co sprawia, że często upraszcza się to do stwierdzenia, że normandzkie sanktuarium jest drugie po Paryżu. Tak potężna jest siła przyciągania tego miejsca dla ludzi z całego świata. Mont-Saint-Michel, położone od stolicy Francji jakieś cztery godziny jazdy samochodem, dla wielu turystów przybywających do Paryża staje się celem jednodniowej wycieczki.

Początki budownictwa sakralnego na wyspie sięgają początku VIII wieku. Wtedy to według legendy Aubertowi – biskupowi Avranches objawiał się we śnie Michał Archanioł, nakazując zbudowanie w tym miejscu kościoła. Biskup lekceważył to jednak, do momentu gdy Michał Archanioł wypalił w jego głowie dziurę. Podziałało. Zbudowano kościół. W 965 roku przekształcono to miejsce w opactwo benedyktyńskie. Przez kolejne stulecia doświadczało ono rozmaitych perypetii, jednak co dla nas najważniejsze, przetrwało wszystkie te zawieruchy, w tym drugą wojnę światową. Współcześnie, poza byciem atrakcją turystyczną, pełni swoją pierwotną funkcję klasztorną. Obecnie w opactwie na stałe przebywają mnisi i mniszki z Monastycznej Wspólnoty Jerozolimskiej. Część osób, z którymi rozmawiałem, była zawiedziona samym wnętrzem zabudowań klasztornych. Puste mury. Nic nadzwyczajnego.

Wokół majestatycznego opactwa wyrosło miasteczko. Jego klimat jest typowo turystyczny z zatrzęsieniem sklepików z pamiątkami, restauracjami i hotelikami nastawionymi na tłumy turystów z całego świata przybywających tu na kilka godzin. Nie ma sensu zostawać tam dłużej. Klika godzin wystarczy, żeby zobaczyć wszystko. Mont-Saint-Michel to kadr. Perełka. Jego zwiedzanie jest jak oglądanie wystawy malarskiej. Idziemy do galerii, oglądamy. Och, jakie ładne. Obejrzane? To wychodzimy. Nie jest to miejsce, gdzie toczy się normalne życie, które można chłonąć, i w które można wniknąć. Chyba że ktoś lubi klimat tłoku tysięcy ludzi filmujących i robiących zdjęcia każdemu metrowi kwadratowemu. To pocztówka. Warta zobaczenia perełka architektoniczna na wybrzeżu kanału La Manche.

Kolega z pracy, z którym byłem w Mont-Saint-Michel przy okazji mojego czwartego, w krótkim odstępie czasu, wyjazdu w tamte strony, bardzo nastawił się na zwiedzanie opactwa. Ja odwiedziłem je kilka tygodni wcześniej, dlatego postanowiłem zrobić to po swojemu. Wysadziłem kolegę na parkingu, a sam pojechałem obejrzeć okolicę. Tam, gdzie nie trafiają te miliony ludzi szturmujących Wzgórze Świętego Michała. Opactwo znajduje się w rozległej zatoce pływowej. Krajobraz łąk, cieków wodnych oraz błota to prawdziwy ptasi raj. Cofające się morze odkrywa błotnistą stołówkę dla wędrujących ptaków siewkowych, które masowo zlatują się nad zatokę. Całorocznymi mieszkańcami są czaple nadobne. Jednak w pierwszej kolejności skupiłem się na ssakach.

Wybrzeże zatoki Mont-Saint-Michel to nie plaże, jakie znamy znad Bałtyku. To łąki i grzęzawiska stopniowo zamieniające się w przykrywany i odkrywany przez wodę muł. Na przybrzeżnych zielonych pastwiskach żyją stada owiec, które stały się swoistym symbolem zatoki. Byłem zaskoczony, jak jest ich dużo. Zmieniłem teleobiektyw na krótki – 18-70 mm. W torbie miałem jeszcze starego, analogowego kieva, ale później okazało się, że cały film się prześwietlił. Zbliżałem się stopniowo do owiec i robiłem zdjęcia. Zwierzęta na pierwszym planie, opactwo na drugim. Tak jak sobie wymarzyłem. Coraz bliżej, ale żeby nie przesadzić. Przesuwałem się powoli, by ich nie wystraszyć i aby uznały mnie za niegroźny element krajobrazu. Zawsze w takich sytuacjach istnieje ryzyko, że człowiek zrobi o jeden krok za dużo i znajdzie się za blisko zwierzaka. Nie wiem, jak owce reagują, kiedy jest się za blisko, ale mimo wszystko nie byłem zainteresowany, żeby to sprawdzać. Kilka tygodni wcześniej fotografowałem żubry w Teremiskach na Podlasiu. Te potrafią solidnie poturbować nachalnych paparazzi i trzeba uważać, żeby zachować odpowiedni dystans. Ale owca to nie żubr. Chciałem wyizolować jednego osobnika z tej biało-czarnej masy. Uklęknąłem, a potem powoli położyłem się na brzuchu, żeby uzyskać właściwą perspektywę. W palącym słońcu smażyłem się jak na patelni. Spędziłem z owcami tego dnia sporo czasu i jestem bardzo zadowolony ze zdjęć, które wtedy zrobiłem.

Zapraszamy na nasz kanał na YouTube.

Informacje dodatkowe

Waga 250 g
Wymiary 14,5 × 20,5 × 1 cm
Autor

Mateusz Wasiak

Język

polski

Oprawa

miękka

Rok wydania

2025

Strony

318

Rodzaj publikacji

Ebook, Książka drukowana

Format ebooka

EPUB, MOBI, PDF

Rodzaj papieru

offset 80 g + kreda 115 g

Kolor wnętrza

czarno-biały + wkejka kolor

Liczba ilustracji

12

EAN: 9788368095883

2 opinie dla Droga przez Bretanię

  1. Jan Skwarek

    Z początku lektura mi się nie spodobała – nie lubię, gdy Autor za dużo mówi o swoim życiu osobistym i wprowadza do książki zbyt szczegółowe i w mojej ocenie nieistotne dialogi. Ostatecznie jednak książka wciągnęła mnie do cna. Autor przedstawił Bretanię w niezwykle interesujący sposób, ukazując jej pięko i historię. Jak to w takich książkach bywa ubolewam, że nie było w niej więcej zdjęć. Po lekturze zapragnąłem się tam kiedyś wybrać i mam nadzieję, że to się uda. “Droga przez Bretanię” to świetna wizytówka regionu, dlatego jeśli szukacie lektur o nietuzinkowych regionach, z całą pewnością mogę tę polecić.

  2. Jolanta Ferdek

    “Droga przez Bretanię” od pierwszych stron jest lekturą wciągającą. To dziennik niejednej wędrówki autora, zafascynowanego kulturą francuską, a szczególnie tytułowego regionu -Bretanii. Jako miłośniczka podróży doceniam perspektywę człowieka w drodze, ze wszystkimi perypetiami, których doświadczył we Francji od tankowania, po zwyczaje gastronomiczne. Bardzo pomocne na wypadek eskapady w inne części świata. Dzięki szczegółowym opisom miałam wrażenie, że jestem naocznym świadkiem opisywanych sytuacji, że widzę obeliski, kroczę uliczkami surowych miasteczek północnej Francji. Pozytywnie zaskoczyła mnie erudycja autora, liczne odniesienia historyczne poparte źródłami, rzucają światło na skomplikowaną sytuację regionu i jego mieszkańców. Humor i autoironia dodają lekkości tej szczegółowej narracji w pełni oddającej fascynację autora wytrwale wracającego do Bretanii. Podobały mi się analogię do polskiej kultury. Nadmieniam, że Mateusz Wasiak z poświęceniem, wręcz w bólu uwieczniał swoje ornitologiczne zdobycze. Ja natomiast doczekałam się wzmianki o Saint Malo, które oczywiście poznałam za sprawą książki i serialu. Czuję się zaproszona do osobistej podróży i słuchania bretońskiego repertuaru. A książkę polecam miłośnikom reportażu i Francji.

Tylko zalogowani klienci, którzy kupili ten produkt mogą napisać opinię.

Wydawnictwo Sorus,
DM Sorus sp. z o.o.,
Bóżnicza 15/6,
60-643 Poznań,
Poland,
sorus@sorus.pl,
tel. +48 61 653 01 43

Wydawnictwo Sorus
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.