Już w tym miesiącu nakładem naszego wydawnictwa ukaże się niepowtarzalna autobiografia autorstwa Joanny Tanaki*. Do ostatniego ziarenka ryżu to zebrane pod wspólnym tytułem luźne zapiski, które autorka prowadziła podczas trzyletniego pobytu w Japonii. Opisuje w nich małżeństwo z rodowitym Japończykiem oraz to, co zszokowało zarówno ją samą, jak i jej męża. 

W rozmowie z nami autorka opowie o swojej debiutanckiej książce, zdradzi, co najbardziej ją zaskoczyło podczas pobytu w Japonii  i wyjawi dalsze losy, które nie zostały już przedstawione w autobiografii. Zachęcamy do lektury!

O.O.: Pani opowieść o życiu w Japonii z punktu widzenia Europejki czyta się z zapartym tchem, wiedząc, że to książka biograficzna, a nie fantazja literacka. Czy gdyby Pani wiedziała, jak będzie wyglądało życie w Japonii, mimo wszystko zdecydowałaby się Pani wyjechać?
J.T.: Myślę, że tak… To jest zawsze jakieś doświadczenie. Nawet jeżeli było niełatwe, to warto taką przygodę przeżyć. Odpowiadając na pytanie – gdybym wiedziała, że napotkają mnie trudności, z jakimi musiałam się zmierzyć, i tak zdecydowałabym się wyjechać. 

Po raz pierwszy zetknęła się Pani z Japonią jako turystka. Czy podczas tego pobytu zauważyła już Pani pozytywne bądź negatywne sygnały związane z tą kulturą, które się potem potwierdziły lub wykluczyły?
Piszę w mojej książce o tym, że widzę zasadniczą różnicę między tym, kiedy wyjeżdża się do jakiegoś kraju jako turysta, a kiedy wyjeżdża się jako osoba, która zamierza tam mieszkać, żyć, poślubić Japończyka. Wydaje mi się, że ten mój pierwszy wyjazd i zetknięcie się z japońską kulturą były zupełnie inne, bo ja widziałam wtedy Japonię oczami turystki. Potem, kiedy tam się przeprowadziłam, poznałam Japonię oczami żony Japończyka, a to już było troszeczkę coś innego, bo zetknęłam się z problemami, o których nie miałabym pojęcia jako turystka. Nie miałabym pojęcia, że muszę stawić czoła niektórym problemom, które w zasadzie zaczęły się od samego początku. Chociażby z samymi różnicami kulturowymi. Myślę, że to był chyba największy problem, z jakim się zetknęłam i nie zdawałam sobie sprawy, że to będzie takie trudne.

A co Panią najbardziej zaskoczyło podczas zderzenia się z japońską kulturą?
Podczas mojego pobytu w Japonii było mnóstwo rzeczy, który wprawiły mnie w prawdziwe osłupienie. Myślę, że największym szokiem okazało się chyba moje założenie, że wszyscy Japończycy, jako naród mądry i bardzo dobrze wykształcony, wyśmienicie mówią po angielsku. Dopiero po moim przyjeździe na miejsce i zderzeniu z prawdziwą rzeczywistością okazało się, że po angielsku nie mogę w mojej dzielnicy porozmawiać prawie z nikim, nawet z młodymi ludźmi. Przez trzy lata mojego pobytu w tym kraju po angielsku mogłam się w mojej dzielnicy porozumieć jedynie z moim mężem i z psem.
Mogę powiedzieć, że każda karta mojej książki przedstawia w zasadzie jakiś problem, nad którym starałam się pochylić, choć muszę przyznać, że rozwiązania jakie wybierałam, były czasami głupie i nieprzemyślane i doprowadzały do wielu, naprawdę komicznych sytuacji, które często były zabawne dla mnie, ale już niekoniecznie dla mojego męża. Pobyt w tym kraju był dla mnie prawdziwą szkołą życia i walką o przetrwanie, którą chyba wygrałam. Dziś, z perspektywy czasu, jestem w stanie sama przed sobą przyznać, że w moim całym życiu nie spotkało mnie doświadczenie, które byłoby z jednej strony tak bardzo trudne, a z drugiej strony tak bardzo wartościowe. Japonia jest właśnie takim cennym i niezapomnianym doświadczeniem, które postanowiłam uwiecznić na kartach mojej książki i którym chciałam się po prostu podzielić z innymi ludźmi.

Joanna Tanaka

Napisałam tę książkę, bo chciałam opowiedzieć swoją historię i nie chcę tu mówić, że ona jest skierowana głównie do kobiet, ale chciałabym, żeby ludzie poznali moje doświadczenia. Jeżeli ktoś planuje wyjazd do takiego kraju, to żeby miał świadomość, że to nie będzie takie łatwe.

Czyli można uważać, że Do ostatniego ziarenka ryżu napisała Pani z misją odczarowania Japonii i pokazania, jak wygląda tam życie na co dzień? 
Tak, to się zgadza. Mnie troszeczkę drażni, że ludzie czasami wyjeżdżają turystycznie na dwa tygodnie do jakiegoś kraju i  im się wydaje, że mają jakieś pojęcie o miejscowej kulturze. Są zafascynowani, rzeczywiście, bo mają prawo być zafascynowani po dwóch tygodniach. Natomiast kiedy człowiek zaczyna tam mieszkać i nie jest w pozycji turysty, tylko żony, matki, pracownika albo zaczyna chorować, to wtedy ten kraj już się widzi inaczej. Jako turystka byłam zafascynowana. Jako żona Japończyka, prawdę mówiąc, przerażona i od pierwszego dnia mojego pobytu w Japonii wiedziałam, że muszę się zmierzyć z pewnymi problemami i że od nich nie ucieknę. Napisałam tę książkę, bo chciałam opowiedzieć swoją historię i nie chcę tu mówić, że ona jest skierowana głównie do kobiet, ale chciałabym, żeby ludzie poznali moje doświadczenia. Jeżeli ktoś planuje wyjazd do takiego kraju, to żeby miał świadomość, że to nie będzie takie łatwe. Kiedy ktoś słyszy, że mam męża Japończyka i mieszkałam tam przez parę lat, czasami padają takie bardzo pozytywne opinie: „Chciałbym tam mieszkać”. Natomiast taki człowiek tak naprawdę nie wie, jak tam jest i nie wie, jak tam się mieszka. To wyobrażenie jest wyidealizowane, natomiast problemy napotyka się potem bardzo różne, zwłaszcza kiedy – i muszę to podkreślić – jest się kobietą. Pozycja kobiety w takim kraju jak Japonia jest jednak zupełnie inna niż w Polsce. Trzeba mieć tego świadomość wyjeżdżając i zmierzyć się z tym na miejscu. 

Co to znaczy, że pozycja kobiety w Japonii jest zupełnie inna niż w Polsce?
To bardzo złożone pytanie i myślę, że odpowiedź na nie kryje się na 420 stronach mojej książki. Ja sama jako żona Japończyka miałam doskonałą okazję, żeby przyjrzeć się temu, jak wygląda życie kobiety na japońskiej prowincji. Japońskie kobiety muszą się stosować do wielu zasad i przestrzegać tylu norm zachowań, o których my, Europejki, nawet nie mamy pojęcia. Zasad dobrego wychowania są w zasadzie uczone od dziecka. Pierwszą rzeczą jaką zaobserwowałam już na samym początku mojego pobytu w tym kraju był fakt, jak te kobiety cały czas się pilnują. Jak bardzo kontrolują sposób w jaki siedzą, chodzą, mówią, a nawet jak modelują swój głos o kilka tonów wyżej, żeby wyjść na bardziej grzeczne i uprzejme. 
Trudność, z jaką ja sama musiałam  się zmierzyć polegała na tym, że byłam niezależną kobietą, która przybyła do małej japońskiej prowincji z Europy. Jeśli zachowywałam się niegrzecznie, to nawet o tym nie wiedziałam, bo normy obyczajowe są tam przecież zupełnie inne i nie o wszystkim przeczyta się w Internecie. Pragnę też podkreślić, że Europejki czy Amerykanki często nie zdają sobie sprawy z tego, że Japończycy ich zachowanie mogą odbierać jako wulgarne i niegrzeczne. I myślę, że w przypadku kobiet właśnie na tym polegają te różnice kulturowe. My jesteśmy bardziej samodzielne, walczymy o swoje prawa i nie chcemy być tak bardzo podporządkowane mężczyznom. Japonki są bardziej uległe, usłużne i bardziej zależne od swoich mężów.

Odwróćmy rolę – czy Europejczykowi w Japonii, który ożeniłby się z Japonką, byłoby łatwiej niż Europejce? Czy różnice kulturowe łatwiej pokonać mężczyźnie?
Mam nadzieję, że nie spotykam się z dużą krytyką ze strony panów, ale wydaje mi się, że mężczyznom z Polski, z Europy, byłoby w Japonii łatwiej. Opisuję w swojej książce zasady, których kobiety muszą przestrzegać w Japonii, a które nie dotyczą mężczyzn. Te zasady dotyczą na przykład siedzenia, sposobu rozmawiania, zachowywania się w sposób bardzo zachowawczy – Japonki praktycznie pilnują się na każdym kroku. Wydaje mi się, że kobietom właśnie przez to jest trudniej i także mi przez to było trudniej. Gdybym była mężczyzną, który poślubił Japonkę, to byłoby mi na pewno łatwiej. Tak to widzę, ale nigdy się nie dowiem, czy byłoby tak rzeczywiście.

Joanna Tanaka

Ja sama jako żona Japończyka miałam doskonałą okazję, żeby przyjrzeć się temu, jak wygląda życie kobiety na japońskiej prowincji. Japońskie kobiety muszą się stosować do wielu zasad i przestrzegać tylu norm zachowań, o których my, Europejki, nawet nie mamy pojęcia.

A czy przez te kilka lat pobytu w Japonii zauważyła Pani chociaż minimalne zmiany w mentalności Japonek i Japończyków?
Zauważyłam, że zaczynają bardziej patrzeć na Zachód. Zaczynają jakby wzorować się na Zachodzie, mam tu na myśli generalnie Europę i Stany Zjednoczone, i myślę, że to w takim pozytywnym aspekcie. To też przekłada się na traktowanie kobiet. Jeśli miałabym podać przykład, to kiedyś nie do pomyślenia byłoby, żeby kobieta, która doświadcza przemocy w związku ze swoim mężem Japończykiem, zgłosiła to gdziekolwiek. Wydaje mi się, że to się na przestrzeni kilku lat zmieniło. Świadomość kobiet doświadczających przemocy jest teraz większa i obecnie częściej zgłaszają takie rzeczy. Nie potrafię tego poprzeć jakimiś statystykami, ale takie wnioski wyciągam z rozmów z Japończykami. Kobiety chyba robią się nawet takie trochę bardziej sfeminizowane, co mnie bardzo cieszy. Zaczynają walczyć o swoje prawa i widzą, że na Zachodzie kobietom żyje się lepiej pod wieloma względami i też tak chcą zacząć żyć. To jest bardzo pozytywny aspekt, który w ciągu tych kilku lat zauważyłam.

W Do ostatniego ziarenka ryżu porusza Pani kwestię stereotypów o Polakach (i nie tylko), które funkcjonują w Japonii. Które z nich najbardziej Panią rozbawiły?
Myślę, że Japończycy stereotypy o nas Polakach zapożyczyli po prostu od innych narodowości. Świat to teraz wielka, globalna wioska i w zasadzie możemy podróżować wszędzie. A kiedy podróżujemy, słyszymy właśnie o stereotypach na temat innych nacji, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Stereotypem o Polakach, który rozbawił mnie chyba najbardziej był ten dotyczący alkoholu. Kiedy wyszłam za mąż i planowaliśmy podróż do Polski, Hayato, mój mąż, bardzo się obawiał tego, że w moim domu pije się wódkę na śniadanie, obiad i kolację. Nosił się nawet z zamiarem zarezerwowania miejsca w hotelu. Był pełen obaw, że spożycie tak ogromnej ilości alkoholu może go zabić, a odmówić mojej rodzinie by przecież nie wypadało, bo nie wiedział jak zostałoby to odebrane w zupełnie obcej mu kulturze. Odwiodłam go od tego, tłumacząc, że życie w Polsce tak wcale nie wygląda i że wielu Polaków nie pije wcale. Nie uwierzył mi wtedy tak do końca, ale ostatecznie dał się przekonać i  pierwszą noc po podróży z Japonii spędził w moim domu rodzinnym. Możemy sobie tylko wyobrazić, jakie było jego zaskoczenie kiedy okazało się, że na lotnisku nikt go wcale nie wita chlebem i winem oraz jak wielkiego doznał szoku, kiedy do obiadu nie dostał wódki, a jedynie kompot.

Pani książka pełna jest codziennych, a jednocześnie trudnych dla Pani, sytuacji. Czy pisząc ją, opierała się Pani na swoich wspomnieniach, czy też materiał powstawał już w trakcie pobytu w Japonii?
Materiał na książkę powstawał stopniowo już w Japonii. W zasadzie zaczęłam tam tworzyć coś na kształt pamiętnika. Zderzenie z tak odmienną rzeczywistością sprawiło, że chciałam zapamiętać jak najwięcej z tego, co tam zobaczyłam, dlatego zaczęłam pisać pamiętnik. Tworzyłam go w zasadzie przez cały czas mojego pobytu w tym kraju, tj. przez trzy lata. Powstało z tego sześć grubych zeszytów. Na początku zamysł był taki, żeby pokazać kiedyś ten pamiętnik znajomym i rodzinie. Ale któregoś dnia ktoś zasugerował, żebym napisała książkę. Dużo czasu zajęło mi, zanim zebrałam się na odwagę. 
Moja przyjaciółka, zupełnie nieświadomie, wymyśliła tytuł. Zadzwoniła kiedyś do mnie i powiedziała: „Zawsze dowiaduję się od Ciebie czegoś niebywałego o Japonii. Dziś dowiedziałam się, że ryż w Japonii, przez szacunek do japońskiej kultury, należy zjeść zawsze do ostatniego ziarenka”. Zawyłam wtedy z zachwytu i powiedziałam: „Dzięki, Beata! Właśnie wymyśliłaś tytuł mojej książki! Bo ja zastanawiam się od kilku miesięcy, jak te zapiski zatytułować”. A potem wróciłam do Polski, usiadłam przy komputerze i przepisałam te sześć opasłych tomów. Dziś jestem bardzo wdzięczna mojej intuicji, bo te pamiętniki okazały się doskonałym źródłem, na bazie którego ta książka mogła w ogóle powstać, a powstało z tego przecież około 420 stron. Gdybym wtedy, dzień w dzień, nie prowadziła takich luźnych zapisków, to ten materiał nie byłby potem tak wartościowy i szczegółowy.

Joanna Tanaka

Moja przyjaciółka, zupełnie nieświadomie, wymyśliła tytuł. Zadzwoniła kiedyś do mnie i powiedziała: „Zawsze dowiaduję się od Ciebie czegoś niebywałego o Japonii. Dziś dowiedziałam się, że ryż w Japonii, przez szacunek do japońskiej kultury, należy zjeść zawsze do ostatniego ziarenka”.

Jak potoczyły się Pani dalsze losy po powrocie do kraju? Jak wiadomo z notki biograficznej, wróciła Pani do Polski. Czy Pani mąż już do Pani dołączył?
Po powrocie do Polski przeżyłam, proszę sobie wyobrazić, szok. Znowu musiałam się przystosować, bo okazało się, że już nie muszę tak bardzo pilnować się, jak stoję, jak chodzę, jak rozmawiam z ludźmi. Taki duży wpływ wywarła na mnie Japonia. Znajomi w Polsce zaczęli mi zwracać uwagę, że ja za wszystko przepraszałam. Tak jest rzeczywiście w Japonii, żeby absolutnie nikogo swoim zachowaniem nie urazić, a jeśli tylko nam się wydaje, że mogliśmy kogoś urazić, przeprośmy go na zapas, bo nigdy się nie dowiemy, co poczuł naprawdę. Ja musiałam znowu przystosować się do mojego życia w Polsce i nauczyć się żyć tutaj na nowo. Zrozumieć, że w Polsce jest inaczej, że normy zachowań są zupełnie inne, że nie jesteśmy bardzo zdyscyplinowani pod wieloma względami, że obyczajowość jest inna od tej japońskiej i że jako kobieta mogę się czuć tutaj dużo swobodniej. O tym cały czas muszę pamiętać.
Rzeczywiście mój mąż, Hayato, zamieszkał w Polsce, czyli w zasadzie poświęcił się, zostawił swoją pracę tam i przyjechał tutaj. Chyba spowodowane było to tym, nie ukrywam, że wiedział, jak jest mi tam ciężko. Nie do końca się tam zaaklimatyzowałam w takim stopniu, w jakim bym chciała. Ciekawe są nasze porównania, ponieważ on sam przyznał, że jemu w Polsce jest łatwiej żyć niż mi w Japonii. Planujemy więc na stałe, na razie są takie plany, zostać w Polsce. Mojemu mężowi się tu podoba, jest bardzo zadowolony. Nie chcę za bardzo zdradzać, bo nie wiem, czy ten pomysł rzeczywiście wyjdzie, ale mamy w planach napisanie książki o pobycie mojego męża w Polsce. 

To świetna wiadomość! W takim razie czekamy na efekt tej pracy. Dziękuję Pani bardzo za rozmowę.
Również bardzo dziękuję.

Do ostatniego ziarenka ryżu już w księgarniach. Zachęcamy zatem do śledzenia naszych mediów społecznościowych, aby być na bieżąco!

*Joanna Tanaka – ur. w 1981 r. w Głogowie. W 2016 r. wyjechała do Japonii, gdzie wyszła za mąż i zamieszkała na prowincji. W Kraju Kwitnącej Wiśni pracowała jako nauczycielka języka angielskiego oraz opiekunka do dzieci. Po trzech latach wróciła do Polski.


  • Do ostatniego ziarenka ryżu

    60,00  z VAT

    Na stanie