Borneo
Borneo było jednym z moich wymarzonych kierunków od lat. W poprzedzających wyjazd, niezwykle pracowitych miesiącach moje eskapady ograniczały się do krótkich wypadów w odwiedziny do mieszkających w Europie przyjaciół. Brakowało mi drogi. W ciepły sierpniowy dzień, tuż przed wyjazdem na lotnisko, pakowałam w pośpiechu ostatnie rzeczy do plecaka.
– Bilet, paszport, książeczka szczepień, kompas, kasa, latarka, repelenty, papierosy… – mówiłam sama do siebie, sprawdzając, czy spakowałam wszystko co najważniejsze.
Wydawało mi się, że o niczym nie zapomniałam. Ha! Oczywiście, że zapomniałam… Ale o czym, opowiem w dalszej części tej historii.
Pozostało wskoczyć w „ciuchy na drogę”. Zawsze wyglądam tak samo, wybierając się w podróż – mam nieśmiertelną kurtkę safari, która była ze mną w Europie, Afryce, Ameryce i Azji, buty trekkingowe, stare jeansy, czarny T-shirt, okulary przeciwsłoneczne oraz buff (czyt.: baf), czyli rodzaj kołnierza z mikrofibry – mistrzowski wynalazek. Mój buff ma napis Adventure Begins Today i jest jednym z najfajniejszych gwiazdkowych prezentów, jakie kiedykolwiek dostałam. Ma już ładnych kilka lat i towarzyszył mi podczas wędrówki po Azji, służąc i za czapkę, i za opaskę, i za szalik, i za opatrunek, a odcięty z niego scyzorykiem fragment okazał się niezawodny przy związywaniu włosów.
W momencie, kiedy ubieram się w mój podróżniczy „mundur”, zakładam plecak i ruszam na lotnisko… Nie, nie staję się inną osobą, nie nabywam supermocy – po prostu czuję wówczas radość i ekscytację. Jakbym przestawiała się na tryb „podróż”. Automatycznie przestaję stresować się jakimikolwiek sprawami. Nie denerwuję się podróżą, a wielogodzinne loty uwielbiam. Mam wreszcie czas na to, żeby pomyśleć, posłuchać muzyki, nadrobić zaległości filmowe i po prostu odpocząć. Lubię nawet kilkugodzinne międzylądowania, podczas których zwykle siedzę gdzieś z kawą (najczęściej na podłodze, koło kontaktu) i piszę, obserwując ludzi. Wybierając się w podróż – mając tylko bilet, bez żadnego planu – cieszę się na samą myśl o wyzwaniach, które czekają mnie po drodze. Zmęczenie, a czasem nawet zmordowanie, podczas podróży to dla mnie najlepszy relaks.
Do wyprawy na Borneo się nie przygotowałam. W ogóle. Postanowiłam wynieść moje samotne eskapady na nowy poziom i niczego nie sprawdzać przed wyjazdem. Choć miałam przewodnik, to go nie przeczytałam. Pomyślałam, że to będzie podwójnie ekscytujące. Wylądowałam w Kuala Lumpur i stwierdziłam, że właściwie mogłabym od razu lecieć dalej. Odebrałam bagaż, usiadłam i sprawdziłam w przewodniku większe miasta na Borneo. Znając już nazwy, ruszyłam po bilety. W ofercie był akurat bardzo atrakcyjny cenowo lot do Kuching. Niestety, dopiero za pięć godzin. Zdecydowałam, że poczekam, a w tym czasie poczytam przewodnik i wypiję kawę. „Znakomicie – pomyślałam, gdy znalazłam nazwy jakichś hotelików w Kuching – a zatem ramowy plan już jest”.
Kuching
Wysiadłam na lotnisku w Kuching koło godziny 21.00 i pojechałam do hostelu. Nie było wolnych miejsc. Poszłam do drugiego hostelu. Nie było wolnych miejsc. Do trzeciego. Nie było wolnych miejsc. Do czwartego, piątego… Z każdym krokiem mój plecak zdawał się ważyć coraz więcej. Byłam tak zmęczona, że myśl o położeniu się i przekimaniu na zaśmieconym i śmierdzącym szczynami chodniku wydawała się coraz bardziej kusząca. Przemierzałam miasto od hotelu do hotelu. Nigdzie nie było miejsc. Później okazało się, że akurat odbywało się jakieś lokalne święto, rodzaj festiwalu, i wszystkie tańsze miejsca noclegowe były zarezerwowane z dużym wyprzedzeniem.
Idąc niewielką uliczką, zobaczyłam oświetlony, duży, drewniany stół wystawiony przed kilkupiętrową kamienicą. Siedziało przy nim sześciu młodych mężczyzn. Kilku z nich bez koszul, bardzo elegancko umięśnionych – nie głupkowato przypakowanych z napuchniętymi mięśniami, jak nasi niektórzy wielbiciele siłowni, ale szczupłych, z wyraźnie zaznaczonymi wąskimi pasmami mięśni, taki typ umięśnienia „boksera tajskiego”. Na tychże imponujących klatach widniały niesamowite tatuaże. Wymalowane czarnym tuszem wzory jakichś mitologicznych kreatur, tajemnicze (dla mnie) symbole i litery. Mimo iż byłam nieziemsko zmęczona (moja podróż trwała już ponad trzydzieści godzin), zwróciłam na to uwagę, wyglądali naprawdę nieźle.
– Hej. Szukasz noclegu? – zagadnął jeden z chłopaków.
– Tak!
– Mam pokój.
– Ile?
Okazało się, że stół należał do knajpki położonej przy hostelu, którego ów chłopak był pracownikiem. Pokój był niezbyt tani, ale – jak się okazało – generalnie Borneo jest dość drogie. Miał okno, materac na podłodze i wspólną dla całego piętra łazienkę w korytarzu. Było tam w miarę czysto.
– Zostaję. Dwa dni minimum. Czy można u was kupić piwo?
– Tak, mamy piwo.
„No to git” – pomyślałam.
Zamiast położyć się spać, ogarnęłam się nieco, wzięłam papierosy i poszłam do baru. Okazało się jednak, że papierosy nie są najlepszym icebreakerem na Borneo. Muzułmanie tam raczej nie palą. Nie piją też piwa. Siedzieli przy kawie. Tylko jeden z mężczyzn, z wytatuowanym krzyżem, palił.
Piwo na Borneo jest horrendalnie drogie. Mała buteleczka kosztuje kilka dolarów. Nie ma tam żadnych browarów, wszystko jest importowane. Generalnie piwa się nie pije, jest przywożone tylko dla turystów i pewnie stąd jego obłędna cena. Nie znaczy to jednak, że mieszkańcy Borneo (mówimy tu rzecz jasna o wyznawcach innych niż islam religii) nie piją alkoholu. Owszem, pędzą bimber. Diabelsko mocny i niesmaczny trunek. O jego degustacji opowiem chwilę później.
Udało mi się złapać kontakt z nowymi kolegami z Kuching i nawiązać rozmowę. Mówili dobrze po angielsku. Okazało się, że była to grupa tatuażystów z „salonu” położonego nieopodal. Podczas rozmowy pierwszy raz usłyszałam o lokalnych plemionach i ich zwyczajach, między innymi o tradycyjnym, czy też raczej rytualnym tatuowaniu młodych mężczyzn. Podobno po tatuażach można poznać, z jakiego plemienia ktoś pochodzi.
Dzień później dowiedziałam się, że moje piwo wypiłam w towarzystwie nie byle kogo. Jeden z moich kompanów znany jest jako „najlepszy tatuażysta świata”. Przypuszczam, że o wielu tatuażystach krążą takie pogłoski, ale faktem jest, że Malezja słynie ze sztuki tatuażu, a oglądając wzory, którymi ozdobione były ręce, szyje czy plecy moich nowych znajomych, uznałam, że rzeczywiście coś w tym jest. Po prostu dzieła sztuki.
– To jak? Zdecydujesz się na tatuaż? – spytał jeden z Malezyjczyków.
Hm. Myśl była niezwykle kusząca. Ale widziałam ten ich salon – w obdrapanej, brudnej, starej kamienicy – i mimo całej sympatii do nowych kolegów stwierdziłam, że raczej nie zaryzykuję. Zarażenie żółtaczką czy innym świństwem to zdecydowanie nie jest ten rodzaj adrenaliny, którego poszukuję w życiu. Podziękowałam dyplomatycznie, odpowiadając, że chętnie bym się skusiła, ale moja mama mi nie pozwoliła. Pokiwali ze zrozumieniem głowami. Myślę, że po tej wypowiedzi paradoksalnie zyskałam w ich oczach: „Może i nie jest muzułmanką, ale przynajmniej słucha mamy”.
Moi nowi koledzy opowiedzieli mi też o łowcach głów. O tym, że odcinanie i mumifikowanie głów wrogów było wiekową tradycją na wyspie i że do dziś zmumifikowane głowy wiszą w tradycyjnych, długich domach na wsiach, w których mieszka czasem po kilka rodzin. Głowy wywieszane są (po dziś dzień) pod dachem, na ganku – wspólnym dla wszystkich zamieszkujących dany dom lokatorów – i mają chronić ich przed złymi mocami, jakby dając im dodatkowo siłę ich wrogów.
– Ale ten zwyczaj odszedł już do historii? – spytałam.
– No… w sumie tak… Ale zrozum, Borneo to naprawdę dzika wyspa, w głębi dżungli może zdarzyć się wszystko.
Myślałam, że mnie wkręcają, jednak usłyszałam potwierdzenia tych opowieści od kilku innych przedstawicieli lokalnych plemion, których spotkałam po drodze. A tak na marginesie, odcinanie głów to może najbardziej przemawiająca do wyobraźni, acz chyba nie najgorsza z rzeczy, które miały bądź mają miejsce w borneańskiej dżungli. Rozwinę tę myśl nieco później.
Jak już wspomniałam, do podróży się nie przygotowałam. Nie była to najmądrzejsza decyzja. Okazało się, że busy, noclegi w parkach narodowych i turystyczne atrakcje były zarezerwowane z wyprzedzeniem – nigdzie nie dało się znaleźć wolnych miejsc. Aha, i jeszcze jedna ważna informacja. Był ramadan. To mocno ograniczało możliwości jedzenia, picia czy jakiegoś socjalizowania się z lokalnymi mieszkańcami za dnia. Nawet jeśli jakieś knajpki były otwarte, to świeciły pustkami. Kuching – mimo ciekawych rozmów – oszałamiające nie było… Co chwilę padał deszcz, a tamtejszy deszcz to po prostu ulewa, jakiej nigdy wcześniej nie widziałam. Oberwanie chmury, ściana wody.
Tu zagadka – o jakim elemencie ekwipunku warto nie zapomnieć, kiedy wybieramy się do lasu deszczowego? Czyżby o kurtce przeciwdeszczowej? Zgadnijcie, czego zapomniałam spakować do plecaka…
Park Narodowy Bako
W Kuching zostałam ładnych parę dni, bo to dobry punkt wypadowy do położonego nieopodal Parku Narodowego Bako oraz rezerwatu orangutanów. Do parku udałam się tylko na jeden dzień, bo nie udało mi się… niespodzianka… znaleźć tam noclegu. Wiedziałam zatem, że to będzie intensywny dzień trekkingu. Z miasta wyjechałam koło 5.00 rano, złapałam pierwszy autobus, następnie łódź. Na szczęście łodzie były pięcioosobowe, co pozwoliło mi dołączyć do dwóch miłych par – z Niemiec i Belgii. Umówiliśmy się, że będziemy również wracać wspólnie, około godziny 16.15, żeby zdążyć na ostatni autobus do Kuching, który odjeżdżał po 17.00.
Dojechałam do położonego na półwyspie parku Bako i byłam oszołomiona pięknem krajobrazu. Błękitna woda, soczyście zielone wzgórza. W parku wytyczono kilka tras, zdecydowałam, że wybiorę jeden z dłuższych jednodniowych szlaków. Pierwszy raz maszerowałam po prawdziwej tropikalnej dżungli. Niezwykłe doświadczenie. Nie spodziewałam się aż takiej wilgotności w lasach i suchego żaru na płaskowyżu. Świetna trasa, częściowo dość stroma. Idąc po lesie, pomyślałam, że to wszystko prawda, co wyczytałam w przewodniku Lonely Planet – kilometr w dżungli to jak dwa na innym szlaku, a pociłam się tak, że wreszcie dowiedziałam się, po co człowiekowi brwi. Otóż gdyby nie one, pot w takich sytuacjach zalałby nam oczy. W tym kontekście moje krzaczaste brwi okazały się niezwykle funkcjonalne. To nie było zwykłe zmęczenie i spocenie – jak po nawet cięższym wysiłku fizycznym. I wybaczcie naturalistyczne opisy, ale miałam wrażenie, że całe moje ciało zaraz zamieni się w ciecz. To nie były strużki, to były rzeki potu. Nie wiem nawet, do czego to porównać. Bo nie chodzi tylko o upał, ale również o wilgoć w powietrzu i samą trasę pod górę – ten miks sprawia, że człowiek czuje się, jakby wspinał się po stromych schodach w saunie. To chyba najbardziej obrazowe i najlepsze porównanie.
Nawiasem mówiąc, kilka dni później spotkałam w hostelu… autora wspomnianego przewodnika i miałam okazję mu osobiście powiedzieć, że miał całkowitą rację, opisując trekking w dżungli.
Las jest niezwykle gęsty, z najróżniejszymi gatunkami roślin, których nigdy wcześniej nie widziałam, strzelistymi drzewami o grubych pniach, pokrytymi porostami, pędami, kłączami; ze zwierzętami, które można po drodze usłyszeć. Ale nie zobaczyć. Człowiek jest tam intruzem, zwierzęta się go boją. W sumie nie ma się co dziwić. Tak czy siak, udało mi się zobaczyć jeden z endemicznych gatunków małp nosaczy. Z daleka tego wyraźnie nie widziałam, ale małpy wyglądają zabawnie – mają długie, grube nosy, kompletnie nieproporcjonalne do ich pociesznych mordek. Są, obok orangutanów i ptaków dzioborożców, jednym z symboli wyspy.
Park Bako jest niezwykle popularny wśród turystów, według Lonely Planet to atrakcja numer jeden na wyspie. Większość odwiedzających wybiera krótkie trasy, przez co na moim szlaku byłam sama, a przynajmniej – nikogo nie spotkałam. W drodze powrotnej znalazłam, również bezludną, zatoczkę. Był akurat odpływ, więc najpierw po białym piasku, a następnie w wodzie po kolana przeszłam do wapiennych skałek i usiadłam na kamiennej półce. Sama. W słońcu, zmęczona po kilku godzinach trekkingu, obserwowałam morze i wysepki wyłaniające się w oddali ze spokojnej tafli błyszczącej refleksami słonecznymi wody. Pozbierałam kolorowe muszelki, poszłam popływać, zrobiłam trochę notatek, pobyłam sama ze swoimi myślami i po prostu powygrzewałam się na skale. Bardzo sobie cenię te spokojne momenty samotności, kiedy jestem otoczona przez wspaniałość przyrody tej planety. Perfekcyjna chwila.
Pomyślałam, że nawet jeśli przyjechałabym na Borneo jedynie dla tego widoku i trekkingu w Bako – to było warto. Nie przypuszczałam wówczas, że podróż będzie warta zapamiętania z tak wielu innych powodów. Jako soundtrack do tej wyprawy wzięłam ze sobą głównie rockowe utwory – Borneo kojarzyło mi się z dżunglą, więc playlistę dumnie otwierał Guns N’ Roses. Ale to nie pasowało do takiego miejsca. Niezwykłe piękno przyrody Parku Narodowego Bako przypomniało mi utwór Louisa Armstronga What a Wonderful World.
Około 15.30 wróciłam do wejścia do parku. Para z Niemiec już czekała. Zamieniliśmy kilka słów, obserwując małpę, która ukradła komuś puszkę coli ze słomką, a następnie szybko wspięła się na dach i popijała napój, z zaciekawieniem spoglądając na ludzi na dole. Ludzie na dole z zaciekawieniem spoglądali w górę. Następnie małpa zaczęła… sikać, prosto na jeden ze stołów.
– No, nie dziwota. Po tej całej coli – skomentował Niemiec.
Belgijska para dołączyła do nas po paru minutach i ruszyliśmy w stronę plaży. Naszej łodzi nie było. Inne przypływały i odpływały, kolejne grupy turystów opuszczały park, aż zostaliśmy na plaży zupełnie sami. W tym czasie niebo nad półwyspem zaczęło się chmurzyć. Spadły pierwsze duże krople. Z każdą minutą deszcz przybierał na sile. Nagle niebo przeciął błysk, a po chwili usłyszeliśmy pierwszy grzmot. A my nadal czekaliśmy na łódź! Fakt, że dopiero pół godziny, ale i tak czuliśmy się już jak rozbitkowie.
Kiedy w końcu łódź się pojawiła i ruszyliśmy w podróż powrotną, rozpętała się prawdziwa burza. Pioruny, wiatr, zacinający deszcz. Przynajmniej na tej części nieba nad nami. Kiedy spojrzałam w prawo, widziałam błękit i słońce, po lewej zaś stronie niebo miało niebieskawy kolor i widać było na nim tęczę. Hoop for the lowly, jak poetycko określił ją Kerouac w swojej, znakomitej zresztą, powieści Dharma Bums. A w samym środku tego wszystkiego my przedzierający się przez sztorm.
Zakupione w Kuching plastikowe poncho na niewiele się zdało. Ubrania były całkowicie mokre. Burza trwała może ze dwadzieścia minut. Kiedy dotarliśmy do autobusu, słońce znów jasno świeciło. Znacie utwór Everywhere I Go It Rains On Me? Na Borneo przypominał mi się kilka razy. Czego się jednak spodziewać, kiedy jedziemy do lasu deszczowego?
Orangutany
Na spotkanie z włochatymi pomarańczowymi małpami wybrałam się o świcie. W rezerwacie Semenggoh, nieopodal miasteczka Kuching, żyją one na „półwolności” – poruszają się swobodnie po lesie, ale dwa razy dziennie mają karmienie. To moment, kiedy turyści mogą je oglądać. Z moich obserwacji wynika, że większość turystów podjeżdża autokarami do wejścia blisko miejsc karmienia, wyskakuje na chwilę, robi zdjęcia i odjeżdża. Ja chciałam trochę pospacerować po lesie, publiczny autobus przywiózł mnie do głównego wejścia, skąd do miejsc karmienia są jakieś trzy, cztery kilometry. Miałam nadzieję, że po drodze uda mi się zobaczyć zwierzęta. Niestety. Ponieważ byłam w parku wcześnie rano, przy piaszczystym placu, punkcie zbiórki dla grup, było raptem kilka osób. „Może nie będzie tak źle” – pomyślałam. Płonne nadzieje, im bliżej godziny 9.00, godziny karmienia, tym więcej turystów. Po prostu tłum, na pewno ponad sto osób. W tym czasie wokół placu zaczęły szeleścić drzewa, a z oddali dochodziły trzaski łamanych gałęzi. To orangutany zmierzały na śniadanie.
Ależ one są piękne! Ciemnopomarańczowe, grube, długie futro. Jeden z nich był naprawdę potężny, myślę że ważył grubo ponad sto kilo. Była też mama z noworodkiem i inna mama ze swoim nieco starszym dzieckiem, które spało wczepione w jej futro. Orangutany wyglądały jak wielkie, pocieszne przytulanki, ale przeskakiwały nad naszymi głowami ze zwinnością i gracją, chwytając kolejne liany i gałęzie. Nie tracąc równowagi, wisząc na jednej ręce, drugą wyciągały w kierunku opiekuna po owoc. Obserwując je, pomyślałam, że bardzo przypominają ludzi. Co więcej, wydają się inteligentniejsze niż niektórzy…
Po karmieniu poczekałam, aż grupy odjadą. Zostałam w parku i poszłam na spacer, ale znowu padał deszcz, więc zdecydowałam, że czas wracać. Dotarłam do głównej, betonowej drogi prowadzącej do wyjścia. Idąc, fotografowałam co ciekawsze okazy roślin mijane po drodze. W pewnej chwili skończyły mi się baterie w aparacie, lecz miałam przy sobie zapas, więc przykucnęłam na jedno kolano, zdjęłam plecak i zaczęłam szukać w nim baterii. I znów to samo! Czy to torebka, z którą chodzę do pracy, czy plecak na trekking, zawsze mam problem, żeby znaleźć tam to, czego akurat szukam.
Grzebiąc w plecaku, podniosłam nagle wzrok. Jakieś dwa metry przede mną stała na czterech łapach orangucica z młodym na plecach. Oniemiałam. Ja, kucająca i przygarbiona, oraz ona, byłyśmy mniej więcej tego samego wzrostu – patrzyłyśmy sobie prosto w oczy. Nie wstając, żeby jej nie przestraszyć, powoli wycofałam się na bok, przepuszczając ją na drodze. Przeszła obok spokojnie, a po paru krokach odwróciła się i raz jeszcze badawczo zmierzyła mnie wzrokiem. No i właśnie po to pojechałam na Borneo – aby stanąć oko w oko z orangutanem. Mission accomplished.
Sibu
Do Sibu dotarłam z Kuching po wielogodzinnej podróży łodzią. Tu, pośrodku niczego, znalazłam kolejną inspirację. W portowym miasteczku, w czasie ramadanu, bez turystów i jakichkolwiek atrakcji. Zastanawiałam się, czy iść na chwilę spać i od razu wyruszyć w dalszą drogę, czy zostać tam na jedną noc. Jako że znalazłam sympatyczny hotel, postanowiłam zostać. Sytuacja rozwija się jednak dynamicznie podczas moich podróży, więc dodam, uprzedzając nieco fakty, że zatrzymałam się tam i na kolejny dzień.
„Brud i smród” – takie były moje pierwsze myśli po zejściu z łodzi. Śmierdziało nadgniłymi rybami, na nadbrzeżu powitały mnie obdrapane budynki z zardzewiałymi metalowymi elementami, odpadającymi szyldami i łuszczącą się farbą. Wszystko wyglądało na zniszczone i mocno nadgryzione zębem czasu. Na tym tle biały (acz od brudu poszarzały) pomnik dumnie prężącego się łabędzia – będącego symbolem miasta – wyglądał nieco kuriozalnie.
Szłam nabrzeżem, szukając miejsca do spania. Jeden hotelik gorszy od drugiego, ciemne, duszne, wilgotne pokoje bez okien (okno to tutaj luksus, za który trzeba dopłacać). Wreszcie trafiłam do prowadzonego przez Chińczyków hotelu, który był tani, czysty i schludny, i w którym było piwo (przypominam: nie dość, że muzułmański kraj, to jeszcze ramadan). Czego chcieć więcej? Oddałam rzeczy do prania, ucięłam sobie drzemkę i postanowiłam wyjść na kolację. Słońce już zaszło, a zatem restauracje powinny były już być otwarte (za dnia wszystko było pozamykane ze względu na ramadan).
Szłam małymi uliczkami, przy których jednak nie było zbyt wielu jadłodajni. Właściwie to zobaczyłam tylko jedną. Plastikowe krzesełka i stoliczki na zewnątrz (używam zdrobnień, bo zgodnie z trendami panującymi w ulicznych barach Azji Południowo-Wschodniej krzesła i stoliki są dużo mniejsze niż standardowe), przy nich sporo miejscowych, głównie o chińskich rysach twarzy. W Sibu, jak się później dowiedziałam, mieszka duża społeczność chińska. Co ciekawe zresztą, Malezyjczycy podchodzą do nich z rezerwą, pełni uprzedzeń i stereotypów. Było po 19.00, uliczka była ciemna, a oświetlona restauracja wyraźnie kontrastowała z otaczającą ją ciemnością. Przy jednym ze stolików zobaczyłam białą twarz. Postawny, dobrze zbudowany, wysoki mężczyzna, około czterdziestu pięciu lat, o szerokich barach i atletycznej sylwetce oraz intrygującej twarzy. Złamany nos, śniada cera; taka twarz raczej ciosana siekierą niż rzeźbiona przez Michała Anioła. Powiedzmy sobie szczerze, na intelektualistę to on raczej nie wyglądał. Może ten opis nie brzmi jakoś zachęcająco, ale choć wyglądał na zbira, szpetny nie był. I może od razu bym zagadała i się przysiadła, widząc w azjatyckiej mieścinie białą twarz, ale uznałam, że byłoby to niestosowne (ten cały konserwatyzm i ramadan najwyraźniej tak na mnie podziałały). Poza tym na stoliku stały przed nim dwie butelki piwa, więc wywnioskowałam, że nie jest sam.
Szłam więc dalej, kolejnymi ciemnymi uliczkami, na których nie było żadnych knajpek. Wreszcie trafiłam na jakąś jadłodajnię, lecz wyglądała tak obskurnie (a w środku nie było żadnego klienta), że zdecydowałam, że wrócę do miejsca mijanego wcześniej. Gość cały czas tam był. Spytałam, czy jedzenie jest OK, odpowiedział z uśmiechem, że tak, i gestem zaprosił mnie do stolika.
– A te dwa piwa przynieśli przez pomyłkę. Jestem sam.
Zauważyłam, że miał lekki wschodni akcent. Pomyślałam, że to pewnie Rosjanin. Okazało się, że (geograficznie) niewiele się pomyliłam.
– Skąd jesteś? – spytałam.
– Stąd – padła odpowiedź.
– Jak to stąd? Nie wyglądasz… – zdziwiłam się.
– Mówię „stąd”, bo od dziesięciu lat siedzę na Borneo. Pracuję w dżungli, w kopalni.
„Hm, górnik. Cool” – pomyślałam.
Nie mam zbyt często okazji rozmawiać z górnikami, a już tym bardziej pracującymi na Borneo, więc naprawdę się ucieszyłam. Z pewnością będzie to ciekawa rozmowa. A i może postać do kolejnej książki. Z każdym kolejnym zdaniem rosło moje zadziwienie. Nie dość, że poznany mężczyzna posiadał imponującą wiedzę na temat historii, polityki, filozofii, to jeszcze zwiedził praktycznie cały świat, najmując się do pracy w kopalniach. Nawiasem mówiąc, dowiedziałam się od niego między innymi, że w zatoce Ha Long w Wietnamie odkryto złoża złota. Prace przygotowawcze trwały kilka lat, aż wreszcie rząd zdecydował, że dziedzictwo przyrodnicze świata jest ważniejsze od krótkoterminowych benefitów, i pogonił kompanie wydobywcze! Mądra, słuszna postawa, niestety rzadka w krajach rozwijających się.
Ten temat jeszcze zresztą powróci, bo pod względem dzikiej, niezrównoważonej i rabunkowej polityki dotyczącej wszelkich surowców naturalnych rząd Malezji jest w rzeczy samej w światowej czołówce. O czym zresztą też mówił mój nowy znajomy. W ciągu blisko dziesięciu lat na Borneo swoje zobaczył… Kiedy opowiadał mi kolejne przygody, pomyślałam, że naprawdę jest wyjątkowym człowiekiem. Iran, Irak, Libia, Burkina Faso, Tajlandia, Wietnam, Ameryka Południowa. Gdy zaczął opisywać swoje życie na Borneo, jak hobbystycznie kartografuje niedostępne rejony dżungli, moje zdumienie jeszcze bardziej wzrosło. Ale „supergórnika” poznałam! Niby wiem, że można być niezwykle elokwentnym samoukiem, ale i tak czułam się zaskoczona.
Kiedy wspomniałam o swojej książce, mężczyzna wyciągnął wizytówkę i poprosił, żebym mu przesłała tekst. Spojrzałam na podany kartonik i zrozumiałam swój błąd. Ten „samouk” miał doktorat z geologii. I tak w małym miasteczku w prowincji Sarawak na Borneo, jednym z miejsc, do których turyści trafiają na parę godzin, czekając na łódź lub samolot, zanim ruszą w dalszą drogę, na skraju dżungli, w małej, zapyziałej chińskiej knajpce dwóch doktorów debatowało o literaturze, filozofii, polityce, problemach współczesnego świata i podróżach.
Nowy kolega opowiadał o swoich przygodach w Iranie, kiedy o mało co nie rozstrzelano go za zhańbienie kobiety (jak twierdził, chodziło tylko o uścisk ręki widziany przez brata owej pani). O tym, jak przedsiębiorczy Polacy na zapleczu meczetu (sic!) w Libii pędzili bimber. O tym, że w kopalniach w dżungli Borneo ukrywa się wielu kryminalistów z Europy (potwierdzili to też moi późniejsi rozmówcy). Jeden z jego dobrych kolegów i współpracowników właśnie tam czekał na przedawnienie swojego wyroku. Europejskie ramię sprawiedliwości nie sięga na Borneo. Co więcej, mam wrażenie, że nie sięga tam żadne ramię sprawiedliwości…
Z kopalni nie da się wydostać w prosty sposób.
– Nie ma czegoś takiego jak drogi. Jedziesz przez dżunglę, następnie możesz przeprawić się kawałek łodzią, jeśli stan rzeki na to pozwala, a jeśli nie, zostaje ci marsz do wioski. Następnie dopiero możesz przejechać samochodem kolejny odcinek, do kolejnej łodzi, która już dowiezie cię do Sibu, skąd możesz nawet udać się samolotem w dalszą trasę. Sama podróż do Sibu trwa kilka dni – opowiadał mój znajomy. – Mamy pięć dni wolnych w miesiącu, wtedy możemy jechać do miasta po zakupy.
– I odpowiada ci takie odcięcie od świata? – Byłam naprawdę zafascynowana tą historią.
– Tak, mam czas na to, co ważne. Pracuję, piszę, robię mapy. Czytałaś manifest komunistyczny? – zapytał nagle.
– E… no, tak, kiedyś na studiach. A skąd to pytanie?
– Bo ja właśnie coś takiego napisałem.
– Manifest komunistyczny?!
– No, nie ten oryginalny. Nie jestem aż tak stary. – Mężczyzna uśmiechnął się. – Mój manifest. Cywilizacyjny. O tym, jak ludzie rabunkowo korzystają z zasobów tej planety. Nawet to, co robimy w kopalni…
Z pasją mówił o problemach społeczno-ekologicznych, o niszczeniu lasów tropikalnych i związanej z tym faktycznej zagładzie rdzennych plemion zamieszkujących Borneo. Powracał też temat przestępców, z którymi mój towarzysz stykał się w kopalni. Słuchałam tego wszystkiego z szeroko otwartymi oczami, zastanawiając się, czy każdy w samodzielnych podróżach spotyka takich oryginałów, awanturników, jakby żywcem wyjętych z kart powieści przygodowych.
– A więc jesteś jak jedna z tych Amerykanek, samotnie podróżująca?
– Nie wiem, czy jak jedna z Amerykanek, ale tak, podróżuję sama. – Przedstawiłam pokrótce moją życiową filozofię.
– Nigdy tu nikogo takiego nie spotkałem. Ale masz świadomość, że w Sibu dziewczyna naprawdę nie powinna sama spacerować po nocy? To miasto portowe i, uwierz mi, najbezpieczniej tu nie jest. Różne typy się tu przewijają. Zdarzają się gwałty nawet na mężczyznach.
– Innymi słowy, będziesz tak miły i odprowadzisz mnie do hotelu?
– Oczywiście, że cię o tej godzinie nigdzie samej nie puszczę.
Niepostrzeżenie zrobił się środek nocy. Ulice opustoszały całkowicie, za barem drzemał oparty o poplamioną ceratę właściciel knajpki. Rozmawialiśmy ładnych parę godzin. A ja już wiedziałam, że następnego dnia nie opuszczę Sibu, tylko będę odsypiać zarwaną noc. Mój znajomy natomiast wracał do swojej dżungli.
– Idziemy?
– Mhm – skinęłam głową bez entuzjazmu.
Zapłaciliśmy, widząc wyraźną wdzięczność w zaspanych oczach sympatycznego chińskiego restauratora, i wyruszyliśmy w kierunku mojego hotelu. Po kilku piwach i godzinach rozmowy zachowywaliśmy się jak starzy znajomi. Gadaliśmy, śmialiśmy się i szliśmy objęci, co było – jak się miało za chwilę okazać – jednym z moich bardziej lekkomyślnych zachowań.
Musiał ich zobaczyć kątem oka. Przystanął. Ulica była pusta, ale po drugiej stronie stał, bacznie nam się przyglądając, patrol policji. „Supergórnik” natychmiast się ode mnie odsunął.
– Cholera, jeszcze nas aresztują. Jak potrzeba, to nigdy ich nie ma, a tu w środku nocy… Fuck – zaklął szeptem.
– Za co, przepraszam? Jakaś godzina policyjna tu jest?
– Moja droga, za publiczne obściskiwanie się. Nie zapominaj, gdzie jesteś. To obraza moralności. – Mówił to całkowicie poważnie.
I dopiero do mnie dotarło. Błyskawicznie narzuciłam na głowę chustę, która spoczywała luźno na moich ramionach, nie zakrywając nawet dekoltu. Mój towarzysz powiedział coś do policjantów w niezrozumiałym dla mnie języku. Ja zrobiłam mój najgrzeczniejszy z wszystkich możliwych wyraz twarzy i skinęłam przepraszająco głową w kierunku funkcjonariuszy. Moja mina mówiła: „Przepraszam, przepraszam, przepraszam. To się więcej nie powtórzy”.
Cała akcja trwała chwilę – oni patrzyli w milczeniu na nas, a my na nich. Nie odzywałam się, uznając, że kobieta i tak nie ma w takiej sytuacji nic do powiedzenia. Mój towarzysz raz jeszcze coś do nich powiedział; był bardzo spokojny i poważny. Poskutkowało. Jeden z nich odparł coś i, nie spuszczając ze mnie srogiego wzroku, machnął ręką. Uznaliśmy to za znak rozgrzeszenia i poszliśmy dalej. Swoją drogą, co za ironia losu – nowy znajomy miał mnie odprowadzić, żebym się po drodze nie wpakowała w tarapaty.
– Teraz rozumiem, co miałaś na myśli, opowiadając o dziwnych rzeczach, które ci się przytrafiają podczas podróży.
– Ale ja zawsze z durnych przygód wychodzę cało i zdrowo, więc będziemy mieć po prostu taką zabawną anegdotkę do opowiadania. – Wraz z oddalającym się patrolem policji, a tym samym wizją malezyjskiego więzienia, wracał mój dobry humor.
– Szkoda, że zmierzamy w tak różne strony.
– Wiem. – Pokiwałam głową ze smutkiem.
To spotkanie było kolejnym w moich podróżach, które utwierdziło mnie w przekonaniu, że na świecie są naprawdę nietuzinkowi ludzie. Idealiści, pasjonaci, którzy żyją tak jak chcą, a nie tak jak nakazują jakieś „społeczne normy”. Cieszę się, że w drodze było mi dane poznać paru z nich.
Opinie
Nie ma jeszcze żadnych recenzji