Czarna Orchidea. Miecz Odważnego Rycerza. Część II

Zakres cen: od 72,00 zł do 89,90 zł

Finał epickiej sagi, w którym magia, futurystyczna technologia i walka o władzę prowadzą bohaterów do decydującego starcia o przyszłość Imperium.

Opis

Finał epickiej sagi, w którym niezwykłe czyny zwykłych ludzi na zawsze zmienią bieg historii.

Los okazał się bezwzględny. W brutalnej, pozbawionej krztyny litości walce o władzę cierpią najmniejsi i najbardziej niewinni. Czy ofiary znajdą w sobie siłę i odwagę, aby upomnieć się o sprawiedliwość?

Uwięziona w posępnych kopalniach Nanthis Morgiana przeżywa piekło, które doprowadza ją na skraj szaleństwa. Próbę ocalenia elfki podejmuje Edward, przezwyciężając rozpacz po stracie ukochanej Lucy. Pokonany i uwięziony w zwierzęcej postaci Steve staje się kolejnym biernym trofeum Richarda, zdanym wyłącznie na jego łaskę. Sanela wraz z resztą magów przygotowuje się do decydującego starcia, które wyłoni władców Imperium. Jednak u kresu tego, co nieuniknione, do gry powraca ktoś, kto nie powiedział jeszcze ostatniego słowa…


@book_adoo: Szukacie futurystycznego świata pełnego najnowszych technologii, w którym wciąż można odnaleźć niepokorną starożytną magię? A może tęsknicie za międzygwiezdnymi podróżami, podczas których nie może zabraknąć bohaterów równie dobrze posługujących się bronią, co ciętym językiem. Albo tęsknicie za klimatem „Gwiezdnych wojen” i „Władcy pierścieni”? Jeżeli na każde z pytań odpowiedzieliście twierdząco, to bierzcie swój miecz i razem z tą niepokonaną bandą ruszajcie na wyprawę!


Marcysia Koćwin – Urodzona w 2005 roku pisarka i poetka, autorka powieści fantastycznych. W 2023 roku zadebiutowała pierwszą częścią sagi „Czarna Orchidea”. Studentka filologii hiszpańskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Prywatnie pasjonatka literatury, w szczególności gotyckich opowieści z dreszczykiem oraz muzyki klasycznej i metalowej.


SPIS TREŚCI

Drogi Czytelniku!

Część II: Kielich krwawej zemsty

Rozdział 12. Zdobędę takiego, jakiego chcesz
Rozdział 13. Jestem gotowy
Rozdział 14. Biedactwo
Rozdział 15. Milcz!
Rozdział 16. Zrobimy to z przyjemnością
Rozdział 17. I przypomnisz sobie o nas, kiedy już będzie za późno
Rozdział 18. Tym razem naprawdę mam problem
Rozdział 19. Przyniosę ci Pevers
Rozdział 20. Uso-ve sakaturo!
Rozdział 21. Myślisz, że ktoś ci uwierzy?!
Rozdział 22. Mori, co ty robisz?
Rozdział 23. W objęcia ramion Twych powraca, co zawsze było Twoje
Rozdział 24. Jakoś nam się to wszystko ułoży

Epilog
Podziękowania
Posłowie

Drogi Czytelniku!

Cieszę się niezmiernie, że wraz ze mną dotarłeś do ostatniej części sagi o Czarnej Orchidei. Historię tę układałam i spisywałam od bardzo dawna, rozpoczęłam ją nieśmiało, mając zaledwie dwanaście lat, by później zmieniać, poprawiać i ulepszać. Włożyłam w wykreowanie tego fantastycznego świata i żyjących w nim istot ogrom pracy i jestem Ci bardzo wdzięczna za Twoją uwagę i czas poświęcone tej opowieści.

Dziękuję, że dałeś się poprowadzić do finału tej międzyplanetarnej tetralogii, i ufam, że będziesz nim w pełni usatysfakcjonowany aż do ostatniej strony. Dziękuję Ci za zaufanie i szansę, jaką odważyłeś się dać Czarnej Orchidei. Mam nadzieję, że magia tej książki pozostanie z Tobą na długo.

Część II

Kielich krwawej zemsty

Rozdział 12. Zdobędę takiego, jakiego chcesz

Zaprowadzono ją do niewielkiego pomieszczenia, znajdującego się w najodleglejszej części bloku więziennego. Za całe wyposażenie służyły tam tylko nieduży stół i dwa krzesła ustawione naprzeciwko siebie. Na blacie leżała jakaś stara książka. W takich miejscach najwidoczniej nie wolno było korzystać ze zdobyczy techniki. Poniekąd ją to cieszyło. Przynajmniej nikt nie mógł zrobić jej zdjęcia. Aż się wzdrygnęła na wspomnienie tamtej paskudnej, traumatycznej sceny w łazience. Gdyby ktoś ją wtedy nagrał i udostępnił film w sieci, elfka spaliłaby się ze wstydu i w rozpaczy nie pozostałoby jej nic innego, jak odebrać sobie życie. Wolała nawet się nad tym nie zastanawiać.

Zaniepokojona, drżąc lekko i strachliwie rozglądając się na boki, została wprowadzona do wnętrza przez Maxa, który zawołał po imieniu jednego ze współwięźniów wyższej rangi, jak zaczęła w myślach nazywać strażników. Kleant, bo to o niego chodziło, wyłonił się apatycznie z cienia z naręczem jakichś dziwnych przedmiotów, które wystraszyły elfkę. Cofnęła się lekko, ale jej dręczyciel pchnął ją i siłą posadził na krześle.

– Klientka. Gdy skończysz, to mnie zawołaj, będę w pokoju – oznajmił Max, po czym wyszedł, zamykając za sobą drzwi.

Kleant przyjrzał jej się. Westchnął ciężko, a w jego spojrzeniu zagościł wielki smutek. Ostrożnie postawił przyrządy na stole i zaczął je czyścić. Morgiana była coraz bardziej niespokojna, śledząc z lękiem wymalowanym na obliczu każdy ruch strażnika.

– Znasz nasz język, dziecko? – zapytał melancholijnie.

Kiwnęła głową.

– Może znienawidzisz mnie za to, co powiem, ale ja naprawdę ci współczuję. Nie wybrałem sobie tej pracy. Wyznaczono mnie do niej. Nienawidzę tego zajęcia. – Westchnął zmęczonym głosem i zaczął majstrować przy niewielkim urządzeniu z krótką, cieniutką końcówką.

Przyglądała mu się teraz z lekkim zaciekawieniem. Jej strach przybladł w obliczu łagodnego, smutnego i zrezygnowanego tonu mężczyzny, w którym nie wyczuła żadnego zagrożenia. Uspokoiła się nieco. Nie miała pojęcia, do czego to całe ustrojstwo służy, ale kiedy Kleant włączył trzymane w dłoniach urządzonko, które naraz zaczęło złowrogo bzyczeć, elfka wystraszyła się tak bardzo, że prawie spadła z krzesła. Strażnik westchnął ciężko, wyłączył urządzenie i zerknął do książki na blacie.

– Osiem, cztery, sześć, jeden, dwa, siedem… – wymruczał pod nosem, po czym spojrzał na zdumioną i zaniepokojoną elfkę. – Podaj mi rękę.

Wystraszona i skołowana, odruchowo wyciągnęła ku niemu prawą dłoń. Była przyzwyczajona do posłuszeństwa, zwłaszcza wobec takich prostych poleceń. Kleant chwycił ją delikatnie i obrócił tak, aby miał przed oczami naznaczoną błękitnymi żyłami spodnią stronę jej ręki, a następnie spryskał ją płynem dezynfekującym. Morgianie coraz mniej się to podobało. Widać było lęk rosnący w jej oczach. Zadrżała.

Gdy Kleant uniósł urządzenie, które zaczęło charakterystycznie bzyczeć, elfka nie miała już najmniejszych wątpliwości co do jego przeznaczenia. Przypomniała też sobie całą treść rozmowy z Chenem, Enlaiem i Ruim. Strażnik zamierza jej właśnie zrobić tatuaż. Przeraziła się. Oblał ją zimny pot. Bała się bólu. Pamiątka w postaci cyfr na nadgarstku, które przed chwilą wymienił strażnik, także nie wydawała jej się atrakcyjna. Odruchowo szarpnęła ręką.

– Nie! – krzyknęła jednocześnie ze łzami w oczach.

Kleant nie spodziewał się, że jej reakcja będzie aż tak gwałtowna, dlatego elfka z łatwością mu się wyrwała. Przytuliła oswobodzoną dłoń do piersi i przytrzymała lewą ręką, jakby miało to ochronić prawą przed okaleczeniem. Bezsilna i bezbronna, rozpłakała się w głos, drżąc spazmatycznie. Mężczyzna westchnął.

– Nie płacz, proszę. Daj mi rękę, to nie boli aż tak bardzo – powiedział miękko, sprawiał wrażenie, jakby wzruszył się głęboko.

„Jakim cudem ktoś taki trafił do tego miejsca?” – zapytała samą siebie.

– Ja nie chcę! Nie chcę! – dukała, szlochając.

– Ja też nie chcę. Ale nie my o tym decydujemy.

Morgiana płakała dalej, spuściwszy wzrok, czym nie ułatwiała mu zadania.

– Wiem, że się boisz, ale proszę, nie siłuj się ze mną. Podaj mi rękę, to szybko skończymy. Nie chcę ci zadawać więcej bólu, ale jeśli wszystko będzie nam się przeciągało, to wpadnie tutaj Maximilian albo inny sukinsyn i źle się to dla ciebie skończy, wiesz o tym – tłumaczył jej łagodnie, z żalem w głosie.

Na dźwięk imienia strażnika wzdrygnęła się i szlochając głośno oraz ocierając oczy lewą ręką, wyciągnęła ostrożnie prawą w kierunku Kleanta. Bała się okropnie, nie chciała tatuażu, na pewno nie więziennego. Jeszcze bardziej obawiała się jednak gniewu innych strażników. Wiedziała już, kim byli i do czego mogli się posunąć. Nie chciała, aby któryś z nich postanowił ukarać ją za upór. Posiniaczone uda wciąż ją piekły, nie zniesie kolejnych razów. Zlękniona i zapłakana, ale równie zrezygnowana, wyprostowała drżącą rękę i ułożyła na niej głowę. Zacisnęła oczy, aby się nie przyglądać temu, co za chwilę nastąpi.

– Zaraz będzie po wszystkim – zapewnił ją Kleant i włączył urządzenie.

Słysząc jego bzyczenie, elfka wzdrygnęła się i spięła, niemniej mężczyzna lekko przytrzymał jej dłoń w odpowiedniej pozycji i rozpoczął procedurę. Morgiana jęknęła, czując szybkie ukłucia cienkiej igiełki. Zacisnęła zęby, pod powiekami znowu paliły ją łzy. Ból nie był potworny, jednak na tyle nieznośny i nieustępliwy, że nie potrafiła powstrzymać się od jęku. Oddychała ciężko, próbując opanować drżenie ciała. Nie patrzyła w stronę Kleanta, wciąż miała zamknięte oczy, licząc na to, że wszystko się zaraz skończy. Zagryzła wargę, pociągając nosem. Łkała cicho, chcąc znów wyrwać się swojemu oprawcy. Wiedziała jednak, że może się to dla niej źle skończyć.

„Wytrzymam, wytrzymam! Już niedługo, jeszcze trochę!” – mówiła sobie w myślach, czując jednak, że jej siła woli słabnie, a ona jest o krok od ponownej szarpaniny ze strażnikiem. Wiedziała, że to nic nie da, że tylko pogorszy jej sytuację i może stać się preludium do większego cierpienia. Ból jednak był długi i nieznośny, a naturalną w tym wypadku reakcją jest chęć ucieczki.

– Nie wytrzymam! – załkała, zacisnąwszy drugą dłoń na krawędzi stołu.

– Jeszcze tylko trzy – powiedział łagodnie.

Zaszlochała głośno i zacisnęła zęby tak mocno, że aż zgrzytnęły. Trzęsła się, wykrzywiając palce prawej dłoni w każdą stronę. Kleant zwiększył ucisk na jej nadgarstku i pracował dalej przy wtórze jej płaczu i bezsilnych protestów. Z każdą chwilą miała coraz bardziej dosyć. Przy ostatniej cyfrze zaczęła się szarpać, więc mężczyzna musiał przytrzymać ją mocno i brutalnie, żeby mu się nie wyrwała. Uderzyła bezsilnie pięścią w stół, pragnąc tylko, aby ten nieznośny ból się skończył.

Gdy bzyczenie ustało, elfka uniosła gwałtownie zapłakaną twarz i ujrzała na swej ręce, kilka centymetrów powyżej nadgarstka od wewnętrznej strony, sześć czarnych, paskudnych, nieco rozlanych cyfr. Skóra wokół tatuażu była zaczerwieniona i bolała okropnie. Morgiana patrzyła na to z przerażeniem.

W tej chwili Kleant wziął ze stołu płyn odkażający i spryskał świeży tatuaż. Morgiana poczuła okropne pieczenie, krzyknęła, szarpnąwszy się. Zacisnęła dłonie w pięści, oddychając szybko i nerwowo. Po paru minutach palące uczucie złagodniało, więc elfka uspokoiła się nieco. Mężczyzna nasmarował jej jeszcze to miejsce jakąś przezroczystą maścią, która dawała przyjemne wrażenie chłodzenia, a następnie zawinął, by nie wdało się zakażenie.

– Już koniec – oznajmił łagodnie, ale to Morgiana zrozumiała i bez jego pomocy.

Zszedł do głównej sali, gdzie ojciec wraz z innymi zgromadzonymi już dostojnikami czekał na wniesienie przez służbę posiłku. Przybycie Edwarda wywołało niemałe poruszenie. Nie widziano go na dole od kilku tygodni. Wszyscy słyszeli o dramatycznej śmierci małej dziewczynki, którą niemal nieprzyzwoicie polubił, oraz o jego rozpaczy. Informacja o irracjonalnym przywiązaniu syna Imperatora do tej kruszynki miała nigdy nie wyjść na jaw, jednakże wszyscy wiemy, że utrzymanie w sekrecie morderstwa, zwłaszcza tak spektakularnego, jest niezwykle trudne. Zleceniodawca zabójstwa świadomie wybrał tę drogę, aby wstrząsnąć Twierdzą i jednocześnie wyjawić niewygodną prawdę o sympatii Edwarda w nadziei, że osłabi to pozycję następcy tronu. Obecnie jednak panicz budził wśród rezydentów Twierdzy jedynie lęk.

Edward, nawet nie rzucając okiem na zebrane towarzystwo, dumnie i dostojnie wkroczył do sali i zasiadł obok ojca na swoim miejscu. Przez długą chwilę panowała niezręczna cisza. Większość zgromadzonych bała się zareagować, łypiąc po sobie niepewnie. Tylko Richard i Izaura siedzieli pewni siebie i spod nonszalancko przymkniętych powiek lustrowali dokładnie zarówno ojca, jak i syna.

– Mam wam do przekazania coś bardzo ważnego – oznajmił spokojnie Stawius i wszystkie oczy zwróciły się natychmiast na niego. – Rada Starszych poddała planetę.

To wywołało wielkie zbiorowe westchnienie ulgi, a nawet kilka głośniejszych komentarzy. Na twarzach zebranych zagościł uśmiech zadowolenia. Po chwili głośnej ekscytacji wszyscy zamilkli, aby pozwolić przywódcy mówić dalej.

– To niezwykle ważne wydarzenie, dlatego dziś wieczorem wybieram się na Euforię wraz z Morganem Cabrasem, nowym naczelnym dowódcą na miejsce zmarłego Natana Felickiego, oraz z eskortą Rycerzy. Pod moją nieobecność przekazuję władzę nad Twierdzą mojemu synowi.

Richard otworzył usta ze zdumienia. Szybko się opanował, niemniej posmak goryczy na języku, który wywołały słowa przywódcy, nie pozwalał mu siedzieć cicho. Takie postanowienie raniło jego dumę. Edward nie był jeszcze pełnoletni, a to znaczyło, że zastępcą Stawiusa na czas jego nieobecności w Twierdzy powinien zostać czarodziej. Liczył na to, usłyszawszy od swoich szpiegów, że Euforia się poddała. Tymczasem Stawius postanowił powierzyć całą władzę temu smarkaczowi, co komplikowało realizację planów maga. Nie tak to sobie ułożył.

– Ależ mój panie, Edward jest nieletni! – zauważyła za niego jego małżonka swoim piskliwym głosem.

– Owszem, ale już niedługo skończy siedemnaście lat. To będzie dla niego dobra lekcja – odrzekł Stawius.

Chłopak przyglądał mu się z zaciekawieniem. Nie spodziewał się takiej decyzji. Gdy tylko usłyszał, że to on ma przejąć władzę na czas nieobecności ojca, miał ochotę podskoczyć na siedzeniu. Obawiał się, że pełnomocnictwo dostanie Richard, co oznaczałoby, że Edward znowu będzie musiał się z nim użerać. Teraz sprawy przybierały pomyślniejszy dla niego obrót. Domyślał się, że czarownik jest wściekły.

– Ale wciąż według prawa nie może rządzić samodzielnie! Potrzebuje regenta! – upierała się czarownica.

– Będziesz się kłócić o niepełne trzy dni? – mruknął Sorin, patrząc na kobietę z dezaprobatą.

– To nielegalne! – odburknęła mu Izaura.

– Strażniczka traktatów się znalazła, myślałby kto! – skomentował półgłosem.

– Moją wolą jest, żeby to Edward zastąpił mnie podczas mojej nieobecności! – zawołał Stawius, uciszając wszelkie głosy sprzeciwu. – To postanowienie nie podlega dyskusji!

Richard zmełł w ustach przekleństwo, a Izaura prychnęła oburzona, nie odezwali się jednak więcej na ten temat. Chwilę potem służba wniosła posiłek, dolewając przy tym zgromadzonym napojów. Edward uśmiechnął się z zadowoleniem i łypnął władczo, niemal wyzywająco w stronę czarownika, który odpowiedział mu wzrokiem chłodnym i złowróżbnym.

– To się w głowie nie mieści! Jak on śmiał tak mnie zlekceważyć! – mówił oburzony Richard.

– Powiesz wreszcie, o co ci chodzi, czy dzwonisz tylko po to, żeby się wyżalić? – Sanela westchnęła niechętnie.

– Nie przerywaj mi! Podobno się tam nudzisz!

– A wcale że nie! Na pewno nie aż tak bardzo, by robić coś dla ciebie! – prychnęła.

– W takim razie będziesz musiała się poświęcić i razem z Achabem, Esmeraldą, Fatimą i kilkoma innymi osobami…

– Kim dokładnie? – przerwała mu.

– Zastanowię się i wyślę im osobne zaproszenia! – warknął mag. – Nie przerywaj mi, gdy mówię! Wasza czwórka ma się teleportować na Nanthis, gdy tylko was poinformuję o tym, że Stawius odleciał.

– Po co? – zdumiała się Sanela.

– Ciebie potrzebuję, abyś pilnowała Edwarda!

– On mnie nienawidzi – przypomniała gorzko. – Ja jego też.

– Nie każę ci chodzić z nim na randki, tylko go śledzić! – zawołał zirytowany Richard.

– Brzmi dużo lepiej. A na co mam szczególnie zwrócić uwagę w jego zachowaniu? – spytała ochoczo.

– Szczegóły wyjaśnię ci później, gdy już się tutaj znajdziesz. Na chwilę obecną twoim zadaniem jest się tu teleportować.

– Ale ja tego nie potrafię! – zaprotestowała czarodziejka. – Nigdy tego nie robiłam.

– Achab ci pomoże, jest w tym mistrzem – odrzekł Richard. – Przeniesiecie się razem.

– Kiedy dokładnie?

– Mówiłem ci już, że gdy do was napiszę! – przypomniał rozeźlony.

– Ale tak mniej więcej kiedy to nastąpi? – dopytywała Sanela.

– U nas wieczorem… będzie koło czterech godzin. Przelicz to sobie.

– Dobrze, poczekam. – Westchnęła i się rozłączyła.

Tym razem Max pilnował jej osobiście. Niemal cały czas stał przy niej i patrzył, jak pracuje. Otępiała i przygnębiona, ocierała łzy pomiędzy kolejnymi czynnościami. Zaklejona opatrunkiem ręka wciąż ją bolała. To nieznośne uczucie pulsowania i pieczenia nie słabło ani na moment. Ciężko jej było skupić się na pracy, nawet tak bardzo mechanicznej. Była zmęczona. Przeciążone mięśnie dotkliwie ją bolały. Próbowała je rozruszać, ale szybko łapały ją skurcze. Chciałaby odpocząć, wymoczyć się w ciepłej wodzie i porządnie wyspać. Tymczasem jej sen był urywany, racje żywnościowe niewystarczające, a praca ciężka. Łkała cicho, napełniając, a później pchając ciężki pojemnik pod czujnym okiem strażnika.

W pewnej chwili bardzo zachciało jej się pić. Nie mogła jednak podejść do wnęki ze śniegiem, którą pokazał jej Chen. Suchość w ustach stała się nieznośna. Pociła się z wysiłku. Głowa zaczęła ją boleć z odwodnienia. Cierpiała coraz bardziej, przesypując kamienie na taśmę. Wreszcie, gdy już jej się wydawało, że mdleje, Max się oddalił. Prawie biegiem wpadła do wnęki i zaczęła pochłaniać łapczywie śnieg, rozpuszczając go suchym, piekącym językiem. Spędziła tam kilka minut, gasząc pragnienie. Nie mogła przy tym powstrzymać cichego szlochu. Płakała nad sobą, nad tym, jak bardzo ją upodlono.

Była brudna. Jej ciało kleiło się od potu, było zapaskudzone łojem i wydzielało bardzo nieprzyjemny zapach. Swędziało przy tym okropnie. Na niemytej regularnie twarzy zaczęły pojawiać się drobne czerwone krostki, które przyprawiały elfkę o rozpacz. Splecione w warkocz włosy były przetłuszczone i zmatowiałe. Pokrywała je warstwa kurzu i skalnego pyłu. Elfka obawiała się, że niedługo zalęgną się w nich robaki. Czuła się z tym okropnie. Miała świadomość, że śmierdzi, że jest zaniedbana, że szpetnieje z każdym dniem. Zwłaszcza przykry był dla niej zapach, który zaczął wydobywać się z jej waginy, tak obleśnie słodkawy i nieświeży. Bała się, że mogła nabawić się jakiejś infekcji. Jedynym wyjściem była porządna kąpiel, ale czuła, że nie ma w sobie na tyle siły, aby to znieść. Płakała za każdym razem, gdy swędziało ją ciało albo gdy nawet przez przypadek się wąchała czy dotykała przetłuszczonych kosmyków.

„Jestem brzydka” – myślała sobie wtedy. „Jestem zniszczona, zużyta, jestem żałosna”. Świadomość tego była dla niej potworna. Nie mogła jej znieść, pogrążała się więc coraz bardziej w melancholii. „Nie chcę tak żyć, nie chcę żyć w ten sposób!” Łkała w myślach, dotykając swojej lepkiej, ogorzałej z zimna twarzy. Jedynym wyjściem z tej sytuacji była hańbiąca kąpiel na oczach strażnika, a później molestowanie, które było dla niej ogromną traumą. Na samą myśl o tym dostawała spazmów. Nie chciała sobie tego wyobrażać, nie chciała sobie przypominać o tym okropieństwie. Wzdrygnęła się i wróciła do mozolnej, znienawidzonej pracy z rozpaczliwym wołaniem w głowie: „chcę umrzeć!”.

Musiał udać się do Emmy osobiście. Zadzwonił tylko wcześniej do Sabiny, aby ta napisała z kolei do swojej koleżanki z pytaniem, czy dziewczyna będzie o tej porze w swoim pokoju. Gdy okazało się, że Emma czeka już na jego wizytę, nieoceniona mistrzyni monitoringu poprowadziła Edwarda bocznymi korytarzami i nieuczęszczanymi przejściami wprost do niższej części mieszkalnej, gdzie w dwóch średniej wielkości pokojach spała rodzina Ohayo.

Gdy zapukał lekko do drzwi, zaniepokojona Emma wyszła mu na spotkanie, skłoniła się i zaprosiła go do środka. Była niezwykle przejęta. Na co dzień należała do osób bardzo nieśmiałych i bojących się kontaktów międzyludzkich, pod tym względem stanowiła przeciwieństwo Sabiny. Dlatego wizyta kogoś tak wysoko postawionego jak syn Imperatora stresowała ją podwójnie. Drżąc, zaprosiła go do wnętrza, poprosiła, by usiadł, i zapytała, czego sobie życzy.

– Garść informacji – zażartował, czym zestresował ją jeszcze bardziej. Opanował się więc szybko. – Czy masz przy sobie księgi ojca?

– T-tak, tak, panie. – Skłoniła się. – Wszystko jest na miejscu, w należytym porządku.

– Na pewno żadnej nie brakuje? – zainteresował się.

– N-nie. Oryginały są tutaj, do pracy ojciec zabiera tylko kopie, które są mu akurat potrzebne – wyjaśniła Emma. Była dość krępą dziewczyną o krótkich czarnych włosach, wielkich, okrągłych okularach na małym nosie oraz bladej twarzy naznaczonej trzema czarnymi niewielkimi brodawkami. Choć nie nosiła obcisłych ubrań, doskonale było widać, że nie jest drobną osobą. Teraz stała przed Edwardem z grzecznie złożonymi razem przed sobą pulchnymi rączkami.

– Podaj mi je – nakazał. – Najlepiej tę najnowszą.

– Tak jest. – Dygnęła niezgrabnie i podbiegła do półki, na której stały wielkie, ciężkie tomy z kartoteką więzienną. Wyjęła ostrożnie jeden z nich i podała powoli Edwardowi, jakby się bała, że mógłby się nim zranić.

Przejął go od niej szybko i zaczął energicznie kartkować, patrząc na daty. Rzeczywiście, byli tu wpisani więźniowie, których zamknięto w kopalniach w ciągu tego roku. Karty opatrzone były jednak wyłącznie nazwiskami lub samymi imionami. Nie widział żadnych zdjęć, co utrudniało zadanie. Pomyślał jednak, że skoro Morgiana została tam przywieziona zaledwie kilka dni temu, będzie znajdowała się pod koniec spisu. Przerzucił kartki. Emma stała nad nim, czekając w napięciu na rezultat poszukiwań panicza.

– Edwin jest w pokoju? – spytał w międzyczasie, wertując księgę.

– T-tak, jest obok. Chyba gra. Zawołać go? – spytała gorliwie.

– Nie, nie jest mi potrzebny.

W końcu ją znalazł. Mało brakło, a krzyknąłby na głos z radości. Była zapisana jako Meinua Harain. Przyjrzał się jej karcie. Nie było na niej miejsca na zbyt wiele informacji o więźniu, za to widniał wytypowany już dla niej numer. Edwarda zmroziło od środka. Miał nadzieję, że nie zdążyli jej go jeszcze wytatuować. Dłonie mu zadrżały z emocji, opanował się jednak szybko, aby nie zdradzić przed Emmą swoich uczuć. Dziewczyna nie mogła poznać przyczyny jego zainteresowania księgą. Sama jest zbyt nieśmiała, aby pytać, więc nie musiał się obawiać nachalnych dociekań z jej strony. Niemniej inni mogli mieć mniej skrupułów, musiał więc ją ostrzec.

– Nikomu nie mów, że tu byłem i że oglądałem rejestry więźniów. To nie jest istotne, nikt nie musi o tym wiedzieć.

– Dobrze, nikomu nie powiem – obiecała Emma. Była tak przejęta, że Edward nie wątpił w szczerość jej słów. Pokiwał głową i wrócił do czytania karty.

– Blok E, cela dwieście trzy – wymamrotał pod nosem i uśmiechnął się z zadowoleniem. Tyle powinno wystarczyć.

Wstał i oddał książkę Emmie. Nie chciał sztucznie przedłużać wizyty, aby ktoś nie znalazł go w tym pokoju razem z dziewczyną. Nie chciał też narazić się na komentarze, a tym bardziej nie mógł pozwolić, żeby ktoś przejrzał jego zamysł.

– Twój ojciec uzupełnia kartoteki samodzielnie? – spytał na odchodnym.

– Tak.

– Tutaj, w pokoju?

– Tak, tutaj – przytaknęła skwapliwie, patrząc na niego maślanymi oczami.

– Musisz coś dla mnie zrobić – powiedział Edward, spoglądając na nią z przejęciem.

– Zrobię wszystko – obiecała.

Wiedział, że mówi prawdę. Już od kilku lat Emma była w nim beznadziejnie zakochana. Wiedziała doskonale, że Edward ma mnóstwo szlachetnie urodzonych kandydatek na partnerkę życiową do wyboru, i nigdy nie łudziła się, że mimo to skłoni się ku niej. Takie rzeczy zdarzały się tylko w książkach romantycznych, które ona pochłaniała namiętnie. Ubóstwiała Edwarda, każdy dzień wypełniając myślami o nim. Dlatego jego odwiedziny były dla niej bardzo ważnym wydarzeniem, które wzbudzało w niej silne emocje. Emma drżała więc, patrząc na chłopaka niczym cielę na swoją matkę.

Edward zdawał sobie sprawę z tego, że dziewczyna byłaby w stanie oddać mu się całkowicie i popełnić dla niego najgorsze przestępstwo, gdyby miało go to zadowolić. Westchnął w myślach, czując się nieco podle ze świadomością, że tak ją wykorzystuje. Miał tylko nadzieję, że jego obecne zainteresowanie nie wzbudzi w niej płonnej nadziei na coś więcej. Bezskutecznie czekał na to, aż Emma się opamięta i tak jak Sabina poszuka sobie kogoś ze swojego świata. Nie mógł jednak nic poradzić na jej śmiałe fantazje.

– Gdy twój ojciec wróci z pracy, wypełnij za niego kartotekę. Uzupełnij ją tak, jak ci poleci – nakazał Edward.

– Oczywiście! – przytaknęła, patrząc w niego jak w święty obrazek.

– Dodatkowo napisz na karcie Meinuy Harain, że… że jest martwa – wycedził z trudem.

– Dobrze – zgodziła się, nie pytając o nic.

Skinął głową z aprobatą.

– Tylko nie zapomnij, to bardzo ważne – polecił, po czym wyszedł pospiesznie.

Całe szczęście, że to zrobił, bo chwilę później brat bliźniak Emmy, szczupły, wysoki, czarnowłosy chłopak o pociągłej twarzy, wytoczył się z drugiego pokoju i przeciągnął, aż strzyknęły mu kości. Widząc siostrę stojącą nieruchomo, rozanieloną i w największej euforii, zdumiał się niezmiernie.

– A tobie co? – mruknął Edwin, drapiąc się po głowie.

– Moje marzenie się spełniło! – szepnęła w uniesieniu, patrząc na drzwi, za którymi zniknął Edward.

– To chyba dobrze. – Wzruszył ramionami, nie dociekając szczegółów, i poszedł do schowka po puszkę z napojem.

Informacje dodatkowe

Waga 300 g
Wymiary 20,5 × 14,5 × 0,7 cm
Autor

Marcysia Koćwin

Język

polski

Oprawa

miękka ze skrzydełkami

Rok wydania

2026

Strony

382

Rodzaj

Ebook, Książka drukowana

Format pliku

EPUB, MOBI

Kolor wnętrza

czarno-biały + kolorowy

EAN: 9788368466447

Opinie

Nie ma jeszcze żadnych recenzji

Tylko zalogowani klienci, którzy kupili ten produkt mogą napisać opinię.

Wydawnictwo Sorus,
DM Sorus sp. z o.o.,
Bóżnicza 15/6,
60-643 Poznań,
Poland,
sorus@sorus.pl,
tel. +48 61 653 01 43

Może spodoba się również…

  • Czarna Orchidea. Miecz Odważnego Rycerza. Część I - Książka drukowana

    Czarna Orchidea. Miecz Odważnego Rycerza. Część I – Książka drukowana

    87,00 zł

    Na stanie

    Dodaj do koszyka
  • Czarna Orchidea. Syreni Śpiew - Książka drukowana

    Czarna Orchidea. Syreni Śpiew – Książka drukowana

    60,00 zł

    Na stanie

    Dodaj do koszyka
  • Czarna Orchidea. Witamy w drużynie - Książka drukowana

    Czarna Orchidea. Witamy w drużynie – Książka drukowana

    52,50 zł

    Na stanie

    Dodaj do koszyka
0