Pustelnik. Kim dla Ciebie jestem?

79,00 zł

Przedsprzedaż. Wysyłka po 23.10.2026

PROMOCJA! TYLKO DO 23.10.2026!

Włóż do koszyka wraz z pierwszym tomem powieści: Pustelnik. Więcej nas nie ma, niż jesteśmy i otrzymaj dwie książki w cenie 99zł!

Druga część trylogii „Pustelnik”, w której spokój Anny i Jana zostaje wystawiony na próbę przez niepokojące sny, powrót przeszłości i narastające zagrożenie w okolicy. Utracone zaufanie, lęk o przyszłość i trudne decyzje sprawiają, że bohaterowie muszą na nowo odpowiedzieć sobie na pytanie, co naprawdę ich łączy.

Opis

Anna nie potrafi zlekceważyć swoich snów – wydają jej się czymś więcej niż tylko wytworem wyobraźni. Kobieca intuicja okazuje się niezawodna. Szczęśliwe życie u boku Jana zakłócają wieści o podpaleniach w okolicach puszczy, a pojawienie się Aldony sprawia, że mężczyzna wraca do przeszłości, o której tak bardzo starał się zapomnieć. „Kim dla Ciebie jestem?” To pytanie nie daje spokoju, gdy miłość zostaje wystawiona na próbę.

W drugiej części pustelniczej trylogii bohaterowie walczą o ocalenie tego, co dotąd dawało spokój i poczucie bezpieczeństwa. Utracone zaufanie zmusza do podjęcia trudnych decyzji, lecz uczucia nie gasną mimo rozczarowań i wątpliwości. Wciąż tli się nadzieja, choć cena, jaką trzeba zapłacić za prawdę, jest wyjątkowo wysoka…


Łukasz Basta – ur. 1985, inżynier z wykształcenia, pisarz z wyboru. Zadebiutował powieścią „Pustelnik. Więcej nas nie ma, niż jesteśmy” (2025). Mieszka w Niepołomicach, gdzie pracuje nad kolejnymi książkami poświęconymi samotności i ludzkim relacjom, niezmiennie czerpiąc inspirację z miłości do swojej żony Joanny.

Rozdział 1

Fale biły o burtę motorówki, bujając nią w lewo i w prawo. Słonecz­ny dzień zbliżał się ku końcowi. Było pięknie. Na wodzie niewiele łódek, a delikatny wiatr niósł ze sobą zapach jeziora. Wszystko było tak, jak Anna sobie wymarzyła. No, prawie… Siedziała na rufie i niewiele mówiła. Nie ukrywała swojej złości. Wpatrywała się to w Jana i jego koleżankę, to w fale – i nie mogła się pogodzić, że rejs, który sobie na dziś zaplanowali, będzie wyprawą z dodat­kowym gościem, w dodatku kimś dla niej obcym. A miał być ka­meralnym rejsem zakochanej pary.

„Czemu ona tu jest?”, pomyślała Anna. „To miał być nasz wspólny wyjazd, a tu zjawia się jakaś jego koleżanka i on leci jak pszczoła do miodu”. Anna od rana była zła na Jana, od momentu, gdy na porannym spacerze po deptaku w Mikołajkach spotkali dawną koleżankę Jana ze studiów.

Tak długo czekali na tę wyprawę. Ostatnie wydarzenia w ich ży­ciu były przepełnione stresem i nerwami. Śmierć dziadka, ciągłe kłót­nie z ojcem Anny, sprawy testamentu, remont domu. Wszystko to sprawiło, że chcieli wyjechać, odpocząć i choć na chwilę zapomnieć o tym, co ich spotkało. Jednak nie tak to miało wyglądać. Podczas dzisiejszego rejsu, który był jej pomysłem, mieli być tylko we dwoje. A Jan zaprosił swoją znajomą, o co Anna była zła przez cały dzień.

Jan tak był zajęty rozmową z koleżanką, że momentami za­pominał o Annie. Zaaferowani starą znajomością, rozmawiali o dawnych czasach, żywo przy tym gestykulując i śmiejąc się.

„Zaśmiej się jeszcze raz, ty wywłoko, a utopię cię w jeziorze”. Anna zacisnęła pięści na krawędzi burty, aż pobielały jej kłykcie. „Czemu się tak do niego ślinisz? I te twoje cycki na wierzchu. A on ciągle na nie patrzy. Czemu na nie patrzysz?! A moje są…” Spoj­rzała na własne piersi osłonięte jedynie kostiumem kąpielowym i wydały jej się takie małe i zwykłe.

„Nie dotykaj go tak, ty szmato”, pomyślała Anna, gdy nieznajoma za bardzo zbliżyła się do Jana. Nie wytrzymała. Wstała i podeszła do nich, próbując jakoś utrzymać równowagę na bujającej się motorów­ce. On stał przy sterze. Anna przysunęła się do niego i wtuliła w jego ramię, wyraźnie zaznaczając teren i pokazując, kto tu jest kobietą Jana i czyją jest on własnością. Uśmiechnął się, ale dalej skupiony był na rozmowie z koleżanką. Nieznajoma, wciąż z uśmiechem, uwodzi­ła go spojrzeniem, mimowolnie spoglądając czasami na Annę.

Nie pałały do siebie sympatią od początku. Różniły się bardzo i nie potrafiły się dogadać. Anna – urzędniczka z małego miasteczka, i ona – pani inżynier. Nie umiały znaleźć wspólnego tematu. Czego nie można było powiedzieć o Janie, który od razu złapał dobry kontakt ze starą znajomą, w dodatku łączyły ich wspomnienia z czasów studiów.

– Opłyniemy tę wysepkę? – spytała Anna, wskazując na wy­stający nad taflę jeziora spory kawałek lądu porośnięty drzewami, między którymi latały ptaki, a ich odgłosy tylko podkreślały siel­skość i dzikość tego miejsca.

„Wszystko tu jest takie piękne”, stwierdziła w myślach Anna. „Tylko co ONA tutaj robi?” Grymas obrzydzenia pojawił się na jej opalonej twarzy. „To miał być nasz wspólny rejs…”

– Wiesz, może innym razem – odezwał się Jan. – Pomyśla­łem, że wrócimy, pójdziemy do restauracji coś zjeść i pogadamy na spokojnie o dawnych czasach.

– Co? Chcesz już wracać? – zirytowała się Anna. – Przecież mieliśmy…

Nie skończyła, bo Jan jej przerwał:

– Jutro też jest dzień, Aniu, jutro tu wrócimy.

Spojrzał na koleżankę – wyglądało, jakby z nią wszystko usta­lił, nie interesując się w ogóle zdaniem Ani.

Anna, czerwona jak dojrzała wiśnia w lecie, burknęła tylko coś pod nosem i wróciła na rufę. Była zła i bardzo zawiedziona postawą Jana.

Czarne chmury pojawiły się nie tylko w jej myślach, ale i na niebie – które, do tej pory bezchmurne, zaszło teraz ciemnymi kłębami, a słońce, które jeszcze chwilę temu ich ogrzewało, nagle się schowało. Zerwał się wiatr, a fale coraz bardziej bujały moto­rówką.

Znajdowali się prawie na środku jeziora, a brzeg był ledwo wi­doczny. Tylko niewyraźne kształty budynków wskazywały, w któ­rą stronę mają płynąć.

Całe niebo zostało zasłonięte burzowymi chmurami. Wiatr zaczął gwizdać złowrogo. Jan przesunął dźwignię gazu, by przy­spieszyć łódkę, chcąc zdążyć przed burzą. Nie zdążyli. Rozpadał się ulewny deszcz. Fale z każdą minutą coraz bardziej bujały ło­dzią. Anna chwyciła się burty, a żołądek zaczął jej podchodzić do gardła. Popatrzyła na wodę i o mało nie zwymiotowała.

Fale były większe i większe. Wznosiły się i opadały. Moto­rówka bujała się na nich jak łupinka orzecha, do której zaczynała wlewać się woda. Jan starał się prowadzić łódkę naprzeciw falom, żeby nie ustawić jej bokiem, co mogłoby spowodować wywrotkę.

Ciemność otoczyła ich tak, że nie było nic widać na kilka me­trów. Wiatr wył złowrogo. Nagle ogromna ściana wody pojawiła się tuż przed nimi, po chwili łódka wspięła się na nią prawie pio­nowo. Jan mocno trzymał ster. Wtem wielka fala, na którą wpły­nęli, złamała się i woda zaczęła z impetem wlewać się na pokład.

Jan obejrzał się za siebie. Obie kobiety gdzieś zniknęły. Po chwili rozglądania się w półmroku dojrzał dwa niewyraźne kształty szamoczące się niezdarnie w wodzie i próbujące się na niej utrzymać. Jeden z lewej, drugi z prawej strony motorówki.

– JANEK! Janek, ratuj! – krzyknęła Anna.

Odezwał się też głos jego koleżanki:

– Janku, ratuj!

Zdezorientowany nie wiedział, co robić, gdzie wskoczyć, kogo najpierw ratować.

Skoczył…

Anna nie mogła uwierzyć, że… nie w jej stronę. Zobaczyła tylko, jak Jan dopływa do koleżanki i pomaga jej unosić się na powierzchni. Sama nie miała już siły utrzymywać się na wzburzo­nej tafli jeziora. Siły ją opuszczały. Zaczęła bezwładnie opadać na dno. Zamknęła oczy i… i przestała walczyć z brakiem powietrza.

Resztkami świadomości zadawała sobie pytanie: „Dlaczego? Dlaczego?! Dlaczego?!”. Coraz bardziej brakowało jej tlenu. Tonęła.

– Aniu! – usłyszała głos Jana. – Aniu, obudź się!

Zerwała się z łóżka, w pierwszym odruchu chcąc nabrać jak najwięcej powietrza do płuc.

– To był tylko zły sen! – krzyczał Jan, starając się dobudzić ukochaną.

Leżał obok niej w łóżku i próbował pomóc Annie w dojściu do siebie. Spojrzała na niego.

– Jesteś, Janek. – Odetchnęła z ulgą.

Ciężko oddychając, wtuliła się w niego.

– Śniło mi się – zaczęła mówić – że się topiłam, a ty mnie nie uratowałeś. Najpierw pokłóciliśmy się o inną kobietę… a potem łódka się wywróciła i wpadłyśmy obie do wody. A ty ratowałeś ją… nie mnie. – Mówiąc to, wpatrywała się w niego.

Jan słuchał i nie wierzył, jak taki sen mógł się jej przyśnić. Nie wiedząc, co powiedzieć, przytulił ją jeszcze mocniej.

– Nie ciebie ratowałem, głuptasku? Przecież wiesz, że skoczył­bym za tobą w ogień. A poza tym… z kim mam się kłócić, jeśli nie z tobą, przecież cię kocham.

Jeszcze przez chwilę łzy mieszały się u niej z resztkami snu na twarzy, ale oddech już powoli się uspokajał.

Zasnęli.

Było koło szóstej rano, gdy rozszalał się wiatr.

– Co się stało?! – krzyknęła Anna, wyrwana ze snu, kiedy z ła­zienki dobiegł ich hałas.

– Nie wiem, pójdę sprawdzić – odpowiedział uspokajająco.

Po chwili wrócił do pokoju.

– Nie uwierzysz – rzekł Jan.

– No co? Mów wreszcie!

– Lustro pękło w łazience. Okno było otwarte i wiatr tak za­wiał, że pękło.

– Od wiatru? Przecież lustro jest na drugiej ścianie.

– No od wiatru – uspokoił ją Jan. – Dziwne… idź jeszcze spać, może zaśniesz.

Anna usnęła, ale Jan nie potrafił. Po kilkunastu minutach ob­racania się na łóżku wstał i poszedł do łazienki.

Obawy o Annę nie dawały mu spokoju. Pianka do golenia za­syczała, wydobywając się z puszki. Nałożył trochę na rękę, a potem na twarz i zaczął się golić. Spojrzał na lustro, którego fragmenty

wisiały jeszcze na ścianie, ciągle myśląc o swojej partnerce. Chwi­la nieuwagi… i zaciął się. Cienka strużka jasnej krwi popłynęła po jego szyi. W końcu skupił się tylko na swoich myślach.

Od jakiegoś czasu coś w Annie się zmieniło. Często była jakby zamyślona, nieobecna i jak gdyby mniej radosna. Wyraźnie trapi­ło ją coś, o czym jednak nie chciała mówić. Mniej się uśmiechała. To było nietypowe dla niej zachowanie. Jej radosny nastrój zwykle udzielał się wszystkim dookoła. Ostatnio jednak nikt nie mógłby powiedzieć, że to ta sama osoba. Coś było nie tak, a Jan nie wie­dział, jak z niej to wydobyć. Zaczął się martwić i tworzyć różne negatywne scenariusze odnoszące się do ich wspólnej przyszłości.

Z trudem przychodziło mu znalezienie przyczyny tej zmiany w niej. Wszystko wydawało się w najlepszym porządku w ich rela­cji, a i w życiu układało się nienajgorzej. Jan pracował nieregular­nie, na zlecenie, ale zarabiał wystarczająco, by utrzymać się razem z Anną, która dalej pracowała w urzędzie w pobliskim miastecz­ku. Mieszkali w domu po jej dziadku i nic nie wskazywało na to, że coś zagraża ich stabilnemu życiu. Może jedynie remont domu, który niedawno rozpoczęli, był stresujący i nerwowy, ale to nie był wystarczający powód. Annę dręczyło coś innego, mocniejszego, coś, o czym nie chciała powiedzieć.

Rozdział 2

W sobotni poranek Jan obudził się nieco wcześniej. Robotnicy mieli przyjść o siódmej. Spojrzał na Annę, która spokojnie spała, oddychając wolno i rytmicznie. Wstał i poszedł do kuchni, nalał sobie zimnej wody z kranu, żeby się napić. Sen Anny sprzed kilku dni nie dawał mu spokoju. Nie zjadł śniadania, ubrał się i wyszedł.

Nie potrafił znaleźć przyczyny jej niedawnego koszmaru. Może rzeczywiście ostatni czas był dla nich tak ciężki… Jednak nie bardzo w to wierzył.

Ale Jan faktycznie skupił się ostatnio na remoncie domu, przez co zaniedbał relacje z Anną. Piętrzące się problemy z mate­riałami budowlanymi, dostępnością ekip budowlanych i jakością ich pracy sprawiły, że stał się nerwowy. Ciągle zabiegany i zajęty doglądaniem ekip, nie zauważył, jak oddalił się od ukochanej.

Kilka miesięcy przed remontem znalazł nową pracę i odkładał pieniądze, które razem ze spadkiem po dziadku Anny zapewniły znaczące środki na remont. Niestety nowa praca, mimo że hybry­dowa i na zlecenie, wiązała się z jego częstymi wyjazdami. Anna nierzadko zostawała sama z całym remontem na głowie. Co nie raz było przyczyną konfliktów między nimi. Kłócili się często z tego powodu, ale zawsze kładli się spać przytuleni, bez złości i żalu. Zdawali sobie bowiem sprawę, że nie jest łatwo. Dodatkowo kosz­ty remontu rosły coraz bardziej. Dom dziadka był stary, drewnia­ny. O ile fundamenty były betonowe i wyglądały na mocne, to im wyżej, tym było gorzej. Dom się sypał. Gdy zdjęto deski elewacji, okazało się, że belki nośne ścian są nadjedzone przez korniki i po­gniłe. Z kolei kiedy w planie była zmiana dachu, wyszło na to, że trzeba wymienić prawie połowę belek konstrukcyjnych, a instalacje wody, gazu i prądu też nie były pierwszej nowości. Lepiej było wy­mienić je na nowe niż próbować naprawiać. Cały remont trwał już długo i mimo że widać było koniec prac, wszyscy mieli dość.

* * *

Annę obudziło walenie młotkiem i odgłos elektrycznych na­rzędzi. Nie mogła już spać. Z zewnątrz dochodziły przytłumione męskie głosy ludzi z ekipy remontowej. Pracownicy omawiali za­planowane na dziś prace. I znowu dźwięk wiertarki i uderzenia młotka. Dała sobie spokój z dalszymi próbami zaśnięcia, wstała i zajęła się poranną toaletą.

Było już koło dziewiątej, gdy po szybkim śniadaniu ubrała się w ciuchy robocze i wyszła przed dom zobaczyć, jak idzie praca. Spojrzała w górę, w stronę dachu.

– Podaj kolejną – powiedział Jan do robotnika.

Następna dachówka wylądowała w rządku.

– Ania, patrz! – krzyknął, gdy zobaczył ją z dachu. – Prawie kończymy tę połowę. – Z wyraźną dumą pokazał ręką na to, co zostało ułożone. – Jeszcze ze dwa dni i będzie gotowe – dodał z ra­dością na twarzy.

– Gotowe chyba do sprzątania – odezwała się z lekką ironią w głosie Anna.

– No tak… – przytaknął.

Jan spojrzał na bałagan w ogrodzie.

– Ale najgorsze już za nami – stwierdził, spoglądając na dach i ciesząc się z tego, ile już udało im się zrobić.

– Jedliście coś? – spytała Anna, mrużąc oczy od mocnego słońca, które wyłaniało się znad kalenicy.

– Zejdziemy na obiad – odparł Jan. – Teraz dobrze się nam pracuje.

Towarzyszący mu robotnik przytaknął.

– Obiad będzie za kilka godzin. Muszę posprzątać ten bajzel.

Po ogrodzie walała się folia budowlana rozrzucona przez wiatr, resztki kartonów z opakowań i masa drobnych kawałków styro­pianu. Styropian był najgorszy. Drobne kulki nie chciały dać się zgrabić ani zamieść miotłą, a z trawy to już w ogóle nie można ich było wydostać.

Anna powrzucała co większe fragmenty do worków i wróciła do domu przygotowywać obiad. Składniki już były kupione przez Jana, więc nastawiła wodę na ziemniaki w wielkim garze. Zaję­ła się krojeniem produktów i po dłuższej chwili miała wszystko przyszykowane. Po godzinie obiad był gotowy. Ziemniaki posy­pane koperkiem, do tego kwaśne mleko.

Zapach rozszedł się po okolicy, gdy Anna niosła przed sobą garnek w kierunku drewnianego stołu za domem.

Po chwili robotnicy również poczuli ten aromat i szybko ze­szli z dachu. Usiedli przy stole na ławce, którą wykonał jeszcze dziadek Anny. I z niecierpliwością czekali, aż gospodyni nałoży każdemu solidną porcję ziemniaków. W międzyczasie z białego metalowego dzbanka nalali sobie kwaśnego mleka, przy każdym łyku czując orzeźwienie.

– Na wieczór zrobię coś więcej – oznajmiła Anna. – Teraz tak na szybko ziemniaki, bo są świeże, młodziutkie, kwaśne mleko też dobre.

Zgodzili się z nią, przecierając ręką białe wąsy.

– Dziadek zawsze je robił – powiedziała, zamyśliła się na chwilę i z uśmiechem sobie również nałożyła solidną porcję.

– Słyszeliście o tych dziwnych pożarach w okolicy? – odezwał się podczas posiłku jeden z robotników. – Najpierw spaliła się stara szo­pa u Maćkowiaków, potem stodoła Wiśniewskich. Dobrze, że las się nie zajął, bo ich stodoła stała niedaleko pierwszych drzew. Ludzie we wsi mówią, że to nie przypadek. Że to były podpalenia, a nie wina upałów. W zeszłym tygodniu stary Cebula kogoś widział. Nie mógł spać w nocy… a że ciepło, to okno miał otwarte. Noc ciemna, a tu sły­szy jakieś odgłosy, jakby ktoś chodził po osiedlu – opowiadał z zaan­gażowaniem. – Wstał z łóżka, nie zapalił światła i podszedł do okna. Zobaczył jakiś ludzki cień odbijający się w świetle księżyca, który za­raz zniknął za jego garażem. Zerwał się i jak stał wybiegł w galotach przed dom, i od razu pobiegł w stronę garażu. – Roześmiał na myśl o bieliźnie. – Będąc już za garażem, zobaczył, jak ktoś ucieka do lasu. Nagle poczuł coś w nosie, coś ostrego i drażniącego… zapach benzy­ny. Po chwili wymacał, że ściana garażu jest cała mokra. – Wszyscy zamilkli. Robotnik ciągnął dalej: – Chyba grasuje u nas podpalacz – stwierdził przekonująco. – Ludzie chcą organizować nocne straże, by pilnować siebie nawzajem. Tylko dziwne, że wszystko, co się pali, to z tej strony puszczy i u tych gospodarzy, którzy graniczą z lasem. A wy jesteście ostatni z tej strony i też graniczycie z lasem – zauważył. – Te pożary naprawdę są jakieś nietypowe. Policja prowadzi śledz­two, ale chyba coś im nie idzie. – Spojrzał na twarze Anny i Jana. – Nikogo nie złapali i podejrzanych chyba też jeszcze nie mają.

– Pewnie czekają na kolejny pożar – przerwał mu z lekką iro­nią w głosie Jan, który nie przepadał za policją.

– Oby to się wszystko wyjaśniło, trochę zaczynam się dener­wować – odezwała się Anna.

Jan popatrzył na nią.

– Spokojnie, Aniu, będzie dobrze.

– Nie wiem, Janek. Często wyjeżdżasz, a ja siedzę tu sama.

– No tak, ale szybko wracam – starał się ją pocieszyć.

– Do podpalenia wystarczy jedna noc, a ciebie nie ma tydzień albo i dłużej.

Na to już nie miał riposty, przytulił Annę.

– Będzie dobrze. Zobaczysz – powiedział, chcąc trochę zała­godzić sytuację. – Gdzie Cebula, a gdzie my – skwitował.

Jednak temat pożarów powrócił wieczorem tuż przed snem.

– Nie wiem, wszystko to dziwne, jakby nie z przypadku. My­ślisz, że coś nam grozi? – odezwała się Anna, leżąc w łóżku.

– Nie sądzę – odpowiedział, żeby jej nie niepokoić. Sam jed­nak czuł, że coś dziwnego dzieje się w okolicy i prędzej czy później pożar może się przytrafić również im. – Nie martw się. Te pożary były dość daleko od nas. Myślę, że znajdą tego podpalacza, skoro już wiedzą, że ktoś tu grasuje.

– Będę się bała, jak cię nie będzie. – Przygryzła wargę ze smut­nym wyrazem twarzy.

– Spokojnie, Aniu. Mój wyjazd do Stanów jest dopiero za dwa miesiące. Do tego czasu wszystko się wyjaśni.

– A jeśli coś się stanie? Nie może ktoś inny pojechać?

– Ale to jest mój projekt i muszę tam być na rozpoczęciu prac, zresztą to tylko dwa tygodnie. Czas szybko minie. Nawet się nie obejrzysz, jak wrócę.

– Dwa tygodnie… – zmartwiła się Anna.

– Nic się nie wydarzy. – Spojrzał na nią i przytulił. – Nie myśl tyle, bo znowu coś ci się złego przyśni. Jak ostatnio.

– To co innego, to był tylko sen. A tu może się stać coś naprawdę.

– Ale jak będziesz o tym ciągle rozmyślać, to zagrożenie nie zniknie, tylko będziesz się denerwować. Zgłoszę się do tej straży nocnej, jeśli chcesz. Jak podpalacz dowie się, że ludzie się zorgani­zowali, to nie będzie taki chętny do podpaleń. Śpij już.

Objął ją ramieniem i przytulił. Leżeli blisko siebie przez jakiś czas, kiedy nagle Anna zaczęła inny temat.

– To już trzy lata od śmierci dziadka… – Mówiąc to, przytu­liła się mocniej do swojego mężczyzny, jakby chciała się upewnić, że rzeczywiście jest obok i nic jej go nie odbierze. – Boję się, że i ty odejdziesz.

– Czemu tak mówisz? Nigdzie się nie wybieram – zdziwił się, nie rozumiejąc jej obaw.

– Boję się… – przełknęła ślinę – …że mnie zostawisz.

Jan zbladł na twarzy. Tych słów to już w ogóle nie pojmował.

– Nie zostawię cię, przecież cię kocham – odpowiedział z tro­ską po chwili zawieszenia.

– Ja ciebie też, ale mam obawy, że coś nas rozdzieli.

Anna pomyślała o innej kobiecie, która mogłaby odebrać jej Jana, jednak nie wyznała mu tego. Czuła, że sama nie jest wy­starczająco dobrą partią dla Jana, nie potrafiła znaleźć żadnych wartości w sobie, dla których chciałby z nią być.

– Czy jest coś, czego mi nie mówisz? – zapytał.

Anna milczała przez chwilę, próbując znaleźć w sobie odwagę, by wyznać mu swoje lęki.

– Ja… – zaczęła niepewnie. – Boję się, że mnie zostawisz, jeśli nie dam ci dziecka.

Spojrzał w jej wystraszone oczy.

– Głuptasie, czemu tak uważasz? – Przytulił ją mocniej do sie­bie.

– Bo próbujemy już tak długo, ale bez skutku. Obawiam się, że nie będziesz chciał być ze mną, jeśli nam się nie uda.

– A czy nie sądzisz, że jestem z tobą, bo po prostu chcę, a nie żeby coś od ciebie dostać? – starał się ją uspokoić.

– Wiem, tylko czuję się niepewnie, jakbym nie była już kobie­tą, bo nie mogę zostać matką. Mam ponad trzydzieści lat i mam wrażenie, że mój czas się kończy.

– Co?! – zdziwił się. – Co ty mówisz? Głupoty gadasz. Starsze kobiety zostają matkami, a ty się wiekiem martwisz? – Spojrzał z niezrozumieniem na smutną twarz Anny.

– Nie mogę już patrzeć na matki pchające wózki z dziećmi. Jestem na nie zła.

– Cooo? – Oczy Jana otworzyły się jeszcze szerzej. – Dlaczego?

– Jestem zazdrosna, że one mogą być matkami, a ja nie.

– Aniu, przecież jesteśmy w tym razem. – Objął ją swoim ra­mieniem, a ona oparła głowę na jego piersiach i zaczęła wolniej oddychać.

Po kilku minutach milczenia poczuła się trochę lepiej, ale oba­wy o macierzyństwo jej nie opuszczały.

– Jesteś kobietą, z którą chcę być, niezależnie od wszystkiego – zaczął spokojnie tłumaczyć, mając nadzieję, że tymi słowami przekona Annę. – Kiedy myślałem, że nic dobrego już mnie w ży­ciu nie spotka, pojawiłaś się ty i przywróciłaś mi nadzieję.

Słuchała jego słów, ale nie potrafiła w nie uwierzyć. Nie mogła zrozumieć, jak to się stało, że jest dla Jana taka ważna, choć on przecież nie dał jej nigdy żadnego argumentu, żeby wątpiła w jego zapewnienia.

– Weź się przytul – powiedział, chcąc zakończyć rozmowę.

– Dlaczego chcesz ze mną być? – nie dawała za wygraną.

– Bo masz to coś, czego nie umiem nazwać.

– Ale co? – dopytywała.

– Nie wiem – zamyślił się. – Bo pozwalasz mi być przy sobie mężczyzną.

– Nie rozumiem, przecież sama potrafię o siebie zadbać – stwierdziła – choć faktycznie kiedy jesteś przy mnie, jest mi łatwiej.

– Może to właśnie to – uśmiechnął się.

– Nadal nie rozumiem.

– Ja też, jestem tylko facetem – rzucił z lekką ironią w głosie.

– A coś jeszcze ci się we mnie podoba?

– Masz dobre serce – uśmiechnął się. – Może to właśnie to – powtórzył, już nieco znudzony tą rozmową. Nie czuł, jak ważne to jest dla Anny.

Zapraszamy na nasz kanał na YouTube.

Informacje dodatkowe

Waga 250 g
Wymiary 14,5 × 20,5 × 1 cm
Autor

Łukasz Basta

Język

polski

Oprawa

miękka

Rok wydania

2026

Strony

200

Rodzaj

Ebook, Książka drukowana

Format ebooka

EPUB, MOBI

Kolor wnętrza

czarno-biały

EAN: 9788368466522

Opinie

Nie ma jeszcze żadnych recenzji

Tylko zalogowani klienci, którzy kupili ten produkt mogą napisać opinię.

Wydawnictwo Sorus,
DM Sorus sp. z o.o.,
Bóżnicza 15/6,
60-643 Poznań,
Poland,
sorus@sorus.pl,
tel. +48 61 653 01 43

Może spodoba się również…

0