Wiersze z tomu Środowisko bez ochrony nie powstały z jednego pomysłu ani według ustalonego planu. Autorka tworzyła je przez lata po spacerach, podróżach i krótkich spotkaniach z przyrodą. Bożena Łuczyńska, germanistka, nauczycielka i tłumaczka języka niemieckiego, opowiada o tekstach dojrzewających w szufladzie, potrzebie oddechu od miasta oraz naturze, która zachwyca, ale potrafi także drażnić i budzić lęk.
Skąd wziął się pomysł na tomik Środowisko bez ochrony?
Właściwie nie było jednego, bezpośredniego pomysłu na tę książkę, ponieważ wiersze powstawały przez wiele lat pod wpływem wrażeń wynikających z krótkich spotkań z naturą. Jeżeli po takim spotkaniu pozostawał we mnie obraz, uczucie albo myśl, wracałam do domu i próbowałam je zapisać.
Myślę, że emocje wyrażone w tych wierszach rodzą się u wielu osób podczas kontaktu z przyrodą. Tom jest zbiorem takich uczuć i spostrzeżeń, które czekały na siebie w szufladzie, zanim stały się całością.
Co sprawiło, że postanowiła Pani wyjąć te wiersze z szuflady i pokazać je czytelnikom?
W ostatnich latach powstało znacznie więcej wierszy, także na inne tematy. W pewnym momencie pomyślałam, że powinny wreszcie trafić do szerszego grona odbiorców. Wcześniej ukazał się mój zbiór Jeszcze kilka słów na drogę, który był rozpowszechniany głównie wśród przyjaciół, a po rozpoczęciu wojny w Ukrainie pojawiał się podczas spotkań charytatywnych. Został dobrze przyjęty, uznałam więc, że skoro tamte teksty znalazły czytelników, warto dać szansę następnym.
Jaki temat łączy wiersze z nowego tomu?
Cały zbiór dotyczy natury i spotkania człowieka z przyrodą. Najłatwiej dostrzec jej piękno, kiedy słyszymy śpiew ptaków, widzimy niebo, przesuwające się chmury czy zieleń roślin. Ten sam świat odbieramy jednak inaczej podczas burzy, grzmotów albo katastrofy. Wtedy natura nie wydaje się już łagodna.
Właśnie w tej zmienności widać, że człowiek i natura należą do siebie, mogą się do siebie dostosowywać i ze sobą współpracować. Są też pod wieloma względami podobni. Mają swoje dzieciństwo, młodość i starość, a później rodzą się na nowo.
Pokazuje Pani naturę podobną do człowieka także charakterem. Dlaczego to podobieństwo jest dla Pani ważne?
Przyroda potrafi być piękna, dobra i życiodajna, ale ma również swoje drażniące humory. Nigdy nie wiadomo, skąd i kiedy przyjdą. Człowiek także nie ma jednej, niezmiennej twarzy, dlatego nie chciałam pisać wyłącznie o harmonijnych krajobrazach. Natura kwitnie i ginie, cieszy i denerwuje, przyciąga i odpycha. Zwyczajnie istnieje, podobnie jak my.
Mówi Pani, że współczesny człowiek najlepiej odnajduje się w mieście. Czego może szukać poza nim?
Jesteśmy dziś przede wszystkim społeczeństwem miejskim. W mieście potrzebujemy prądu, ciepłego ubrania i środka transportu, który szybko zawiezie nas w wybrane miejsce, a nasz kontakt z naturą bywa niewielki. Sądzę jednak, że krótkie wycofanie się z tego rytmu może pomóc człowiekowi odetchnąć, uspokoić się i dopiero potem wrócić do miasta.
Nie chodzi o stałą ucieczkę od codzienności. Wystarczy czasem na chwilę odsunąć to, co zwykle wypełnia cały dzień i ponownie zauważyć otaczający świat.
Komu szczególnie poleciłaby Pani ten tomik?
Być może dla osób zamkniętych w czterech ścianach książka stanie się pierwszym wyjściem w stronę natury albo pozwoli im po prostu odetchnąć. Chciałabym jednak, aby przeczytali ją również ludzie, którzy już żyją blisko przyrody. Niewykluczone, że ich odbiór będzie zbliżony do mojego, lecz niekoniecznie taki sam i z tych różnic może powstać ciekawa rozmowa.
Myślę też, że trudno wskazać jedną grupę wiekową. Dzieci, młodzież i osoby starsze patrzą na naturę, żyją blisko zwierząt albo przeciwnie, czegoś się w tym świecie obawiają i czegoś nie lubią. Całkowite oddzielenie człowieka od przyrody jest niemożliwe, dlatego każdy może w jakiś sposób odnieść się do tych wierszy.
Jak wyglądał proces pisania i poprawiania tekstów?
Nie miałam stałego rytmu pracy, choć pewna reguła rzeczywiście się powtarzała. Najpierw następowało spotkanie z naturą, potem powrót do domu i myśli kłębiące się w głowie. Zapisywałam je, a po tygodniu lub miesiącu ponownie czytałam wiersz. Wtedy często okazywało się, że moje spojrzenie na dane zjawisko trochę się zmieniło, więc coś dodawałam, poprawiałam albo usuwałam.
Chyba wielu autorów pracuje podobnie. Najpierw tekst powstaje w głowie, później zostaje zapisany, ale dopiero powrót po pewnym czasie pozwala zobaczyć, czego jeszcze potrzebuje.
Na zakończenie zwróciła Pani uwagę na zbyt prosty podział, według którego człowiek zawsze stoi po złej stronie, a natura po dobrej. Co chciałaby Pani zaproponować w zamian?
Irytują mnie takie jednostronne stwierdzenia. Pory roku pokazują, że w świecie bezustannie zachodzą zmiany. Musimy się do nich dostosowywać, pewne rzeczy ratować, inne poprawiać, a jeszcze innym pomagać. Dzięki temu życie nie jest monotonne. W naszym działaniu związanym z naturą pozostaje również miejsce na nadzieję.
Zmieniające się pory roku dają nam wyjątkowo ciekawe doświadczenie. Czekamy, obserwujemy i za każdym razem uczymy się świata od nowa.





